Jasne myśli

Tagi

, , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Dobre drzewo daje dobrze owoce, złe drzewo rodzi owoce złe. Co jednak z naszymi myślami, kłębiącymi się co dzień w głowach? Jedne nas uskrzydlają, motywują do działania, skłaniają do zastanowienia, przemyślenia czegoś, inne – sprawiają, że nie mamy chęci na nic, że tracimy wiarę: w siebie, w innych, a może i w Bożą obecność w naszym życiu.

Obracać się ku słońcu

Znajoma, z którą mieszkałam na stancji podczas studiów, wyjaśniła mi kiedyś, że słonecznik po francusku to kwiat, który obraca się za słońcem. Pomyślałam wtedy, że to świetna ilustracja tego, jak obracamy się w stronę tego, co dla nas ważne. Przykład tego, czego w życiu bardzo bym chciała: jak słonecznik – obracać się w stronę światła. Szukać tego, co sprawia, że się rozwijam, a nie marnieję wewnątrz.

Zrealizowanie tego jednak nie było dla mnie łatwe ( a przynajmniej nie tak łatwe jak wymówienie poprawnie francuskiej nazwy słonecznika, gdy z pomocą przyszła wspomniana wyżej koleżanka). Szukanie „jasnej strony życia” wymagało ode mnie porzucenia złych nawyków, utartych zwyczajów, zmiany mentalności.

Nie dokonało się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale w przeciągu dłuższego czasu, za dotknięciem łaski, z która podjęłam współpracę… na co dzień.

Idź w stronę światła

Szukanie dobra stało się moim nowym nawykiem. Odnajdywanie jego okruchów w codzienności i wdzięczność za nie okazało się świetną metodą na zmianę optyki. Już nie koncentrowałam się na tym, co było przygnębiające lub (z mojej perspektywy) niewystarczające. Wdzięczność okazała się lekarstwem dla ducha, witaminą M, której przyjmowanie zapisane mam w recepcie na życie.

Iść, ciągle  iść, w stronę słońca

Nadal zdarzają mi się dni, gdy z wielkim trudem obracam głowę, gdy z wielkim wysiłkiem ją podnoszę, by spojrzeć w górę. Nie poddaję się jednak: nawet, gdy nie widać słońca, bo skryło się za chmurami, nie znaczy wcale, że przestało istnieć.

Anioły

Przeczytałam dziś na Twitterze słowa papieża Franciszka, które przypomniały mi coś bardzo ważnego: Bóg posyła do nas aniołów. Nawet w najtrudniejszym momencie nie jesteśmy sami. Blask Bożego światła otacza nas bez przerwy. Nie zawsze potrafimy to dostrzec, ale na szczęście obok są anioły w ludzkiej skórze, które nam ten blask pokazują. Czasem wystarczy tylko podnieść głowę!

***

„Wznoszę swe oczy ku górom:
Skądże nadejdzie mi pomoc?
Pomoc mi przyjdzie od Pana,
co stworzył niebo i ziemię.
On nie pozwoli zachwiać się twej nodze
ani się zdrzemnie Ten, który cię strzeże.
Oto nie zdrzemnie się
ani nie zaśnie
Ten, który czuwa nad Izraelem.
Pan cię strzeże,
Pan twoim cieniem
przy twym boku prawym.
Za dnia nie porazi cię słońce
ni księżyc wśród nocy.
Pan cię uchroni od zła wszelkiego:
czuwa nad twoim życiem.
Pan będzie strzegł
twego wyjścia i przyjścia
teraz i po wszystkie czasy.” (Ps 121, 1-8)

 

Wewnętrzna przestrzeń

Tagi

, , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

„Jakie piękne! Z jakiej to okazji? Od kogo dostałaś? – zasypuje mnie pytaniami koleżanka, która przyszła właśnie na kawę. Siedzimy na tarasie przy nakrytym stole, na którym stoi wazon z frezjami.  „To od synka” – odpowiadam i uśmiecham się tajemniczo. Tylko on i ja, i oczywiście mój mąż, wiemy z jakiej to okazji. Nie ma jej w kalendarzu…

Intymność

Koleżanka częstuje się galaretką i wspomina o oglądanych przez siebie youtuberach, którzy wystawiają na widok publiczny swoje życie osobiste. Patrzę na bukiet frezji i myślę o tym, jak to dobrze, że nie wszyscy wszystko wiedzą o nas, o naszym prywatnym życiu, naszej rodzinie, naszych dzieciach, pracy, zainteresowaniach… Sfera prywatności jest tak ważna!  Stawianie granic, również samemu sobie, strzeżenie ich przed niepowołanym okiem czy uchem – bezcenne. To dzięki temu, między innymi, możemy w ogóle mówić o intymności. Nie tylko w kontekście relacji łączącej męża i żonę. Intymność ma znaczenie o wiele szersze, choć dziś już mocno zapomniane…

Więź

Wewnętrzne sanktuarium – tak można nazwać ten obszar w nas, do którego dostęp mają tylko nieliczni. Nie wolno nam go zbezcześcić, nie wolno pozwolić, by przebiegały po nim hordy barbarzyńców, watahy bezpańskich psów, by deptano to, co w nas najdelikatniejsze i najświętsze.

Tylko na mocy łączącej nas głębokiej i zdrowej więzi dajemy komuś dostęp do tej przestrzeni. Ale najgłębiej w ten obszar zapuszcza się tylko Ten, kto ma mapę – Ten, kto nas stworzył. To jest Jego miejsce.

Zajmij tron

Bardzo poruszają mnie słowa jednej z pieśni: „Zajmij miejsce swe na tronie naszych serc/Zajmij miejsce swe, to jest Twoje miejsce, Panie!” Jestem spokojna, gdy wiem, że jest Ktoś, kto wie o mnie wszystko, a jednocześnie nie przestaje mnie kochać. Kto akceptuje mnie, mimo że wie lepiej ode mnie, że nie jestem doskonała.

