Dzień

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Dzisiaj, podczas przerwy śniadaniowej, półżartem półserio (ach, ta reforma ortografii!) wyliczaliśmy, jakie szczególne okazje pojawiły się ostatnimi czasy w kalendarzach.

Znany nam Dzień Kobiet ma od jakiegoś czasu swój męski odpowiednik, choć nie przez wszystkich uznawany, a mianowicie Dzień Mężczyzny. Poza tym, również w marcu, obchodzi się podobno Dzień Teściowej i Dzień Teścia (jakoś nie mogę się przestawić w moim myśleniu…).

Jest też, czego nie wiedziałam, Dzień Singla. Skoro dopiero niedawno ogłoszony, to nie miałam okazji go świętować, gdy byłam panną (pardon, singielką;)  I w lutym Dzień Kochania Siebie, ale chyba jeszcze mało rozpowszechniony, bo dopiero niecały miesiąc temu się o nim dowiedzieliśmy.

Z tych wszystkich, wymienionych wyżej, pamiętam z dzieciństwa tylko ten pierwszy. Byłam wtedy zupełnie mała, ale goździki i tulipany pojawiają się w mojej pamięci od razu, gdy tylko słyszę „Dzień Kobiet”. Talony na rajstopy? Chyba było coś takiego. W miejscu mojej obecnej pracy krążą opowieści z czasów PRL-u o kolorowych rajstopach przywożonych po kryjomu zza granicy i noszonych pod spodniami, bo okazywały się zbyt barwne na tamte ponure i szare czasy.

Myśląc o tym, przypomniało mi się, że moja córka zadaje coraz więcej  wymagających namysłu pytań, również tych niewygodnych. Ostatnio, krótko przed zaśnięciem, spytała, o co chodzi w zasłyszanym zdaniu: „Jeśli masz syna, pilnujesz syna; jeśli masz córkę, pilnujesz całe osiedle”. Jest jeszcze za mała, by jej wytłumaczyć kontekst kulturowy tego powiedzonka. Nie mówiąc już o tym, by próbować wyjaśniać ewentualny humor w nim zawarty.

Gdy zastanowiłam się nad nim dłużej, nie wydało mi się zabawne. Raczej smutne. Zwłaszcza że córa była zaniepokojona, pytając o nie. Nie rozumiała, o co chodzi z tym osiedlem i to ją najbardziej niepokoiło. Dopytywała, co jej się może stać, jeśli pójdzie gdzieś sama, bez starszego brata, który zazwyczaj jej towarzyszy. Jest mała, ale sporo rzeczy intuicyjnie wyczuwa.

Uspokoiłam ją, jak tylko umiałam. A potem, gdy już zasnęła, pomyślałam, że może dobrze, by był też obchodzony dzień, w którym to powiedzonko nie byłoby już używane, bo nie miałoby odzwierciedlenia w rzeczywistości. I by ten dzień nie był wpisywany w kalendarzach, ale w postawę dorosłych przede wszystkim.

Więcej niż symbol

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Niedawno rozmawiałam ze starszą siostrą zakonną. Opowiedziała mi niezwykłą historię.

Pewnego dnia zauważyła, że ktoś położył zabytkowy krzyż na podmurówce ich zakonnego płotu. Wyszła z budynku i wniosła go do środka. Krzyż był bogato zdobiony, średniej wielkości. Oparła go o framugę okna z zamiarem wydania komuś. Nie wiedziała jeszcze komu, ale modliła się, by Pan wskazał jej odpowiednią osobę.

Nie minął tydzień, a do furty zapukał młody chłopak. Przedstawił się jako student piątego roku medycyny. Zapytał, czy mógłby kupić krzyż do powieszenia na ścianie. Siostra odpowiedziała, że nie ma tu nic do sprzedania. Obok co prawda jest księgarnia katolicka, ale tam też nie są sprzedawane dewocjonalia, a jedynie książki.
Zapytała go jednak, po co mu ten krzyż, dlaczego go szuka. Odpowiedział, że wraca na studia po rocznej przerwie. Kurował się po poważnym wypadku, któremu uległ w górach. Dziękuje Bogu za uratowane życie i chce powiesić krzyż w pokoju, który teraz wynajmuje, by mu przypominał, dzięki Komu ocalał.

