Tagi

, ,

fot. Aneta Kot

Trzymany w ognioodpornej, metalowej skrzynce. Zamykany na klucz. W grubych murach z wieloma pancernymi zamkami. Raz do roku wychodzi „widzieć jak się dzieciom Jego powodzi”.

Robimy wszystko, by trzymać Go z daleka od naszych spraw. Tworzymy sztuczny język, którym o Nim mówimy – jak najdalszy od tego, o czym na co dzień rozmawiamy. Prowadzimy Go wśród zapachu kadzidła i dźwięku dzwonów, w asyście ubranych na biało mężczyzn w długich szatach i dziewczynek z koszyczkami pełnymi kwiatów.

A potem „Bóg zapłać Panu Bogu za piękną pogodę i panom ze straży pożarnej” i można na rok odetchnąć. Nie wyjdzie, zamknięty na trzy spusty.

Tymczasem przemierza tę drogę nie raz, a tysiąc razy na dzień. Bez szczególnych śpiewów i malowanej na zielono trawy. Idzie tam, gdzie śmierdzi, gdzie jest paskudnie. Gdzie nikt by Go z własnej woli nie zaprowadził. Dociera do miejsc, gdzie jest śmierć, cierpienie i przemoc. Gdzie nikt Go nie zaprasza. Gdzie może już nikt o Nim nie myśli, nikt za Nim nie tęskni.

Litość Twoja zabiegła im drogę.  (Mdr 16, 10 b)

W nieustannym ruchu, a nie – zasypiający na baśniowym tronie.

Pełen pasji. Walczący do ostatniej kropli krwi. Zaangażowany.

Takiego Go znam.

Jak to dobrze, że możemy z Nim iść w te wszystkie miejsca, gdzie toczy się nasze codzienne życie. I że choć raz w roku w widoczny, oficjalny sposób przechadza się po naszych ulicach. Przecież nie wszędzie na świecie wolno pójść z Bogiem na spacer! (Za posiadanie przy sobie Jego Słowa można w wielu miejscach trafić do więzienia albo – w skrajnym przypadku – stracić życie.)

Ale zamiast cieszyć się z tego i wypatrywać Jego obecności w naszej codzienności, zbyt często myślimy: „Czy to możliwe, by w tym wszystkim był ze mną Bóg? Pewnie jest z tymi, którzy są bardziej skupieni, pobożni i rozmodleni. W moim zwykłym, szarym, niedoskonałym życiu na pewno nie byłoby Mu wygodnie. Przecież zazwyczaj otoczony jest złotem, mirrą i kadzidłem. Albo anielskimi chórami.”

Codzienność jest święta. Bo jest w niej Bóg. Jedyny Święty.