Bez zasługiwania

To prawda wiary, która bulwersuje tych, którzy są sprawiedliwi sprawiedliwością faryzejską: nie trzeba zasługiwać, by być kochanym. To nie mieści się wielu z nas w głowie, bo na wszystko przecież trzeba ciężko zapracować w życiu. I może też, jak myślą niektórzy, po drodze powytykać paluchami tych, którym w życiu się nie udało, bo to zapewne ich wina (bo kogo innego?!).

Bez warunków

A jednak Ty i ja jesteśmy kochani bez względu na nasze zasługi i dobre uczynki, życiowe osiągnięcia czy spektakularne porażki. To trochę gorszące, a jednak prawdziwe.

Niezależnie od tego, jak postrzegają nas inni, co my sami o sobie myślimy czy mówimy – jest Ktoś, kto nas kocha. Już na zawsze.

Wyczekuj

Od kilku dni modlę się Psalmem 147. Jego ostatni wers mówi o tym, że Bogu podobają się ci, którzy wyczekują Jego łaski. Tak właśnie się ostatnio czuję, jakbym ze wstrzymanym oddechem wyczekiwała na Boże działanie. Mało komfortowa sytuacja, a jednak to jedyne, co mądrego mogę teraz zrobić. Oczywiście działam, nie przestaję, ale też mocno ufam, że nie wszystko ode mnie zależy. I że Komuś zależy jeszcze bardziej ode mnie. Niech tak się stanie!

***

„Alleluja.
Dobrze jest grać naszemu Bogu,
wdzięcznie jest nucić pieśń pochwalną.
Pan buduje Jeruzalem,
gromadzi rozproszonych z Izraela;
On leczy złamanych na duchu
i przewiązuje ich rany.
On liczbę gwiazd oznacza,
wszystkie je woła po imieniu.
Pan nasz jest wielki i zasobny w siły,
mądrość Jego jest niewypowiedziana.

Pan dźwiga pokornych,
a poniża występnych aż do ziemi.
Śpiewajcie pieśń dziękczynną Panu,
grajcie Bogu naszemu na harfie.
On niebo okrywa chmurami,
deszcz przygotowuje dla ziemi;
sprawia, że góry wypuszczają trawę
<i zioła, by ludziom służyły>;
On daje pokarm bydłu,
pisklętom kruka to, o co wołają.
Nie kocha się w sile rumaka;
nie ma też upodobania w goleniach męża.
Podobają się Panu ci, którzy się Go boją,
którzy wyczekują Jego łaski.” (Ps 147, 1-11)

Na czas

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Skończyły się spotkania online, od tego tygodnia jako wspólnota spotykamy się już na żywo. Przedwczoraj modliliśmy się w kościele w centrum miasta, adorowaliśmy Pana Jezusa i posługiwaliśmy modlitwą wstawienniczą. Cieszę się, że jesteśmy znów razem, tak fizycznie obok siebie, a nie w sąsiadujących okienkach aplikacji zoom.
Jednak tamte spotkania też miały swój urok. Jedno z nich zapamiętam na długo. Jeden z braci ze wspólnoty podczas wspólnej modlitwy podzielił się z nami obrazem pewnego żyjątka i towarzyszącą temu myślą. Zarzekał się, że to pewnie śmieszne, ale może dla kogoś okazać się ważne. Gdy potwierdziłam, że chodzi o mnie, odetchnął głęboko. Rozumiem tę ulgę, bo treść przesłania mogła wydawać się… trochę zabawna. W każdym razie byłam mu wdzięczna, że przełamał obawę i być może nawet poczucie śmieszności.

Zaufanie
Czego dotyczył obraz? Ślimaka. A także osoby, która niecierpliwi się, bo ma wrażenie, że Bóg zbyt wolno działa w jej życiu w jakiejś ważnej dla niej kwestii , że jak ślimak toczą się jej sprawy. Bóg jednak zapewnia ją, że czuwa nad jej życiem i nie przestaje działać.
Następnego dnia, czekając na przystanku (zazwyczaj jeżdżę samochodem, wyjątkowo musiałam tego ranka podjechać do miasta autobusem), zorientowałam się, że rzeczony ślimak, od którego wszystko się poprzedniego wieczora zaczęło, znajduje się na wprost mnie, w całej okazałości wiejskiego ogródka – gipsowa figurka sporych rozmiarów stała przede mną.
Stłumiłam pod maseczką śmiech (to był czas, gdy na zewnątrz też obowiązywał nakaz zasłaniania nosa oraz ust) i powiedziałam bezgłośnie: „Tak, tak, wiem! Czasem myślę, że interesuje Cię moje życie zawodowe, skoro to się wszystko tak wlecze. Czasem tak wygląda, jakbyś o mnie zupełnie zapomniał!” A po chwili, z większym już spokojem, wsiadłam do autobusu.

Małe cuda
W czasie podróży przypomniałam sobie , że co jakiś czas doświadczam przedłużającego się oczekiwania. Jak podsumował to kiedyś mój tato: „Na wszystko, co ważne, naczekałaś się w swoim życiu”. Coś w tym jest.
Choć, żeby oddać sprawiedliwość, muszę wyznać, że zdarzały się i takie zaskakujące sytuacje, w których ktoś nagle zadzwonił i zaproponował mi pisanie książek, ktoś inny pracę na umowę, ktoś inny przekazem pocztowym wysłał mi pieniądze (kiedyś możliwe było, by zrobić to anonimowo), a ktoś inny zdecydował, że wynajmie mi mieszkanie. Jednak, obok takich zupełnie nieoczekiwanych zwrotów akcji, były też długie okresy zmagań i prób mojego zaufania do Tego, który może wszystko. Który jest wszechmogący, a nie tylko „trochę mogący”.