Siostra podała mu wtedy tamten znaleziony krzyż, a on go z szacunkiem ucałował. Zapytał, ile jest winien. Ona odpowiedziała: „Nic. Niech pan go weźmie, czekał tu na pana”.

W naszych domach też pewnie mamy krzyże: powieszone na ścianie, nad drzwiami, może nad łóżkiem. To więcej niż symbol, to więcej niż znak, który identyfikuje nas jako chrześcijan.

Pamiętam, jak bardzo byłam wdzięczna, słysząc słowa rekolekcjonisty o wartości cichej adoracji krzyża świętego w domu, podczas zwykłych zajęć. Padły wtedy słowa o matce, która jest w domu sama z gromadką malutkich dzieci i nie może iść na adorację do kościoła. Rekolekcjonista mocno podkreślił, że jej spojrzenie z wiarą na krzyż, między zmienianiem pieluchy niemowlęciu, rozdzieleniem szarpiących się właśnie maluchów i nakarmieniem ich, ma ogromną wartość.

Odnalazłam się w tych słowach zakonnika. Przez wiele lat tak wyglądało moje życie. Serce się wyrywało, ale pozostawała mi na co dzień tylko cicha adoracja krzyża, na który spoglądałam, szukając umocnienia w codziennych obowiązkach.

Teraz już moja gromadka podrosła. Wróciłam do pracy na etat i do luksusu, jakim jest codzienna poranna Eucharystia i adoracja Najświętszego Sakramentu.
Ale nadal, będąc w domu, gdy zerkam raz po raz na krzyż, przypominam sobie chwile, w których był on dla mnie umocnieniem. Nawet sam jego widok, sama świadomość, że mogę – w duchowy sposób – położyć pod krzyżem to wszystko, co mnie przerasta, i na nowo odnaleźć pokój i siły na kolejny dzień, to było (i jest wciąż) dla mnie bardzo dużo.

Nadal patrzę na ten znak i dziękuję Bogu za to, że przez te wszystkie lata odnajdywał mnie, nie pozwalał ulec zniechęceniu i smutkowi. Spojrzenie na krzyż pomagało mi wytrwać i nie stracić nadziei. Nie przestaję spoglądać w jego kierunku.

Cuda Bożej łaski

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Zaczął się Wielki Post. Jadę właśnie z młodszymi dziećmi pociągiem do koleżanki, która mieszka w domu nad rzeką i ma dużo zwierząt. Pociechy obstawiają, że pojawił się tam nowy koń albo pies. Zobaczymy :)

Patrzę na przesuwający się za oknami wagonu zimowy krajobraz. Na razie mróz nas nie opuszcza, choć podobno za kilka dni temperatury mają być prawdziwie wiosenne.

Cieszę się z tego czasu, choć wiem, że czeka mnie wiele wyzwań w najbliższych tygodniach. Przede wszystkim znów czekanie na wyniki badań moich bliskich – od tego, co wykażą, zależy wiele kolejnych decyzji. Mam pokój w sercu, ale czuję się już trochę zmęczona – mam wrażenie, że powtarza się sytuacja sprzed roku.

Ale chyba na tym polega czuwanie: raz po raz przebiegają przez głowę tysiące scenariuszy, włącznie z tak zwanymi czarnymi, ale mimo tych myśli pozostaje ufność, że cokolwiek się wydarzy, jest Ktoś, kto nie przestaje czuwać nad nami.

Wchodzę z nadzieją w tegoroczny Wielki Post. Z nadzieją, że w tym czasie czekają na mnie cuda Bożej łaski – pośród trudów.

