Święta codzienność

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Siedzę na tarasie przy stole, który dostaliśmy kilka miesięcy temu od znajomych. Do tak wielu rzeczy już się nam przydał! Oni nie mieli już dla niego miejsca w swoim domu, nam świetnie się wpasował w letnie (i nie tylko) potrzeby. To na nim stawiam pyszności, gdy przygotowuję podwieczorek. To wokół niego siadamy wraz z gośćmi, by porozmawiać w ciepłe dni. To do niego biegną maluchy, by chwycić owoc lub kawałek domowego ciasta.  Wrześniowe ciepłe wieczory spędzamy przy nim podczas spotkań naszej małej grupy, a także w trakcie świętowania imienin i urodzin naszych dzieci. Taki drobiazg, a tyle już z jego udziałem się udało przeżyć!

Drobiazgi są ważne, bo z nich składa się życie. „Z ziarenek powstają  góry, z minut – lata, z kropel – morza, a z drobiazgów – życie ludzkie”, jak napisał Aleksander Pohl. To, jak wygląda nasza codzienność przekłada się na to, jakie jest nasze życie. To nie wielkie eventy ją tworzą, ale właśnie te niewiele znaczące – zdawałoby się – drobiazgi. Chwile, których nie da się ani zatrzymać, ani cofnąć.

Siadam przy stole na tarasie i kreślę kilka słów. Wypisuję cytaty biblijne, wezwania i rozważanie. W najbliższy poniedziałek ruszamy z nowym cyklem głoszeń w naszej wspólnocie.  O byciu sercem, o odnowieniu wewnętrznym, które jest dziełem miłości Boga.  Niedługo też rozpoczną się nasze wspólnotowe rekolekcje. Właśnie przy tym stole w ogrodzie siedzę wysyłając zgłoszenia grupy, której jestem animatorem.

Przy nim też siadam, by korzystając z pięknej pogody, popracować na zewnątrz w promieniach słońca nad moją nową książką. Zanim przyjdą jesienne słoty, zanim taras pokryje szron, śnieg, a wcześniej ulewny deszcz.

Rozsmakowuję się w końcówce lata.  Nasycam kolorami i aromatem kończącej się powoli ciepłej pory roku. Chciałabym powiedzieć: „Chwilo trwaj!”, ale zamiast tego mówię: „Panie, trwaj! Bądź przy mnie, niech moje serce odpocznie w Tobie!” Od kilku dni tego właśnie doświadczam: odpoczynku w Bogu. Wśród mnóstwa obowiązków i wyzwań, wśród podróży w tę i we w tę, łapię oddech siadając na tarasie i odpoczywając w Bogu. Trwając przed Nim w ciszy. I podczas adoracji, ale też koniecznie w ciszy. W tych bezcennych chwilach czuję, jak na nowo rozwijam skrzydła, jak biorę głębszy oddech, jak przypominam sobie, do czego jestem powołana i kim jestem, jak wielką w Bogu mam godność. Bez tych chwil straciłabym orientację i zgubiłabym  kierunek, w jakim mam iść.

Drobne rzeczy, drobne sprawy składają się na obraz całości. Nie bagatelizuję ich. „Kto jest wierny w rzeczach małych…” mówi Słowo – lepiej więc ich nie pomijać i nie lekceważyć. ; )

Jestem za nie bardzo wdzięczna. Przede wszystkim za te wszystkie spotkania: z bliskimi, z przyjaciółmi, rodziną, znajomymi i nieznajomymi. Planowane, organizowane , spontaniczne, zupełnie przypadkowe.  To w tych spotkaniach znajduję siłę do podejmowania wyzwań mojej codzienności.  Uśmiech dziecka, uścisk, dobre słowo – to być może drobiazgi, ale dla mnie to naprawdę WIELKIE RZECZY.  : )

***

„Nie lękaj się, bo Ja jestem z tobą; nie trwóż się, bom Ja twoim Bogiem. Umacniam cię, jeszcze i wspomagam, podtrzymuję cię moją prawicą sprawiedliwą.” (Iz 41, 10)

Promień

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Nikodem Kamiński

Wchodzę tu razem z innymi rodzicami, odbierającymi swoje dzieci z przedszkola. Plac zabaw przypomina raczej park, tyle tu zieleni i wysokich drzew.  Słońce, przedzierając się przez chmury, rozświetla postać jakiejś kobiety przechadzającej  się w pewnej odległości ode mnie. Widzę jej długie, złocące się w promieniach włosy. Tuli do siebie trzymane na rękach dziecko. Synek, będący tu na dyżurze, przybiega do mnie z radosnym okrzykiem. Wtedy kobieta odwraca się i woła go po imieniu. Podchodzimy razem. Okazuje się, że jest wychowawczynią grupy, do której dołączył na czas wakacyjnego dyżuru. „Myślałam, że pani jest mamą” – odzywam się do niej. Uśmiecha się, nadal trzymając w objęciach małego chłopca z aparatem słuchowym w uszach. „Nie, był mały wypadek…” – urywa, ale i tak domyślam się, co mogła mieć na myśli. Może chłopczyk się przewrócił, może nie usłyszał czegoś na czas albo się czegoś przestraszył. W jej objęciach poczuł się znów bezpieczny. Jak dobrze, że są takie osoby, myślę sobie. Przywracają mi  wiarę w dobroć i wrażliwość ludzką.

Dziś ostatni dzień wakacji. Jutro już zacznie się nowy rozdział – córeczka w nowym przedszkolu, synek w pierwszej klasie, drugi, trzeci i czwarty syn kontynuują naukę, ale najstarszy już ostatni rok w szkole podstawowej – pora na wybranie kolejnej szkoły i egzaminy, już  w maju. Ale zanim do nich podejdzie, trzeba ustalić nasz wewnątrzdomowy harmonogram odbierania dzieci, odrabiania z nimi lekcji, zawożenia na treningi i inne zajęcia. Trzeba sprawdzić rozkład jazdy autobusów i plany lekcji. Wyższy poziom logistyki, jak żartuję z mężem.