Flauta
Choć moi rodzice poznali się na żaglach, ja nie odziedziczyłam po nich pasji do sportów wodnych (z wyjątkiem spływów kajakowych, na które jeździłam w czasach studenckich). Jednak niektóre określenia związane z pływaniem łodzią są mi znane dzięki znajomym, którzy co roku jeżdżą na Mazury. Wiem więc, co to flauta. Właściwie to bardziej tego doświadczam w życiu duchowym (tego, czym jest flauta w przenośni), niż wiem w odniesieniu do zjawisk przyrody.
Co jakiś czas przychodzi więc taki moment, gdy nic się nie dzieje, choć bardzo bym potrzebowała, by się zadziało. Trochę to ode mnie wymagało cierpliwości, by nauczyć się w takich sytuacjach właściwie się zachować – tak, by nie narobić szkód w moim wnętrzu. Ale z czasem opanowałam (pewnie nie do końca, bo nadal się tego uczę) sztukę prowadzenia łodzi podczas „ciszy na morzu”.

Rekolekcje ignacjańskie
W trakcie ćwiczeń duchowych, które odprawiałam zaraz po skończeniu studiów, towarzyszyła mi duchowo pewna starsza siostra zakonna. Jestem jej do teraz bardzo wdzięczna za to doświadczenie wysłuchania, rozmowy, uśmiechu, łez, dobrego słowa i rady.
To był czas, gdy zastanawiałam się nad moją życiową drogą. Miałam pracę, przyjaciół, wspólnotę, ale cały czas zastanawiałam się, co Pan planuje dla mojego życia. To podczas tych spotkań właśnie usłyszałam zdanie, które rzuciło światło na te powtarzające się w sposób naturalny okresy ciszy i milczenia Boga w moim życiu. Pamiętam, że siostra zwróciła w moim kierunku swoją pomarszczoną, dobrotliwą twarz i uśmiechnęła się. „Uciesz się tym – poradziła. – Jeśli nie masz konkretnych wskazówek z nieba, to znaczy, ze Pan daje ci wolną rękę. Na pewno w odpowiednim czasie przekaże ci wszystko, objawi swoją wolę. Ale póki co, potraktuj ten czas jako wolną przestrzeń, którą możesz wypełnić w dowolny sposób! Wykorzystaj ten czas, rozgość się w nim!”

Pokój w sercu
W końcu więc przestałam się stresować, że nie wiem szczegółowo, jaka jest wola Boga względem mnie. To doświadczenie dało mi dużą wewnętrzną wolność. Pozwoliłam sobie na próby, również te nieudane. Wcześniej wydawało mi się, że muszę wszystko dokładnie wiedzieć, by przystąpić do pracy i frustrowało mnie to, że nie wiem dokładnie, czym mam się zająć.
Gdy patrzę na piątkę naszych dzieci i na mojego kochanego Brodacza, cieszę się, że moje powołanie może realizować się w małżeństwie, w rodzinie, że tworzymy razem dom, w którym mimo wyzwań i trudności jest MIŁOŚĆ.

Spóźnia się i jest na czas
Nadal oczywiście są kwestie, w których moje ludzkie działania nie wystarczają i potrzebne jest pilnie Boże wsparcie, Boże rozwiązanie, Boże światło. Niecierpliwię się wtedy. Niby spokojnie czekam, ale raz po raz pytam jak osiołek ze „Shreka”: „Ale daleko jeszcze?”. Może nie przewracam oczami, to nie to, ale zakrada się do mojego serca wątpliwość, czy sytuacja w jakiej w danym momencie się znajduję, kiedyś się wreszcie zmieni.
Podczas ostatniego spotkania naszej grupy dzielenia ktoś przywołał zdanie śp. ks. Pawlukiewicza o tym, że Bóg spóźnia się z pomocą, ale zawsze jest na czas. Tak, coś w tym jest, pomyślałam. Często tego doświadczam. Tego, że nie jest za pięć dwunasta, ale już pięć po. I że i tak zdąża na czas, ratuje, chwyta nad przepaścią, mówiąc w przenośni.
Rozgaszczam się wiec w mojej codzienności. Otwieram oczy i dziękuję, że śpiewają ptaki, że jest nowy dzień. Nie zamartwiam się o to, na co nie mam bezpośredniego wpływu, a co próbuje mnie ściągnąć w dół. Nie tworzę czarnych scenariuszy, choć mam w tym dużą łatwość. Wyznaczam sobie cel: dobrze przeżyć ten właśnie, jeden dzień. Nie zgorzknieć, nie żyć lękiem. Oddychać uwielbieniem. Przez ten jeden dzień. A jak Bóg da – także jutro.

Słowo biegnie

Tagi

, , , , , , ,

Fot. Michał Kamiński

W weekend uczestniczyłam w pięknym wydarzeniu online. Razem z braćmi i siostrami ze wspólnoty, razem z naszym duszpasterzem, prowadziliśmy biblijny kurs na platformie zoom. Uczestnicy zalogowali się z różnych regionów kraju, ale i z zagranicy.  Tym razem wirtualna rzeczywistość okazała się łatwiejsza w okiełznaniu – nie mieliśmy poważniejszych problemów technicznych.

Azalie

Krótko przed kursem wstąpiłam do kwiaciarni, by rozejrzeć się za czymś pięknym na ołtarz Słowa. Moją uwagę przykuły bujne, jaskraworóżowe azalie. „Takich jeszcze nie mieliśmy”, pomyślałam.

Sztuczne światło w studiu i brak wody sprawiły, że w sobotę trzeba było je szybko „reanimować”, ale na szczęście znów wyglądają pięknie, a mi – patrzącej na nie w zachwycie– przypominają, że troska potrzebna jest nie tylko „tym, którzy się źle mają” (por. Mk 2,17).

A tłustą i zdrową umocnię

Pamiętam, jak bardzo mnie poruszył fragment z Księgi Ezechiela, czytany podczas innych tego typu rekolekcji. W tym biblijnym tekście mowa była o tym, że Pan jako Pasterz dogląda swoich owiec. Jednakowo serdecznie troszczy się o słabe i chore, jak i o te, które są w dobrej kondycji. To było dla mnie wtedy odkrycie: niezależnie od tego, co się ze mną dzieje, Bóg czuwa nade mną, przychodzi z tym, co odpowiada sytuacji, w jakiej jestem. Także wtedy, gdy wszystko jest dobrze, poświęca mi swoją uwagę.