W Jego imię

Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Już tylko kilka dni dzieli nas od Wielkiego Postu. Odwilż z mrozem mocują się – raz jedno wygrywa, raz drugie. Dzisiaj rano królowała u nas mgła.

To jeszcze nie jest przedwiośnie (chyba już na dobre odeszła w zapomnienie ta pora), ale wiele osób, z którymi rozmawiam, bardzo wyczekuje już zmiany w pogodzie.

To przywodzi mi na myśl oczekiwanie na inną zmianę: wewnętrzną.
Krok po kroku, dzień po dniu towarzyszy mi pamięć o tym, że Bóg cały czas działa. „Nie zdrzemnie się ani nie zaśnie Ten, co czuwa nad Izraelem” (Ps 121, 4).

Odważam się wierzyć, że już teraz przygotowuje rzeczy, o których nawet nie przypuszczam, że mogą się wydarzyć.

Budzi wiarę, zachęca do zrobienia kolejnego kroku mimo mojej słabości i kruchości.

Niech tak się stanie. W Jego imię.

Sześć – siedem

Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Jadę do pracy. Jest ciemno, mroźno, droga zasypana śniegiem. Sygnał dźwiękowy i pojawiąjące się co chwilę na wyświetlaczu komunikaty („Jedź środkiem pasa”, „Przejmij prowadzenie”) nie działają na mnie zachęcająco, ujmę to tak delikatnie. Sznur samochodów porusza się w ślimaczym tempie, nie wiadomo, gdzie jest jaki pas, a co dopiero jego środek, nie mówiąc o przejęciu kierowania. Tkwiąc w tej ośnieżonej kolumnie pojazdów, pozostaje mi tylko niczego nie zmieniać, akceptując tę mroźną jednostajność.

Podobnie jest czasem w naszym życiu. Przychodzi moment, w którym najlepsze, co możemy zrobić, to trzymać się podjętych wcześniej decyzji i nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Święty Ignacy nazywa ten etap czasem strapienia. Nie ma sensu wtedy podważać wcześniej podjętych decyzji dotyczących fundamentalnych spraw w naszym życiu.

„Zamieć, zamieć! Jest sześć-siedem!” – jak wołał w jednym z filmików udostępnionych w sieci ksiądz chodzący po kolędzie. Niewiele widział: wymachując rękami, próbował przedrzeć się przez padający śnieg, idąc do kolejnej klatki w bloku.

Takie „sześć-siedem” dopada każdego z nas. I nie mam na myśli złych warunków pogodowych utrudniających nam (lub czasem nawet uniemożliwiających) wykonywanie obowiązków stanu czy zadań w pracy. Jest wtedy średnio, zniechęcająco lub tragicznie źle. Różnie bywa. Ale po burzy wychodzi słońce, po zamieci i mrozie przychodzi odwilż, a w końcu nawet wiosna.

I w każdym z tych momentów Bóg działa. „Z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra” (Rz 8, 28).

Dziękuję

Tagi

, , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Jadę do pracy i myślę o tym, jak wiele mam powodów do wdzięczności.

Nie chcę, by codzienne troski przysłoniły mi radość, jaką przeżywam w związku z moją rodziną, przyjaciółmi, wspólnotą, pracą.

Widzę tyle dobra wokół. Chcę się tym ucieszyć.

Kiedy byłam mała, wydawało mi się, że jeśli coś głośno (nawet tylko sama przed sobą) nazwę, to wtedy to coś zniknie.

Myślałam, że jeżeli będę się cieszyć, czekając na coś, to na pewno się rozczaruję, bo wydarzenie, na które czekam, nie nadejdzie albo przyniesie z sobą smutek i gorycz.

Już nie jestem mała, ale i teraz łapię się czasem na podobnym mechanizmie odraczania radości: dopiero po fakcie, a nie przed. I też nie jakoś wielce, bo nie wypada – tylko trochę.