Dwójka kontuzjowanych członków naszej rodziny  porusza się już bez kul. Myślami wybiegamy do planowanego wyjazdu nad morze. To ostatni dzień wakacji, ale pozostają jeszcze weekendy na celebrowanie rodzinnych uroczystości, na budowanie więzi, na rozmowy przy kominku, wspólne wyjazdy do znajomych i krewnych. Najbliższy miesiąc jest jak co roku bogaty w okazje do świętowania. Już teraz cieszę się na te wszystkie spotkania.

Dziś też żegna się ze swoim przedszkolem E. Dziesięć lat chodziły tam kolejno nasze pociechy. Od jutra zaczyna się nowy rozdział, bez krówki w logo, na zdjęciach i dekoracjach. Nie chce mi się wierzyć, że to tak szybko minęło. Dopiero co jechaliśmy na rozmowę z panią dyrektor, a tu już szykuję poczęstunek na pożegnanie – nie tylko naszej najmłodszej latorośli, ale całej rodziny z tym fragmentem „krówkowej” historii.

Przepełnia mnie wdzięczność za ludzi, którzy byli i są dla nas wsparciem przez te wszystkie lata. Bywały i nadal bywają trudne chwile, gdy trzeba zmagać się z trudnościami: czy to z lukami w systemie, czy tymi wynikającymi z nieżyczliwości, niewiedzy lub braku zrozumienia, ale zawsze oprócz tych nieprzyjemnych sytuacji mają miejsce inne, podnoszące na duchu. Zawsze gdzieś zza rogu wychylają się anioły w ludzkiej skórze. Oddani, wierni przyjaciele, dobrzy znajomi, zupełnie nieznajome, ale kierujące się szlachetnością, osoby.

Widok kobiety tulącej w ramionach małego chłopczyka z niepełnosprawnością uruchomił  w mojej pamięci lawinę obrazów. Nie wszystkich potrafię przywołać z imienia i nazwiska, ale wszystkim im jestem bardzo wdzięczna.

Jestem wdzięczna przede wszystkim Bogu, który nie pozwala mi popaść w zniechęcenie i apatię. Przez najciemniejsze chmury przedziera się zawsze promień słońca, jak na dzisiejszym niebie.

***

„Od Zachodu ujrzą imię Pana
i od Wschodu słońca – chwałę Jego,
bo przyjdzie On jak gwałtowny potok,
pędzony tchnieniem Pańskim.
Lecz do Syjonu przyjdzie jako Odkupiciel
i do nawróconych z występków w Jakubie –
wyrocznia Pana.

Co do Mnie, takie jest przymierze moje z nimi,
mówi Pan:
«Duch mój, który jest nad tobą,
i słowa moje, które włożyłem ci w usta,
nie zejdą z twych własnych ust
ani z ust twoich dzieci,
ani z ust potomków twoich synów,
odtąd i na zawsze – mówi Pan.” (Iz 59, 19-21)

Słuchanie

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Deszcz miarowo uderza o szyby samochodu. Wracamy od chrzestnej naszej córeczki. Dzieci wsłuchują się w tekst opowiadania Astrid Lindgren czytany przez Mariana Opanię. W pewnym momencie przerywam moje rozmyślania, by zatrzymać się na dłużej przy informacji, wtrąconej jakby od niechcenia w tok opowieści. Siostra głównego bohatera przeziębiła się,  tydzień chorowała i zmarła. To tylko opowiadanie, wiem, ale odzwierciedla czasy, w których zostało napisane. Takich sytuacji wtedy przecież było więcej, nie tylko fikcyjna Marta zostawiła po sobie drewniany domek dla lalek…

Teraz to raczej rzadkość, by z powodu przeziębienia umrzeć, myślę obserwując poszarzałe niebo i wypełnia mnie wdzięczność za to, że nie każda niedyspozycja żołądkowa, nie każda podwyższona temperatura czy katar moich pociech są powodem do niepokoju.

Następnego dnia spędzam dłuższy czas za kierownicą, rozmawiając ze znajomym. Wspomina o babci swoich dzieci, która nie może spać, gdy wie, że coś dolega wnukom. Mój rozmówca nie może tego zrozumieć, nie jest to dla niego też wygodny temat. Po powrocie zastanawiam się nad tym dłużej: być może ta starsza kobieta pamięta jeszcze czasy, gdy śmiertelność wśród dzieci i niemowląt była wysoka, gdy nie było wcale takie pewne, czy maleństwo dopiero co urodzone przeżyje najbliższy rok.

Pamiętam (choć teraz nie do końca jestem w stanie to zrozumieć), że mi też towarzyszył podskórny niepokój w pierwszych miesiącach życia naszego najstarszego syna.  Głęboko odetchnęłam, gdy skończył rok. To było tak dawno temu, a jednak pamiętam dokładnie uczucie ulgi, jakie mnie wtedy ogarnęło. Podobno jest coś takiego jak odziedziczony lęk, coś co funkcjonuje w naszej podświadomości. Babcie (czy teraz już prababcie) wpychające maluchom jeszcze jedną łyżeczkę jedzenia do buzi (z obawy, że może za moment tego jedzenia już nie być, a skoro akurat jest, to trzeba wcisnąć je w dziecko, jak to było w czasie wielkiej biedy) odchodzą już pewnie w niepamięć, ale zestresowani rodzice czekający na wizytę kontrolną przed przyszpitalnymi poradniami to już nie obrazek z przeszłości.

„Najważniejsze to się nie denerwować!”, wykrzykuje jedna z mam, popychając przed sobą chłopca z ręką w gipsie. „I czego się tak denerwujesz?!”, krzyczy dalej, ale nieco głośniej niż przed chwilą. Za moment reszta oczekujących zacznie się stresować, myślę uśmiechając się ukradkiem.