Zatroszcz się o siebie

Gdy byłam mała, dorastałam w przekonaniu, że najważniejszym moim zadaniem w życiu jest nie sprawiać innym kłopotu, nie zawracać głowy; mam przejść przez życie tak, jakby mnie nie było, nawet nie oddychając za głośno. Oczywiście trochę przejaskrawiam, ale jako dorastająca dziewczyna brałam na siebie sprawy dorosłych. Nawet na zdjęciach z tego czasu mam śmiertelnie poważną minę. Na pewno motto „Umiesz liczyć, licz na siebie” było tym, co kształtowało moje podejście do życia. I poczucie, że nie jestem dla nikogo właściwie ważna,  a także to, że nie wiem, czy ktoś stanąłby po mojej stronie, gdybym potrzebowała wsparcia.

Spotkanie

To zmieniło się na szczęście zanim osiągnęłam pełnoletniość, bo jako nastolatka spotkałam żywego Boga, doświadczyłam Jego miłości i troski, tego, że zna mnie po imieniu i tego, że pamięta, do której klasy liceum chodzę (mówiąc w przenośni). Jednak jakiś cień tamtej postawy, tamtego podejścia we mnie na długie lata pozostał. Cień poczucia bycia we wszystkim samą. Czasem przybierał formę rozgoryczenia i poczucia, że wszędzie muszę udowadniać, że się nadaję, że jednak nie wyskoczyłam sroce spod ogona, jak to się potocznie mówi.

Więzi i relacje

Boże Słowo powoli i cierpliwie leczyło tę ranę, niewidoczną dla innych. Krok po kroku ciepło przyjaźni i miłości topiło lód nieufności, która we mnie narosła od najmłodszych lat. Relacje okazały się Bożym rozwiązaniem i odpowiedzią na sytuację, w której tkwiłam latami.

Zapewnienie

Ciekawym dopełnieniem tego procesu okazał się sen, jaki miałam w miniony weekend, podczas prowadzenia kursu biblijnego, o którym wspomniałam na samym początku.

Idąc spać, blisko mojego posłania jak zwykle miałam Biblię, jednak gdy obudziłam się w nocy, wydawało mi się, że ktoś do mnie mówi. To był ten moment, gdy jawa miesza się ze snem i dopiero po chwili udaje nam się zorientować, że to, co działo się przed chwilą, było sennym marzeniem, a to, co jest teraz, jest już realne. W każdym razie przebudziłam się z przekonaniem, że Pan mówi do mnie: nie potrzebujesz żadnego potwierdzenia, Ja ci je już dawno dałem.

Udowodnij?

Rzeczywiście, takich formalnych potwierdzeń potrzebujemy wciąż, przez całe życie: są nimi dokumenty, dyplomy, legitymacje, zaświadczenia, pozwolenia, oficjalne błogosławieństwo przełożonych, misja od władz duchownych i tak dalej. Ale wewnętrznego potwierdzenia nie otrzymujemy od ludzi. Nie jest ono uzależnione od tego, jak kto nas postrzega, czy jakie na nasz temat ma zdanie. Wewnętrzne potwierdzenie jest od Boga.

Dziękuję!

„Sen mara, Bóg wiara”, jak mawiała moja świętej pamięci babcia. Nie przywiązuję zbytniej wagi do tego, co mi się śni. Tej niedawnej nocy jednak, a właściwie poranka, po prostu pomodliłam się, trzymając w objęciach Pismo Święte. Podziękowałam, że Bóg chciał, bym się urodziła, że mnie powołał, że jestem Jego dzieckiem. I że nic tego nie zmieni.

Życzenia

Na Dzień Dziecka chcę życzyć Tobie i sobie, by ta pewność, że jesteśmy chciani i kochani przez Boga, nie odstępowała nas na krok. Byśmy nieśli tę prawdę innym. Niech Słowo biegnie! Amen!

***

„Oto Ja sam będę szukał moich owiec i będę miał o nie pieczę.

 Jak pasterz dokonuje przeglądu swojej trzody, wtedy gdy znajdzie się wśród rozproszonych owiec, tak Ja dokonam przeglądu moich owiec i uwolnię je ze wszystkich miejsc, dokąd się rozproszyły w dni ciemne i mroczne.

Wyprowadzę je spomiędzy narodów i zgromadzę je z krajów, sprowadzę je z powrotem do ich ziemi i paść je będę na górach izraelskich, w dolinach i we wszystkich zamieszkałych miejscach kraju.

Na dobrym pastwisku będę je pasł, na wyżynach Izraela ma być ich pastwisko.

Wtedy będą one leżały na dobrym pastwisku, na tłustym pastwisku paść się będą na górach izraelskich.  

Ja sam będę pasł moje owce i Ja sam będę je układał na legowisko – wyrocznia Pana Boga.

Zagubioną odszukam, zabłąkaną sprowadzę z powrotem, skaleczoną opatrzę, chorą umocnię, a tłustą i mocną będę ochraniał.

Będę pasł sprawiedliwie.”

(Ez 34, 11-16)

Ożywcze tchnienie

Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Nikodem Kamiński

Patrzę na ogród tonący w słońcu, chwilę po gradowej burzy. Jeden z naszych synów wybiega na zewnątrz i wraca z kulą ulepioną z gradowych krup. „Śnieg w maju!” – woła zadowolony.

Zieleń wydaje się jeszcze bardziej intensywna, krople deszczu lśnią na liściach,  mieniąc się w ostrym słońcu. Ozdobna wierzba przed domem przebarwia się na końcówkach liści w delikatny róż.

Wspólne czuwanie

Myślę o tym, jak dobrze jest być razem z braćmi i siostrami we wspólnocie. Mój mąż z dwoma synami jest teraz na czuwaniu przed Zesłaniem Ducha Świętego, ja z pozostałą gromadką (plus gościem – synem naszych znajomych) jestem w domu, ale łączę się na modlitwie dzięki transmisji online na zoomie.

Przenoszę na chwilę mój wzrok na bukiet kwiatów stojący na stole. Są wielobarwne, jak my – każdy jest inny we wspólnocie, w  Kościele. Jestem pełna wdzięczności, myśląc o tym, że jedność w różnorodności to łaska Ducha Świętego, to Jego działanie w nas. Nie „urawniłowka”, nie uniformizacja, ale różnorodność. I w niej – jedność!