Ale znalazłam na to radę: wdzięczność jest w moim przypadku lekarstwem. Zwykłe „dziękuję” – to wypowiedziane i to bezgłośne – pomaga mi smakować radość bez domieszki lęku, że zaraz wszystko pryśnie jak mydlana bańka.

Tego, co jest za mną, nikt mi już nie zabierze. Tego, co jest przede mną, nie zna nikt. Ale to, co jest teraz, mogę wziąć w dłonie i unieść do nieba, wołając z głębi duszy: „Dziękuję!”

Stulone pąki

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Za nami urodzinowy weekend: świętowałam najpierw w pracy, potem z przyjaciółmi i znajomymi, a następnie pojechaliśmy do moich rodziców, by z nimi również uczcić tę okrągłą rocznicę.
Bardzo się cieszę z tego czasu: z momentów wzruszeń, niespodzianek, z miłych zaskoczeń i pięknych życzeń. To wszystko zachowuję w mojej wdzięcznej pamięci.
I dziękuję Bogu za te wszystkie lata Jego łaski i prowadzenia, za to, że odnajdywał mnie, podnosił, zagrzewał i zachęcał. Że działał przez różnych ludzi: przez jednych przychodził z umocnieniem i miłością, obecność innych wykorzystywał, by mnie nauczyć wytrwałości i przebaczenia.
Jestem w drodze i jeszcze wiele pewnie przede mną lekcji życia, ale za wszystkie dotychczasowe jestem Mu bardzo wdzięczna. Również za trudne i bolesne wydarzenia – dzięki nim doceniam to, co jest zwykłe i normalne.
Podczas świętowania poczułam w pewnym momencie, że jest mi lekko na sercu. Codzienne troski, tak mocno obciążające mnie ostatnio, odeszły na dalszy plan, a ja sama miałam wrażenie, jakbym na moment przeniosłam się do czasów, gdy ufność i beztroski śmiech były dla mnie bardziej dostępne. Miałam wrażenie, jakby ktoś zdjął duży ciężar z moich ramion.
Jak dobrze było mi pobyć razem z życzliwymi osobami. I jak dobrze było zacząć świętowanie od dziękczynienia na Eucharystii – razem z tymi, którzy są w moim życiu ważni i wpływają też na jego kształt.
Dzień później, wieczorem, gdy młodsze dzieci już spały, z najstarszym synem próbowałam rozwiązać zagadkę, jaki to kwiat w prezencie dostałam od jednej z rodzin z naszej wspólnoty. Udało nam się chyba namierzyć jego nazwę oraz informacje o tym, jak o niego dbać, ale nadal nie wiemy, na jaki kolor zakwitnie i jak się będzie rozwijał. Czy ta odmiana to „czerwona perła”, jak podpowiada nam sztuczna inteligencja, czy może to jakaś inna piękność? Czas pokaże.
Podobnie jest z życiem – wiele jego obszarów to nadal stulone pąki kwiatów. Potrzeba cierpliwości, by nie przyspieszać niczego. Niech rozwija się w swoim tempie. Choćby ciekawość nas rozsadzała. ;)
Życzę sobie i tym, którzy te słowa czytają, byśmy pozwolili Bogu rozwijać w nas wszystkie stulone pąki – by rozkwitły na Jego chwałę. :)

Słodycz

Tagi

, , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

„A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie” (Flp 4, 7).

Wyłączyłam budzik, zapaliłam przy łóżku nocną lampkę i sięgnęłam po czytania z dnia. Starałam się nie obudzić śpiącego obok męża. I wtedy do naszej sypialni zapukała córunia. Skarżyła się na ból ucha. Odłożyłam Biblię i przytuliłam ją.

Wiedziałam już, że tego dnia zamiast do pracy wybiorę się do lekarza. Szybko w myślach zmieniłam moje plany, dostosowując je do nowej sytuacji. Ogarnął mnie lekki niepokój, nie byłam pewna, czy ze wszystkim zdążę. Potrzebowałam zatrzymać gonitwę myśli.