Uczucie, że nie jest się w stanie zapobiec temu, co może się przytrafić tym, których kochamy, potrafi być paraliżujące. Mówi mi o tym kilka dni później ojciec prawie dwuletniego chłopca, rozsypującego z zapałem godnym lepszej sprawy kawałki owoców z wysokości krzesełka do karmienia. „Chciałbym mu oszczędzić wszystkich głupot, które w życiu zrobiłem. Patrzę na niego i bardzo nie chcę, by przechodził przez to, co ja przechodziłem.”

Mam na końcu języka jakąś mądrą sentencję w stylu „Uczymy się na własnych błędach” lub inną tego typu, na przykład: „Nie przeżyjesz za niego życia”, ale gryzę się w język. Słucham emocji, jakie kryją się za jego wypowiedzią. Wiem, że nie potrzebuje w tej chwili mądrych rad ani prostowania jego życiowych przekonań, ale wysłuchania.

Patrzę na winogrona oplatające niski dach i myślę o tym, ile jeszcze czeka mnie monologów do wysłuchania, wyznań rzuconych jakby od niechcenia, ale odkrywających głębokie niepokoje.

Słuchanie pomaga mi przypomnieć sobie, że nie racje są najważniejsze, ale relacje. Nie radzenie, ale bycie blisko.

I że jest Ktoś, kto zawsze słucha i zawsze jest blisko!

***

„Bóg jest dla nas ucieczką i mocą:
łatwo znaleźć u Niego pomoc w trudnościach.
Przeto się nie boimy, choćby waliła się ziemia
i góry zapadały w otchłań morza.
Niech wody jego burzą się i kipią,
niech góry się chwieją pod jego naporem:
<Pan Zastępów jest z nami,
Bóg Jakuba jest dla nas obroną>.
Odnogi rzeki rozweselają miasto Boże –
uświęcony przybytek Najwyższego.
Bóg jest w jego wnętrzu, więc się nie zachwieje;
Bóg mu pomoże o brzasku poranka.
Zaszemrały narody, wzburzyły się królestwa.
Głos Jego zagrzmiał – rozpłynęła się ziemia:
Pan Zastępów jest z nami,
Bóg Jakuba jest dla nas obroną.
Przyjdźcie, zobaczcie dzieła Pana,
dzieła zdumiewające, których dokonuje na ziemi.
On uśmierza wojny aż po krańce ziemi,
On kruszy łuki, łamie włócznie,
tarcze pali w ogniu.
«Zatrzymajcie się, i we Mnie uznajcie Boga
wzniosłego wśród narodów, wzniosłego na ziemi!»
Pan Zastępów jest z nami,
Bóg Jakuba jest dla nas obroną.” (Ps 46, 2-12)

 

Dwaj lub trzej

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Nowe miejsce spotkań naszej wspólnoty. Najpierw spore kłopoty z kluczem do salki, potem konstatacja: jest nas garstka. Ale wreszcie to, co najważniejsze: Boża obietnica, ze tam gdzie dwaj lub trzej, tam On jest pośrodku. I tego się trzymamy.

Obozy sportowe naszych synów: na jednym jest dwójka, na drugim jest jeden, ale odbywają się one w tym samym czasie. Tam gdzie jest nasza dwójka, dwa kilometry w jedną i dwa w drugą stronę  idzie z nimi trener do najbliższego kościoła na niedzielną Mszę  świętą. Na tym drugim, gdzie jest tylko jeden spośród naszych synów, nie ma zgody na uczestnictwo. Po telefonie męża udaje się uzyskać jedynie to, że chętne dzieci „obejrzą” Mszę świętą na ekranie komputera. Oprócz naszego syna chętny jest jeszcze tylko jeden chłopiec. Dwa różne obozy (oba sportowe) i dwa różne podejścia…

Dwie państwowe szkoły podstawowe oddalone od siebie o kilka kilometrów, obie wiejskie. W jednej wewnątrz nad drzwiami wisi piękny, zabytkowy krzyż sporych rozmiarów, w drugiej nie ma krzyży, bo rodzice sobie nie życzyli. Podobno ci, którzy byli za, nie „przebili się”. Smutna sprawa. Pozostaje mi tylko dziękować Bogu, że nasze pociechy chodzą do szkoły z krzyżem (i z wieńcem adwentowym w holu w grudniu oraz z sensownymi katechetami), a jedyne co mogę zrobić, chcąc wesprzeć rodziców uczniów z tej drugiej szkoły, to podpisać petycję o powrót krzyży.

Jednak z roku na rok dociera do mnie, że być może jesteśmy w mniejszości. To nic tragicznego, ale od dzieciństwa słyszałam o statystykach, z których wynikało, że osób wierzących jest jednak sporo w naszym kraju. Nie chcę analizować w tym momencie, co się złożyło na ten obraz i dlaczego uległ on zmianie.

Na chwilę chcę się skupić za to na doświadczeniu bycia w mniejszości jako osoba wierząca. Mocno to odczułam na studiach podyplomowych. Ale też coraz mocniej dociera do mnie, ze sporo osób spośród tych, które wcześniej deklarowały się jako katolicy albo jako poszukujący ludzie teraz – z takich czy innych powodów – nie chce słyszeć o niczym, co z katolicyzmem może się choćby kojarzyć.

Dwa lata temu na propozycję zorganizowania ogniska w piątek zareagowała wychowawczyni jednego z naszych dzieci, tłumacząc, że to jakoś niezręcznie łączyć kiełbaski i piątek, na co jedna z mam wykrzyknęła, że jak komuś przeszkadza, to niech pyrę upiecze i nie zawraca głowy.

Dla osób spoza Wielkopolski na marginesie dodam (ale być może ten dodatek nie jest konieczny), że pyra to po prostu ziemniak, a nie wersja wege mięsnego dania).