Świętowanie

To wielkie święto, powód do radości i celebrowania Bożej obecności pośród nas. Rozsyłam widomości do osób, z którymi z powodu odległości nie mogę się dziś zobaczyć, a niezależnie od moich wiadomości otrzymuję kolejne od innych. Najmilsze od znajomych z południa Polski – wierzących, kochanych ludzi, oddanych Bogu, zwykłych, jednak dzięki swojej wytrwałości w wierze – niezwykłych! Życzenia tego dnia opatrzone są pięknymi ilustracjami i zdjęciami cudów przyrody. Uśmiecham się szeroko podziwiając je.

Żałoba i radość

Tego samego jednak dnia otrzymuję informację od bliskiego znajomego, że jego tato właśnie odszedł – zmarł otoczony modlitwą rodziny, kapłan zdążył go namaścić na tę ostatnią drogę. Za kilka dni pojedziemy na pogrzeb. Smutek żałoby miesza się z radością świętowania. Tak jak w życiu. Jeszcze po tej stronie nie jesteśmy w chwale, jak zwykł mawiać mój znajomy ksiądz, również świętej pamięci. Zmarł kilka miesięcy temu. Zaraził się koronawirusem i już nie wyzdrowiał. Do teraz trudno mi jest się pogodzić z jego odejściem.  Ufam jednak, że jest już w chwale, do której tak tęsknił za życia. Nigdy nie zapomnę organizowanych przez niego czuwań w wigilię uroczystości Zesłania Ducha Świętego.

Wdzięczność

To jemu zawdzięczam odkrycie Trzeciej Osoby Trójcy Świętej. To on krok po kroku wprowadzał mnie w posługę, gdy byłam jeszcze nastolatką. To dzięki niemu spotkałam moich rówieśników, mających podobne pragnienia w sercu i obdarzonych podobną misją. Choć mieszkam teraz w innej diecezji – nasze drogi raz po raz się krzyżują, mimo że nie jesteśmy już dawno nastolatkami.

W drogę

A teraz za moment zaczynamy prowadzenie kolejnego kursu online, tym razem to biblijny Emaus. Mamy zgłoszenia z różnych stron kraju oraz kilka z zagranicy. Ciekawa jestem tego czasu. Duchu Święty prowadź! Ruszamy w duchową podróż z Jerozolimy do Emaus i z powrotem, z Emaus do Jerozolimy. Licząc, że właśnie w drodze uzdrowisz i poruszysz nasze serca, że przemienisz nas w świadków Zmartwychwstałego, że rozpalisz nasze serca miłością do Słowa. Ruszamy, choć jest to kurs online – nie będziemy nigdzie jechać, ale trwać przed ekranem przez cały weekend (może z wyjątkiem ekipy prowadzącej – musimy przecież dojechać do studia, skąd się łączymy i gdzie przygotowujemy wszystko).

Tchnienie Ducha

Choć jako prowadzący przygotowujemy się tak, by wszystko było dopięte na ostatni guzik, to jednak „bez Twojego tchnienia, cóż jest wśród stworzenia”? Potrzebujemy Twojego ożywczego tchnienia, Twojego prowadzenia. Jeszcze nigdy nas nie zawiodłeś, wiec nie zastanawiamy się, jak będzie tym razem – po prostu robimy kolejny krok wiary i otwieramy serca tak szeroko, jak to tylko możliwe. Otwieramy szeroko usta, abyś je napełnił (por. Ps 81,11) i wierzę, ze się nie zawiedziemy! Amen.

***

„Radośnie śpiewajcie Bogu, naszej Mocy,
wykrzykujcie Bogu Jakuba!
Zacznijcie śpiew i w bęben uderzcie,
w harfę słodko dźwięczącą i lirę!
Dmijcie w róg na nowiu,
podczas pełni, w nasz dzień uroczysty!
Bo to jest ustawa w Izraelu,
przykazanie Boga Jakubowego.
To prawo ustanowił On dla Józefa,
gdy wyruszył on z ziemi egipskiej.
Słyszę język nieznany:

«Uwolniłem od brzemienia jego barki:
jego ręce porzuciły kosze.
W ucisku wołałeś, a Ja cię ratowałem,
odpowiedziałem ci z grzmiącej chmury,
doświadczyłem cię przy wodach Meriba.
Słuchaj, mój ludu, chcę cię napomnieć:
obyś posłuchał Mnie, Izraelu!
Nie będzie u ciebie boga obcego,
cudzemu bogu nie będziesz oddawał pokłonu.
Ja jestem Pan, twój Bóg,
który cię wyprowadził z ziemi egipskiej;
otwórz szeroko usta, abym je napełnił. »” (Ps 81, 2-11)

 

O mocy słów – z życia wzięte

Tagi

, , , , , , ,

Fot: Paolo Bendandi-unsplash

Na słowa Pana powstały niebiosa, czytamy w Biblii (por . Ps 33, 6). Moc słowa jest ogromna, także naszego, ludzkiego słowa.  Promując zdrowie psychiczne warto o tym pamiętać. Nasze słowa mają niebywały wpływ na innych!

Dobre słowo może przywrócić radość życia i nadzieję. Nie każdemu i nie zawsze – zgoda, ale mając pod ręką tak potężne narzędzie, jakim jest zwykłe dobre słowo, nie wahajmy się go użyć!

O wpływie złych słów napisano już wiele, ja natomiast chcę Cię zachęcić do tego, by rozdawać dobre słowa, także tym, których nie znasz. Bezinteresownie, bez ograniczeń i bez wystawiania za nie rachunków.

Zobacz, jak kiełkują, jak rozwijają życie w drugim człowieku!

Mam we wdzięcznej pamięci dobre słowa od zupełnie nieznanych mi osób. To one dodały mi otuchy w trudnych momentach życia, gdy czułam się samotna, odtrącona czy przygnębiona. To one przywracały mi wiarę w Bożą obecność i w to, że z Bożą pomocą dam radę stawić czoła przeciwnościom.