Kiedy córeczka zasnęła, wzięłam z powrotem do rąk Pismo Święte. Słowo Boże, które czytałam, rozlało się jak balsam w moim sercu.

„Pokój Boży przewyższa wszelki umysł, to prawda” – pomyślałam. „I strzeże mnie: mojego serca i moich myśli”.

Nic nie dorówna słodyczy Bożej obecności w nas. Ona jest niczym niezasłużoną łaską. Pośród różnych zmagań, trudności, trosk, niepewności i łez – jest Pan.

I chociaż gorycz i ból próbują czasem przeważyć szalę, a różne trudne sytuacje sprawiają, że budzą się w nas wątpliwości i lęk – słodycz Bożej miłości przewyższa wszystko.

Niech pokój Boży strzeże naszych serc i myśli.

Orszak

Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Nasza mała córcia niosła w tym roku gwiazdę na przedzie Orszaku Trzech Króli w naszej miejscowości. (Zostałam na tę chwilę osobistą opiekunką gwiazdy ;). Synowie w przebraniach towarzyszyli nam jako pastuszek i sługa królewski. Mój mąż był jak co roku królem Kacprem i niósł szkatułkę ze złotem, czyli różnymi monetami wypożyczonymi z naszego domu (budzą one niezmiennie duże zainteresowanie najmłodszych uczestników). Mróz był paskudny, śnieg spory, ale przygoda wspaniała.

Co roku idziemy w Orszaku. Zdarzało nam się, gdy dzieci były mniejsze, uczestniczyć w nim w różnych miejscowościach. Czasem razem z dziadkami naszych pociech, czasem na wyjazdach w góry, gdzie dzieci uczyły się jeździć na nartach. Zawsze było to umacniające wiarę przeżycie i okazja do złożenia świadectwa miłości do Zbawiciela.

Trochę jak idąc w procesji Bożego Ciała, chociaż w nieco inny sposób. Zazwyczaj Orszak Trzech Króli ma krótszą trasę niż procesja, nie jest też wydarzeniem liturgicznym, przypomina raczej barwny korowód. Ale on też jest formą zamanifestowania obecności chrześcijan w przestrzeni publicznej.

Ważne jest świadczenie o Jezusie. W każdej formie: wyjście na ulice miast i mniejszych miejscowości także ma moc świadectwa. To nie tylko radosny śpiew kolęd, to nie tylko barwny, udekorowany koronami z papieru tłum. To także głos, który nie przestaje wołać: „Jezus żyje! Tylko w Jego imieniu jest zbawienie!”

Ciepło domu i popękane cegły

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Ostatnie dni starego roku powitały nas w górach mrozem i cudowną bielą. Wracamy w nasze strony dopiero na spotkanie opłatkowe naszej wspólnoty i sylwester z przyjaciółmi, więc staramy się intensywnie korzystać z rześkiego, górskiego powietrza.

Mieszkamy tu na uboczu, w zacisznym miejscu, co sprzyja długim spacerom i głębokim rozmowom. Bardzo dobry, rodzinny czas.

Czytam zbiór esejów w nielicznych wolnych chwilach i bardzo cieszę się, że wzięłam ze sobą ten świąteczny prezent.

Ale jeszcze bardziej cieszę się z tego, że mam wokół siebie kochających mnie ludzi. Patrzę na męża i piątkę naszych dzieci. Uświadamiam sobie, jak bardzo jestem szczęśliwa. I jak niepotrzebnie zamartwiam się na co dzień różnymi sprawami.

W tym roku, w święto Świętej Rodziny, poruszyło mnie mocno zdanie, którego sens zrozumiałam dużo wcześniej, ale potrzebowałam usłyszeć je wyraźnie, zwłaszcza od pasterzy mojego Kościoła: „Bóg nawet z popękanych cegieł potrafi zbudować dom, w którym jest ciepło”. Piękne!

 

Przejdź do paska narzędzi