„Mało nas, mało nas do pieczenia chleba”, chciałoby się zamruczeć pod nosem, ale może warto za to zaśpiewać, i to pełną piersią: „Odnawiasz moje życie jak u orła, jak młodego orła do lotu porywasz mnie” i nie chować głowy w piasek, nie martwić się, że jest się w mniejszości.

Przyjmuję do wiadomości, że jest nas być może niewielu. Ale gdzie dwóch lub trzech… Przecież i  niewielka ilość zaczynu ma moc zakwasić całe ciasto, i maleńkie nasionko ma moc wyrosnąć na  potężne drzewo. Nie myślę o potędze instytucjonalnej, kapiącej złotem świątyni z kamienia, administracji i urzędnikach. Myślę o wierze, która ma siłę wulkanu, mimo że jest niepozorna jak  ziarnko piasku. Ale jeśli jest żywa, nic jej nie przemoże, bo stoi za nią Pan!

***

 

 

 

„Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo.” Łk 12, 32

Na obie nogi

Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Zmiany planów ciąg dalszy! Znów wydarzyło się coś, co je nam zburzyło. Jednak nie poddajemy się, nie wszystko przecież musi być idealnie. Wierzymy, że Boże Miłosierdzie jest większe niż nasze wyobrażenia i nawet wtedy, gdy kolejny raz zmuszeni jesteśmy skreślać coś w kalendarzu, nie tracimy pogody ducha . Umacnia nas w tym modlitwa w Łagiewnikach, na którą wstąpiliśmy w zeszłym tygodniu, wracając po skróconych niespodziewanie wakacjach.  Mimo deszczu i załamania pogody, udaje nam się wygospodarować tam kilka minut na adorację w ciszy. Jak dobrze!

Królewski syn

Przy okazji przypominam sobie historię, która mnie kiedyś urzekła. Król Dawid pyta, czy jest jeszcze ktoś z rodu Saula, ponieważ chce okazać mu miłosierdzie.  Znajduje się jeden człowiek – Meribbaal, chromy na obie nogi. Mówi o sobie samym „parszywy pies”, co jeszcze zwiększa dramaturgię ich spotkania. W rzeczywistości jednak jest synem królewskim – synem Jonatana,  syna Saula. Dawid postanawia, że Meribbaal będzie jadał z nim przy stole, podobnie jak każdy królewski syn zasiadał dotąd przy królewskim stole w Jerozolimie (por. 2 Sdz 9, 1-13).

Przy stole z królem

Na początku nie wiedziałam, co jest tak poruszającego w tej historii. Myślałam, że może tym, co zwróciło moją uwagę w biblijnej opowieści, jest sytuacja człowieka odrzuconego, niemal wyklętego, a dodatkowo jeszcze człowieka z niepełnosprawnością, który zostaje odnaleziony i przywrócony do królewskiej godności. Tak, to też jest piękne w tej historii. Jednak tym, co ujęło mnie najbardziej, jest zdanie Dawida o miłosierdziu. Rzeczywiście, w tamtej sytuacji – politycznej, kulturowej – Merribbaal nie zasługiwał na tak wspaniałomyślny gest. Dodatkowo, Dawid zaznacza, że miłosierdzie chce okazać tylko ze wzglądu na Jonatana (ojca Meribbaala).

Jak dziecko u matki

Kiedyś trafiłam na ciekawe wyjaśnienie słowa miłosierdzie: jako miłość, która nam się nie należy, w znaczeniu, że nie mogliśmy (nie byliśmy w stanie) na nią w żaden sposób zasłużyć. Podobno hebrajskie słowo określające miłosierdzie pochodzi od innego wyrazu, oznaczającego matczyne łono i – przez analogię – ukazuje czułą i wierną miłość, na którą – podobnie jak niemowlę pod sercem matki – nie jest się w stanie w żaden sposób zasłużyć ani za nią odpłacić. Jest ona absolutnie pierwsza i wcześniejsza niż jakiekolwiek nasze działania i niż – przez analogię dziecka – my sami.

Szuka, komu okazać miłosierdzie

Porusza mnie więc najbardziej w przywołanej wyżej scenie biblijnej to, jak Dawid szuka wśród ocalałych kogoś, komu mógłby okazać swoje miłosierdzie. Wyobrażam sobie, że podobnie Bóg wychodzi nam naprzeciw, szukając komu mógłby okazać swoje miłosierdzie, ze względu na swojego Syna Jezusa.  Jesteśmy, podobnie jak Meribbaal, chromi na obie nogi – nie damy rady sami przyjść do Boga. To On wychodzi nas szukać. I znajduje w Jezusie. Sadza przy jednym stole i nie pozwala mówić o nas jako o parszywych psach, ale odtąd jako o królewskich synach.

Nie wszyscy to pojmą

Pewnie, że można się upierać, że ma się zdrowe nogi i umie się samemu dojść do Boga. Ale innej drogi niż przez Jego Syna nie ma. Innej drogi niż przez Boże Miłosierdzie po prostu nie ma!

***

„Lecz Pan czeka, by wam okazać łaskę,
i dlatego stoi, by się zlitować nad wami,
bo Pan jest sprawiedliwym Bogiem.
Szczęśliwi wszyscy, którzy w Nim ufają!” (Iz 30, 18)

 

Motyl

Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

„Szczęśliwe chwile to motyle/Miłość wieczna tęsknota”, słowa piosenki „Kory” (Olgi Jackowskiej) wracają w mojej pamięci, gdy oglądam z uwagą barwnego motyla w Ogrodzie Doświadczeń, w którym zatrzymaliśmy się podczas naszej wakacyjnej wyprawy.

Kilka godzin później z wyczekiwaniem zerkam na wyświetlacz telefonu, na którym pojawia się w końcu wiadomość od męża: to jednak złamanie. Przeczuwałam to gdzieś w środku, ale miałam nadzieję, że to jednak nie to. Znów, w tym samym miejscu kości, w tak niewielkiej odległości czasowej? To niemożliwe!