Dziś tylko jeden przykład: staruszka spotkana na ulicy w okolicach Wildy (zabytkowa dzielnica Poznania).

Byłam wtedy w zagrożonej ciąży. W trakcie przymusowej wyprowadzki. Nasz dom musiał zostać bardzo szybko podreperowany. Firma deweloperska nie chciała się podjąć naprawy, musieliśmy wystąpić na drogę sądową. Zostawiliśmy więc nasze gniazdko i zamieszkaliśmy tymczasowo w wynajętym mieszkaniu. Przyjmowałam leki na podtrzymanie ciąży, byłam hospitalizowana. Bardzo potrzebowałam wsparcia psychicznego, ale tak się złożyło, że akurat w tym czasie spotkało mnie sporo przykrych sytuacji, przepłakałam wiele nocy i poranków…

Tego popołudnia byliśmy akurat z wizytą u rodziny mojego męża. Trzymaliśmy się za ręce, a nasze dzieci beztrosko podskakiwały przed nami.

Wtedy podeszła do mnie starsza pani. Zagadnęła, jak się czuję, jak znoszę mój błogosławiony stan i na kiedy mam termin rozwiązania.

Patrzyła nam mnie uważnie śmiejącymi się oczami.  Słuchała.

Na koniec uściskała mnie i szepnęła: „Będę się modlić o szczęśliwy poród i zdrowie dla pani. Ma pani moją modlitwę. Niech pani o tym pamięta w szpitalu.”

Myśl o tym, że jest ktoś, kto  życzy mi dobra, kto bezinteresownie się za mnie modli, ktoś, kogo stać na dobre słowo, mimo że mnie wcale nie zna, było tym, co sprawiło, że moje serce odżyło.

Dostałam w prezencie dobre słowo.  A z nim o wiele więcej.

Uważną obecność. Życzliwość. Błogosławieństwo.

Lekarstwo na ranę w sercu.

Dobro w czystej postaci.

Z tego małego ziarenka słowa wyrosła ufność i siła.

Synek urodził się cały i zdrowy, ja także po jakimś czasie wróciłam do siebie psychicznie i fizycznie. Wszyscy wróciliśmy do naprawionego domu. Wybaczyłam i nie wracałam do tego, co było złe.

Jak w rekcji chemicznej – dobre słowo zobojętniło trujący roztwór, jakim nasiąkało wtedy moje życie. Dobre słowo sprawiło, że przestałam – mówiąc w przenośni – karmić się tym, co zatruwa duszę, nie pozwoliłam, by dalej złe słowa miały nade mną moc.

I dzięki za to Bogu!

Dzięki tej nieznanej mi z imienia i nazwiska starszej kobiecie.

Ty i ja możemy być takim aniołem w ludzkiej skórze.

Powiedz tylko słowo. Dobre słowo.

Prostota w trybie online

Tagi

, , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Nie jest najbardziej przyjazną formą pracy i komunikacji, ale czasami jedyną możliwą. Po weekendzie spędzonym na seminarium Logos online, usiadłam wczoraj przed ekranem, by połączyć się zdalnie na trzech wywiadówkach po kolei (przechodziłam z jednej klasy do drugiej) i by zaraz po zakończeniu tych zebrań „dotrzeć” na spotkanie animatorów naszej wspólnoty, także online.

Przed pójściem spać moje oczy wysyłały mi rozpaczliwe sygnały – postanowiłam więc je zamknąć na kilka godzin, podobnie jak pokrywę mojego laptopa.

Mózg analizuje sytuację

„Niepotrzebnie sobie to komplikuję”, skonstatowałam, patrząc w ekran. „Może można to gdzieś wyłączyć?”, uśmiecham się do siebie w myślach. Jednak nie znajduję odpowiedniej komendy, by zignorować moc tego przycisku. Za każdym razem, gdy loguję się na kolejne spotkanie, mój mózg błyskawicznie wysyła mi informację: „Jest bezpiecznie” lub: „Uwaga! Nie jest bezpiecznie!”. Nie tylko mój zresztą. Część osób nie skupia się na tym tak mocno, inni natomiast potrzebują co chwilę właściwie sondować sytuację, choć zazwyczaj nie robią tego świadomie.

„Skanujemy” więc osoby, z którymi rozmawiamy, miejsce w jakim się znajdujemy, odczytujemy bodźcie, jakie do nas docierają – najpierw właśnie pod kątem bezpieczeństwa. Wystarczy przyjrzeć się temu, jak reaguje nasze ciało. Czy jest spięte, czy rozluźnione. Ono „czuje” atmosferę danego spotkania, nawet jeśli odbywa się ono zdalnie. W wirtualnej rzeczywistości jest nam o tyle trudniej, że dysponujemy mniejszą ilością danych.

Widzimy twarze rozmówców (lub czarne prostokąty, tak jak ja wczoraj, na wywiadówce u najstarszego syna), słyszymy głosy, docierają do nas też inne (zazwyczaj niepożądane) dźwięki. Nie widzimy jednak całej sylwetki osoby siedzącej po drugiej stronie ekranu (dla niektórych to pewnie niewątpliwy plus całej tej sytuacji!), nie jesteśmy też w tym samym pomieszczeniu, co pozostali uczestnicy, z którymi się łączymy za pośrednictwem danej aplikacji.

Kliknij „reactions”!

Nasze rekcje są więc „spłaszczone” do rozmiarów klikanej przez nas ikonki lub przekazane za pomocą mimiki (w kontrolowany – lub nie – sposób). Pomijam przypadki, w których ktoś za siebie nie może, jak to się potocznie ujmuje. (Mam na myśli straszne, naprawdę straszne miny, przewracanie oczami bez przyczyny i bez ograniczeń, po prostu stale – spotkałam się z tym i cieszę się bardzo, że nie zajmuję się tym problemem zawodowo!).

Ale też nasze reakcje w komunikacji zapożyczonej są w pewien sposób ograniczone.  Podczas stacjonarnego spotkania mogę przecież sięgnąć po chusteczkę, przeprosić na chwilę i odejść na bok, by wyśmiać się lub wykaszlać, a nawet wypłakać, poza audytorium. Tu jesteśmy cały czas na widoku, o ile oczywiście mamy włączoną kamerę.

Nagłe salwy śmiechu na wizji po prostu odpadają. Inni widzą dokładnie, jaką reakcję wywołują w nas ich słowa. Pewnie, można zachować pokerową twarz, ale przez ile godzin z rzędu?

Problematyczna kwestia skupienia

Jak długo też można utrzymywać napiętą uwagę? Chyba najlepiej spytać o to uczniów. W ankiecie przeprowadzonej wśród nich(wczoraj miałam możliwość ją obejrzeć), odpowiedzi na pytanie, czym zajmujesz się podczas lekcji online, mogą zjeżyć włos na głowie!

Poprawiamy fryzury, gdy znajdujemy się na wizji albo zupełnie ignorujemy to, że inni widza nas i nasze otoczenie. (Wczoraj, u jednego z rodziców, furkotała na wietrze firanka w oknie przy którym siedział – właściwie wyglądało to na jakiś strzęp tej firanki – nie ośmieliłam się jednak spytać, czy wszystko porządku, choć widok tej łopocącej energicznie pseudo flagi rozpraszał mnie nieco).

Miejsce na niedoskonałość

„Yyyy, co mam kliknąć?” – mam wrażenie, że słyszę dokładnie, jak osoby, które widzę na ekranie wypowiadają w myślach to samo, co ja, pytanie. Zadaję je sobie przez ostatni rok raz po raz. Zwłaszcza, gdy „przesiadam się” między spotkaniami z jednej aplikacji na drugą. Google Meet, Zoom, Skype, WhatsApp (a po przecinku można tu dopisać jeszcze inne – te, z których na co dzień korzystamy) różnią się nieco od siebie. W jednej jest możliwość włączenia rozmytego tła, w drugiej nie. Gdzieś jest „na wierzchu” jakaś opcja, w innej trzeba jej poszukać. „Gdzie to było?!”, zdarza mi się gorączkowo myśleć, zamiast skupiać się na spotkaniu, na którym się akurat znajduję.

Sprzęt też nie zawsze chce współpracować. Zazwyczaj, gdy zbieramy się w naszej diakonii na spotkanie „przez ekran”, jak to nazywam, coś na początku szwankuje. Przyzwyczailiśmy się jednak do tego i robimy miejsce na niedoskonałość w naszym czasie dzielenia: na awarie sprzętu, niestabilny Internet, ale przede wszystko na naszą ludzką słabość. Na to, że ktoś może mieć gorszy dzień, po szczepionce może czuć się źle (jak ja w miniony weekend), po kilkugodzinnej pracy przed komputerem może mieć „odrzut” na widok niebieskiego światła ekranu.

Robię też miejsce na moją własną niedoskonałość. Na to, że podczas pracy z ludźmi mogą pojawić się we mnie jakieś niechciane emocje, zmęczenie, obciążenie, że mogę poczuć się nieco zagubiona, lub przeciwnie – zbyt pewna siebie.

Uprościć

Aby więc w tym wszystkim się nie pogubić, prostuję: moje pokrętne myśli na temat innych, moje pogmatwane relacje, zawiłe osobiste historie. Upraszczam długie wywody i wielopiętrowe konstrukcje myślowe. Stawiam znak równości między tym, co myślę, a tym, co sobą pokazuję, „siedząc” w okienku aplikacji. Jeszcze trochę tego do uproszczenia zostało, ale ten rok przed ekranem nie poszedł na marne.

Jednego jestem jednak pewna: przestrzeń wirtualna to również przestrzeń realna, to część przestrzeni w jakiej żyjemy – nie ma dwóch światów (realny i wirtualny). Jest jeden świat, choć na różne sposoby przeżywany i wyrażany. Ja w „realu” i ja „wirtualnie”, to przecież wciąż ta sama osoba.

Bezcenne

Tagi

, , , , , , ,

Fot. Michał Kamiński

To był szalony pomysł. Widziałyśmy się tylko raz. Właściwie powinnam napisać: pierwszy raz. Pierwszy raz w życiu też rozmawiałyśmy. I od razu poczułam, że chcę pociągnąć tę rozmowę dłużej.  Dlatego nie wahałam się zbytnio, choć wiedziałam, że z decyzją wiąże się pewne ryzyko. Przecież się wcale nie znamy. Poza tym, to tak daleko. Nie wiadomo też, co na miejscu nas zastanie. I jak nasze żywiołowe dzieci się zachowają. Czy zamiast odpocząć – nie wrócimy wykończeni.  Ale wewnątrz byłam spokojna. Wiedziałam, że ta podróż jest z natchnienia, jakby powiedziała moja koleżanka.

Złapać oddech

Im bliżej celu, tym bardziej zmienia się krajobraz za oknem. Z zaskoczeniem zauważamy drewniane domy i bocianie gniazda. Naszą uwagę przykuwają tradycyjne studnie oraz coś, co wygląda jak ziemianka – miejscowi jednak nazywają ją piwnicą.

Jest ciepło (dziewiętnaście stopni – spodziewaliśmy się chłodów) i słonecznie. Gdy zatrzymujemy się na postój nad Bugiem i stajemy z mężem pod kwitnącym drzewem jabłoni, najstarszy syn robi nam zdjęcie.

Patrzę na nie teraz i zastanawiam się, jak to możliwe, że są jeszcze takie miejsca, gdzie czas płynie wolniej, gdzie nieznajomych wita się z uśmiechem, a nie z podejrzliwością, gdzie uginają się stoły, gdy przyjeżdżają goście. Gdzie można złapać oddech.

Bliscy dalecy

Mamy wspólną babcię, ale innych dziadków.  Jesteśmy rodziną, choć nasi ojcowie to przyrodnie rodzeństwo.  Odwiedzamy leśniczówkę, w której mieszkała babcia wraz naszymi ojcami i resztą dużej rodziny. Babcia też miała piątkę dzieci. Czterech synów i córkę. Tak jak ja.