Córeczka jest bardzo dzielna, wraca „zagipsowana” pod samo kolano. Jej bracia również są dzielni. Czekają kolejne godziny razem ze mną w tym pięknym miejscu, spędzając na świeżym powietrzu cały dzień.

Młody chłopak, który litościwie przygotowuje dla męża i córeczki naleśniki, mimo że właściwie już zamyka swoją budkę, opowiada mi zabawne sytuacje z historii swojej rodziny. W rolach głównych obsadza swoją mamę i wujka. Śmieję się głośno i na chwilę udaje mi się zapomnieć o kolejnym małym „trzęsieniu ziemi” , które wywraca nasze plany urlopowe do góry nogami.

Mimo wszystko nie uważam, że szczęśliwe chwile przypominają motyle. Nie wstrzymuję oddechu, by ich nie spłoszyć, jak dzieje się to wtedy, gdy obserwuję owady w kwiatowym labiryncie wewnątrz Ogrodu Doświadczeń.

Swoją drogą, ciekawa nazwa. W założeniu odsyła do doświadczeń fizycznych, bo z myślą o nich zagospodarowany został ten spory obszar zieleni. Jednak wyraz „doświadczenie” ma jeszcze inne, chyba nieco głębsze znaczenie. Jakie? Na pewno po odwiedzeniu tego miejsca jestem bogatsza o nowe doświadczenia: udaje mi się zorganizować czwórkę moich głośnych i żywiołowym chłopców, wypatrzeć z najmłodszym z nich stadko kaczek, łowiących coś zawzięcie w pobliskim stawie, opędzić się od kąsających komarów, nie nudzić się przez kolejne cztery godziny oczekiwania na wieści ze szpitala.

Siadam na pobliskiej ławeczce i zamykam oczy. Ciepłe promienie zachodzącego słońca delikatnie gładzą moją twarz. Wiem, że jesteśmy bezpieczni, mimo że znajdujemy się w obcym mieście, w tym momencie bez samochodu, z dala od miejsca naszego noclegu (a ja dodatkowo z wielkimi bąblami na stopach).

Następny dzień postanawiamy spędzić „na chillu”, jak to określił najstarszy syn, który obiecuje mi pomoc przy naszej Maludzie ze złamaną nóżką. Reszta rodziny rusza na podbój okolicznych skałek i muzeów.

Z wczorajszej słonecznej pogody pozostaje mi tylko pamiątka w postaci jaskrawej opalenizny, która (mam taka nadzieję) niebawem zmieni odcień na bardziej czekoladowy.

Wychodzę na tonącą w deszczu ulicę i rozglądam się badawczo. W sklepie na rogu nabywam jakiś ciuszek dla naszej pięciolatki, który będzie można założyć na gips, bo w walizce mam tylko jedne jedyne spodenki z bardzo szerokimi nogawkami – reszta nie kwalifikuje się jako odzież dla gipsowej nóżki.

Czy można być szczęśliwym, gdy plany po raz kolejny zostają pokrzyżowane? Można. Ja jestem szczęśliwa.

Patrzę na twarzyczkę naszej córuni, która mimo kontuzji nie traci dobrego nastroju i pogody ducha. Dziękuję Bogu, że jest z nami, że w Jego dłoniach jesteśmy bezpieczni, że w Nim jest nasz odpoczynek.

***

„Spocznij jedynie w Bogu, duszo moja,
bo od Niego pochodzi moja nadzieja.
On jedynie skałą i zbawieniem moim,
On jest twierdzą moją, więc się nie zachwieję.
W Bogu jest zbawienie moje i moja chwała,
skała mojej mocy,
w Bogu moja ucieczka.
W każdym czasie Jemu ufaj, narodzie!
Przed Nim serca wasze wylejcie:
Bóg jest dla nas ucieczką!” (Ps 62,6-8)

Skarb

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Pewien mężczyzna co dzień siadał w cieniu i prosił przechodniów o jałmużnę. Wyciągał rękę i wypowiadał wciąż tę samą formułkę. Część osób decydowała się na wsparcie go jakąś drobną sumą, część natomiast przechodziła obojętnie, niewzruszona jego prośbami.

Pewnego jednak dnia ktoś z przechodniów zachował się inaczej niż wszyscy inni do tej pory. Zatrzymał się, pochylił nad mężczyzną i zapytał, na czym ten siedzi. „Na skrzyni”, padła odpowiedź. Przechodzień zachęcił żebraka, by sprawdził, co się w niej mieści. „To zwykła skrzynia”, oponował tamten. Nieznajomy jednak nie ustępował w namowach, aż wieko zostało podniesione, ukazując oczom obserwatorów drogocenny skarb: złoto i szlachetne kamienie.

Być może tę historię już gdzieś wcześniej słyszałam, przypomniała mi się ona natomiast podczas niedawnej lektury jednej z książek, przywołana jako anegdota, czy może raczej jako przypowieść o naszym życiu.

Czasem rzeczywiście to, co cenne, jest na wyciągnięcie ręki, długo przez nas niezauważane.

Takim skarbem jest nasza codzienność, niesłusznie nazywana szarą. Być może to właśnie w niej, w codzienności, czujemy się jak żebracy. Wyciągamy rękę do przechodniów, czy może raczej do różnych „umilaczy” (elektronicznych, cukrowych, adrenalinowych i jakich tam jeszcze), by nas wybawiły z tej nieznośniej zwyczajności. „Niech wreszcie się coś zadzieje”, myślimy. Ale właśnie tam, bliżej niż przypuszczamy, w skrzyni naszego życia, znajduje się odpowiedź na nasze tęsknoty i pragnienia, tam ukryte są najcenniejsze dla nas skarby.

Nie jesteśmy wcale żebrakami – emocjonalnymi czy społecznymi. Nie musimy sztucznie stymulować uczucia satysfakcji i wewnętrznej sytości. „Umilacze” nie zapełnią naszej pustki ani nie nasycą głodu (nieco innego niż zwiastuje nam ssanie w żołądku). Siedzimy nie na bombie, jak może czasem nam się wydaje, ale na skrzyni z bogactwem naszego życia.

Gdzie jest skarb, gdzie jest to, co nadaje sens naszym porankom i wieczorom? Pod warstwą kurzu, pod tym, co staje się rutyną, pod tym, co z czasem zdaje się być wyblakłe i bez znaczenia. W naszym zwykłym, w kolejnym dniu. Nie w tym, co chwilowe i ekscytujące – w tym, co stałe i powtarzalne.

Czasem potrzebny jest nam kolejny krok: krok w głąb. Nie ucieczka od tego, co tworzy naszą codzienność, ale wejście w jej głębszą warstwę.

Właśnie tam, gdzie jesteś, spotyka Ciebie Pan.

Jak Gedeona, który przesiewał ziarno, oglądając się niespokojnie, czy nie zostanie napadnięty przez wrogów. Jak Maryję w jej cichym Nazarecie, jak Józefa – we śnie. Jak Mojżesza podczas wypasania owiec teścia. Jak Pawła (Szawła) w trakcie wyprawy do Damaszku. Jak Piotra – podczas łowienia ryb. Jak Mateusza, siedzącego za stołem. Jak Amosa, przycinającego gałązki sykomory.

Właśnie w tym, co zwykłe. Niezbyt chwalebne i wcale nie błyszczące. W Twojej i mojej słabości.

W naszej ranie. Naszej niemocy.

Tam objawia się Jego moc.

Wystarczy tylko wstać i uchylić nieco wieko skrzyni, na której wciąż siedzimy.

***

„Moim działem jest Pan – mówię,
by zachować Twoje słowa.
Z całego serca dbam o przychylność Twojego oblicza,
zmiłuj się nade mną według swej obietnicy!
Rozważam moje drogi
i zwracam stopy do Twoich napomnień.
Śpieszyłem bez ociągania,
by przestrzegać Twoich przykazań.
Oplotły mię więzy grzeszników:
nie zapomniałem o Twoim Prawie.
Wstaję o północy,
aby Cię wielbić
za słuszne Twoje wyroki.
Jestem przyjacielem
wszystkich, którzy się boją Ciebie,
co strzegą Twych postanowień.
Twoja łaska, Panie,
napełnia ziemię:
naucz mnie Twoich ustaw!” (Ps 119, 57-64)

Relacje

Tagi

, , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Zerkam na kamienny parapet  w kruchcie kościoła. Ulotki o zagrożeniach związanych z Internetem i elektroniką rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. Ułożone obok w zgrabny stosik ulotki o tym, jak rozmawiać z dzieckiem o seksie właściwie nie zmniejszyły swojej ilości. Jestem zaskoczona. Pierwszy raz brałam komplet jakieś dwa tygodnie temu. Przeczytałam  informatory razem ze starszym synem, a potem przekazałam (obie ulotki) znajomym, z którymi dyskutowaliśmy o ilości czasu spędzanego przed ekranem przez dzieci i młodzież. Potem znów wzięłam komplet, by przekazać dziadkom naszych pociech. Za drugim razem tych o elektronice już prawie nie było, za to tych o dojrzewaniu i edukacji seksualnej – prawie nie ubyło.

Zagadka

Dlatego, że pierwszy temat jest palący, a drugi dla niektórych wstydliwy? Nie wiem. Może pierwszy jest stosunkowo nowy, a drugi nadal stanowi tabu dla wielu wierzących rodziców? A może mają odmienne, niż prezentowane przez Kościół, podejście? Aż się prosi, by przeprowadzić badanie na podstawie tego, które ulotki cieszą się większym „wzięciem” ; )

Rozsypana układanka

Nie zajmuję się jednak badaniami, co najwyżej rozmowami. Tych nigdy dość. Ostatnio przez dwa dni jednak pochłonięta byłam wraz z mężem rozmowami innego typu. Nie dotyczyły Internetu ani edukacji dzieci, ale naszych wspólnych wakacji. Z powodu zbliżającej się hospitalizacji jednego z członków naszej rodziny, musieliśmy wywrócić do góry nogami nasze plany i poukładać je na nowo.

Z bolącą głową

Zapach oleju i farby do drewna drażni i szczypie w nos. Jeszcze wczoraj wdychałam świeży aromat modrzewiowych desek, dziś już marzę, by wyschły i przestały męczyć moją głowę. Wykorzystujemy czas, gdy niektórych naszych pociech nie ma w domu – są na obozie sportowym – i odnawiamy taras (mój mąż) oraz wyszukujemy oferty noclegów w innym, niż mieliśmy umówiony do tej pory, terminie.

Uśmiech

Odsuwam na chwilę klawiaturę, podnoszę wzrok znad ekranu i patrzę na zerkającego na mnie zza zasłony w tarasowych drzwiach męża. Dobrze, że w tym wszystkim nie zapominamy, co jest istotne, że nadal najważniejsze są dla nas relacje.

Lekarstwo

Podobno przeciwieństwem uzależnienia jest relacja – tego dowiedziałam się na studiach podyplomowych. To by trochę tłumaczyło dysproporcję w znikających ulotkach w naszym parafialnym kościele. Łatwiej jest powiedzieć: szlaban na elektronikę, niż usiąść i porozmawiać o intymności, o dojrzewaniu, o więzi.

Bliskość

Łatwiej jest schować głowę w laptopa lub smartfona niż spojrzeć w oczy, dowiedzieć się, co gnębi syna czy córkę. Z ulotki o elektronice można się czegoś nowego dowiedzieć o nowych technologiach, z ulotki o tym, jak rozmawiać z dzieckiem o seksie można się dowiedzieć… jak rozmawiać. Może w tym tkwi problem, może nie wszyscy chcą rozmawiać, nie wszyscy są zainteresowani tym, by inwestować w relacje?

Wspólnymi siłami

Nie wiem. Dla mnie ważniejsze jest to, by nie stracić kontaktu, by słuchać, by być blisko, a jednocześnie pozwolić dzieciom chodzić swoimi drogami. Pewnie, że czasami mam dość, czasami brakuje mi sił. Ale relacja to niekończąca się przygoda. Zawsze przychodzi nowy zapał, nadzieja jak iskra znów rozpala mnie od wewnątrz. Nie jestem idealna, ale nie to jest tu przecież najważniejsze.

Kocha

Ufam, że moje wysiłki są pobłogosławione przez Tego, kto kocha moje dzieci jeszcze bardziej niż ja…

PS Dostałam wzruszający SMS, wysłany z drogi na obóz przez jednego z naszych synów. Dobrze wiedzieć, że jest się kochaną. Tak po prostu. Nie za coś.

***

„Mówił Syjon: „Pan mnie opuścił,
Pan o mnie zapomniał”.
Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu,
ta, która kocha syna swego łona?
A nawet, gdyby ona zapomniała,
Ja nie zapomnę o tobie.” (Iz 49, 14-16)

 

 

 

Nie bój się, robaczku!

Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Mamo, mamo – woła rozemocjonowana córeczka – ten chrabąszcz nie może przejść!

Rzeczywiście, jakiś chrząszcz próbuje się wydostać z oczka metalowej kratki przy wejściu do naszego domu. Chce ominąć przeszkodę, przejść pod nią, wspiąć się – na próżno. Podaję mu  źdźbło trawy i patrzę, jak chwyta je kosmatymi łapkami. Po chwili jest już bezpieczny w rosnących nieopodal krzewach bukszpanu.

Robaczku, Jakubie

Myślę o tym, jak nieporadne staje się to małe żyjątko, gdy natrafi na nieprzyjazne otoczenie – samo sobie nie poradzi: nie ucieknie, nie oddali się, uwięzione w zwykłej wycieraczce, czy innym podobnie niebezpiecznym dla niego miejscu. Wyobrażam sobie, że i my często przypominamy takie małe żuczki, zmagające się z przeciwnościami, trudnościami zagradzającymi nam drogę, z tym wszystkim, co próbuje nas zatrzymać w drodze, uniemożliwić zrealizowanie naszego powołania, naszych planów, marzeń, a przede wszystkim – Bożej woli. Różnica między nami a tym małym owadem jest ogromna (w wielkości i możliwościach), ale o wiele większa (nieskończenie większa!) między nami a Bogiem – wierzę w to mocno!

Ty i ja jesteśmy takimi robaczkami, nad którymi On się pochyla. Możemy być tego pewni, przekonuje nas o tym zresztą samo Słowo: tam, gdzie czytamy o „robaczku, Jakubie” (por. Iz 14, 41), śmiało możemy wstawić także swoje imię.

Nieboraku, Izraelu

W taki czuły, pieszczotliwy sposób zwraca się do nas Bóg, zwłaszcza wtedy, gdy borykamy ię z jakimiś trudnościami, gdy przytłaczają nas problemy, nękają czarne myśli, zmartwienia dobijają się do naszych drzwi. „Nieboraku, Ja cię wspomagam” (por. Iz 41, 14) woła do nas wtedy (i nie tylko wtedy!).

Zmiana optyki

Jeśli będziemy patrzeć jedynie pod nogi (oczywiście patrzenie pod nogi jest potrzebne : lepiej się nie przewrócić, wpatrując w gwiazdy, a stąpanie mocno po ziemi też ma swoje plusy, gorzej gdy JEDYNIE tym się w życiu zajmujemy), możemy nie dostrzec, że drepczemy wciąż w kółko wokół swoich własnych problemów: ani ich nie przeskakujemy, ani nie obchodzimy, ani nie pokonujemy, uwięzieni w jakiejś kolejnej kratce naszego życia.  Jeżeli jednak oprócz patrzenia pod nogi spojrzymy też nieco wyżej, może dojrzymy wyciągniętą – już nie trawę, jej źdźbło, a dłoń Boga. Może wtedy usłyszymy Jego pełen miłości głos: „Nie lękaj się, przychodzę ci z pomocą” (Iz 41,13).

To pewne

Skoro zdarza nam się od czasu do czasu pomóc takiemu, czy innemu żyjątku wydostać się z opresji, to tym bardziej możemy być pewni, że naszemu Ojcu zależy na tym, byśmy zostali uratowani, nie od czasu do czasu, ale za każdym razem, gdy tego potrzebujemy. Są sytuacje, w których prężenie muskułów na niewiele się zda. Ale zdanie się na Niego – tak. I wiara w to, że niezależnie od okoliczności nie przestaje nas kochać i czuwać nad naszym życiem.

Na pewno.

***

„Ty zaś, Izraelu, mój sługo,
Jakubie, którego wybrałem sobie,
potomstwo Abrahama, mego przyjaciela!
Ty, którego pochwyciłem na krańcach ziemi,
powołałem cię z jej stron najdalszych
i rzekłem ci: «Sługą moim jesteś,
wybrałem cię, a nie odrzuciłem».
Nie lękaj się, bo Ja jestem z tobą;
nie trwóż się, bom Ja twoim Bogiem.
Umacniam cię, jeszcze i wspomagam,
podtrzymuję cię moją prawicą sprawiedliwą.
Oto wstydem i hańbą się okryją
wszyscy rozjątrzeni na ciebie.
Unicestwieni będą i zginą
ludzie kłócący się z tobą.
Będziesz ich szukał, lecz nie znajdziesz
tych ludzi, twoich przeciwników.
Unicestwieni będą i na nic zejdą
ludzie walczący z tobą.
Albowiem Ja, Pan, twój Bóg,
ująłem cię za prawicę
mówiąc ci: «Nie lękaj się,
przychodzę ci z pomocą».
Nie bój się, robaczku Jakubie,
nieboraku Izraelu!
Ja cię wspomagam – wyrocznia Pana –
odkupicielem twoim – Święty Izraela.
Oto Ja przemieniam cię w młockarskie sanie,
nowe, o podwójnym rzędzie zębów:
ty zmłócisz i wykruszysz góry,
zmienisz pagórki w drobną sieczkę;
ty je przewiejesz, a wicher je porwie
i trąba powietrzna rozmiecie.
Ty natomiast rozradujesz się w Panu,
chlubić się będziesz w Świętym Izraela.” (Iz 41, 8-16)

Celebrowanie

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

„Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”, taka refleksja mnie naszła po powrocie z kilkudniowego wypadu w góry. Chociaż wyjazd był bardzo udany (i potrzebny), pełen wrażeń i różnorodnych wspinaczkowych doświadczeń (w deszczu, we mgle i w pełnym słońcu), to jednak powrót powitałam z ulgą.

Home sweet home

Doceniłam mój codzienny rytm dnia, miejsce na tarasie, w którym łatwiej zbiera mi się myśli i swobodniej modli. Powtarzalne czynności, domowe obowiązki i przede wszystkim rodzinę w pełnym składzie zgromadzoną wokół stołu. W górach byliśmy bez dwójki chłopców, którzy w tym samym czasie wypoczywali na Mazurach, pojechaliśmy tylko z trójką dzieci.

Serce nie śpi

W domu, w którym na wyjeździe nocowaliśmy, za ścianą płakało niemowlę. Zdarzyło mi się tam więc kilka razy przebudzić z nieodpartym wrażeniem, że powinnam wstać i je ululać, nakarmić i ukoić jego płacz. Dopiero po chwili uzmysławiałam sobie, że dzieci, których jestem mamą, śpią spokojnie niedaleko mnie oraz że dawno już z wieku niemowlęcego wyrosły. Jednak jakiś cień niepokoju pozostawał, bo nie byliśmy w komplecie – myślami biegłam więc do Kruklanek, zastanawiając się, jak sobie radzą na wyjeździe nasi synowie.

Bliski kontakt

Krótkie telefoniczne rozmowy co wieczór dawały mi namiastkę naszych codziennych domowych rozmów. Nie widziałam jednak ich twarzy, gdy rozmawialiśmy przez telefon i nie miałam w związku z tym pełniej informacji o tym, co się z nimi dzieje. Przyzwyczaiłam się do naszego domowego rytuału, do tego, że zaczynamy i kończymy dzień uściskiem, buziakiem, kreślonym na czole krzyżem. Brakowało mi tego.

Czas dla bliskich

Teraz znów jesteśmy wszyscy razem, w wakacyjnym trybie spędzamy czas. Jutro mają nas odwiedzić krewni i zostać kilka dni. Przygotowałam już pościele, piekę właśnie mięsa w piekarniku (będzie nas razem dwanaścioro) i zastanawiam się, jak to będzie. Nie, nie mam na myśli odwiedzin, ale moment, gdy nasze dzieci będą już dorosłe. Moi rodzice twierdzą zgodnie, że ten czas mija zazwyczaj zbyt szybko. Nim się człowiek zdąży obejrzeć, już z niemowlęcia robi się nagle dorosły i wyfruwa z gniazda. Pewnie mają rację.

Wdzięczność

Właśnie dlatego chcę celebrować każdy dzień, by potem nie ocknąć się zaskoczona, gdy  któryś z domowników żegnać będzie rodzinne progi. Cieszę się, patrząc jak rosną. Jestem wdzięczna za każdą i każdego. I za to, że jesteśmy rodziną. Nieidealną, ale kochającą i wspierającą się nawzajem. Z tej perspektywy inne sprawy są mniej istotne, wracają do swoich normalnych rozmiarów, a obawy i lęki kurczą się i robią miejsce dla zaufania i poczucia bezpieczeństwa.

Ty i ja

Wracając z górskiej wyprawy nasza córeczka poprosiła o jakąś góralską piosenkę. Posłuchaliśmy kilku z nich w drodze powrotnej. Refren jednej brzmiał: „I tak mi mówi moje serce, tak mi mówią sny, dla ciebie jestem ja, a dla mnie ty.” Nie wiem dlaczego, ale słuchając jej, oczy mi powilgotniały. Jakaś czuła struna została we mnie poruszona przez te słowa.

Na skale

Wieczorem, gdy kładłam spać naszą najmłodszą pociechę, znów zagadnęła mnie o tę góralską piosenkę. „To o tobie, mamusiu, i o tacie, prawda?” – spytała. Tak, to o nas. Ale też (choć ani wykonawcy, ani autorzy utworu pewnie tego nie zakładali) o tym, że każdy z nas jest chciany i kochany przez Boga.

Mam świadomość, że jest coś większego niż nasze rodzicielskie starania, że jest Ktoś, kto spaja nasze fundamenty, kto scala nas jako rodzinę, kto dodaje sił, pociesza i pomaga dalej iść.

I tak mi mówi moje serce, tak mi mówią sny. Dla Ciebie, Panie, jestem ja, a dla mnie – Ty.

 

***

„Jeżeli Pan domu nie zbuduje,
na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą.
Jeżeli Pan miasta nie ustrzeże,
strażnik czuwa daremnie.
Daremnym jest dla was
wstawać przed świtem,
wysiadywać do późna –
dla was, którzy jecie chleb zapracowany ciężko;
tyle daje On i we śnie tym, których miłuje.

Oto synowie są darem Pana,
a owoc łona nagrodą.
Jak strzały w ręku wojownika,
tak synowie za młodu zrodzeni.
Szczęśliwy mąż,
który napełnił
nimi swój kołczan.
Nie zawstydzi się, gdy będzie rozprawiał
z nieprzyjaciółmi w bramie.”  (Ps 127, 1-5)

Przejdź do paska narzędzi