W pobliskiej szkole jeszcze ją pamiętają. W tamtych powojennych czasach była tam jedynym nauczycielem, który nigdy nie uderzył dziecka. Miała wielkie serce.

Zapalamy znicz na jej grobie i razem z krewnymi modlimy się na głos.

Nie wiem jak nazwać to, co czuję:  ludzie, z którymi łączą mnie więzy krwi, a których mam okazję dopiero teraz, po tylu latach poznać i to tak daleko od mojego domu – stają mi się bardzo bliscy. Mój mąż śmieje się, że będąc, tam zmieniam akcent  i mówię zupełnie jak oni. Też to zauważam.

Kontakt z przyrodą

Budzi nas klekot bocianów. Mają gniazdo obok domu, w którym nocujemy. Dłuższą chwilę zajmuje mi rozszyfrowanie tego charakterystycznego odgłosu. Kogut też nie daje za wygraną i obwieszcza o bladym świcie, że czas się ruszyć. Pozostajemy nieczuli na jego pienia docierające do nas przez otwarte okno. Obejmujemy się delikatnie i słuchamy razem z mężem odgłosów świata nieskażonego industrialnym hałasem.

Na co dzień również mieszkamy na wsi, ale „oszukanej”.  Nie ma tam zwierząt hodowlanych, jest to po prostu wielka sypialnia miasta, niedaleko którego położona jest nasza miejscowość. Dlatego, będąc teraz u moich krewnych, korzystamy z okazji, by pokazać naszym dzieciom, jak wyglądają dwutygodniowe cielęta, jak miękkie pióra ma kurczak, jak smakuje chleb wypiekany według tradycyjnej receptury i jak pachną swojskie wędliny.

Mnie udaje się nawet napić zsiadłego mleka (mleka, dodam, prosto od krowy, nie z kartonika) – to mój ulubiony smak dzieciństwa.

Pogłaskać

Wiem, że jest pandemia, ale tam zupełnie o tym zapominam. Jasne, mamy ze sobą  maseczki. Myjemy ręce, trzymamy się zaleceń. Ale w cień odchodzi ten dziwny ucisk w sercu, który mi towarzyszył już od ponad roku. Nie czuję napięcia ani lęku w naszych gospodarzach. Ich uściski i pocałunki na powitanie, dobre słowa, życzliwość i gościnność sprawiają, że ten tak istotny obszar we mnie – społeczno-emocjonalny – zostaje nakarmiony. Mam wrażenie, jakby uschnięte korzenie zaczęły znów przyjmować życiodajne soki. Wymiar społeczny mojego życia, który tak ucierpiał z powodu obostrzeń, zostaje choć trochę „dopieszczony”.

Uczę się ich twarzy i imion. Mam sporo do zapamiętania, ale udaje mi się, dzięki Bogu. Oczywiście, nie można odzyskać tych czterdziestu lat bez nich, ale można pozwolić dziecku w sobie pogłaskać maleńkie dzieciątko, które ufnie patrzy na mnie, gdy „odzyskana” kuzynka wkłada je w moje objęcia.

Kontakt

Przed wyjazdem dzieci grają jeszcze z wujkiem w piłkę, a podczas spaceru po lesie na jego komendę przykładają ucho do torów, by posłuchać, czy jedzie pociąg.  Kuzynka, mąż i ja też dajemy się wciągnąć w tę zabawę. Ubrania można przecież wyprać, a tej chwili wspólnej radości nikt nam już nie odbierze.

Wysyłamy sobie po powrocie zdjęcia, wymieniamy się tym, co u nich, co u nas. I jesteśmy umówieni na kolejne spotkania. Przywozimy piękne wspomnienia i prezenty: wielki sękacz, zrobiony na zamówienie u sąsiada, domowej roboty przetwory, jajka z prosto z grzędy, a przede wszystkim KONTAKT z rodziną.

To jest najcenniejsze. A właściwie: bezcenne.

***

Oto jak dobrze i jak miło,
gdy bracia mieszkają razem;
jest to jak wyborny olejek na głowie,
który spływa na brodę,
<brodę Aarona, który spływa
na brzeg jego szaty>
jak rosa Hermonu, która spada
na górę Syjon:
bo tam udziela
Pan błogosławieństwa,
życia na wieki. (Ps 133, 1-3)

Do dzieła!

Tagi

, , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

W naszym przedpokoju zawisła niedawno tabliczka, która zwraca uwagę gości ze względu na zamieszczony na niej tekst. Najpierw w rządku wypisane są na niej różnego rodzaju wymówki: od padającego deszczu po świecące słońce. Każda z nich jest przekreślona,  a na koniec dodany jest, inną czcionką, motywujący do działania tekst. Rozbawił on przyjaciół i znajomych, którym przesłałam jego zdjęcie. Tak się składa, że – i oni, i my – mamy w domu nastolatków, którzy lubią mieć na każdą okazję wymówkę, więc tabliczka jest – w naszym przypadku– bardzo życiowa!

Nie wszystkich rozbawi

Patrząc na nią pomyślałam jednak o osobach, dla których ten żartobliwy tekst, zakończony wezwaniem „Do dzieła!”,  nie będzie miał zabawnego wydźwięku. Spotykam ich coraz więcej. Mówią wprost o dolegliwościach lub wysyłają rozpaczliwe sygnały.  Wspominają o niemożności działania, o obniżonym nastroju, problemach ze snem i z emocjami, trudnościach  w relacjach. Część z nich przyczyny upatruje w przedłużającej się pandemii, w chorobie, w zmianach, które nam miniony rok przyniósł. Inni wskazują na problemy rodzinne, napięcia w pracy, przewlekły stres… „Nie mam ochoty wstać z łóżka” – słyszę w słuchawce telefonu. „Nic mi się nie chcę” – bardzo cicho wyznaje ktoś mimochodem podczas rozmowy w cztery oczy.

Wpływ pandemii

Ta tabliczka to niewinny żart. Rozbawiła nasze dzieci – od najmłodszego do najstarszego. A jednak wiem, że są dzieci, które naprawdę już nie mają na nic siły. Jestem świeżo po obejrzeniu debaty o wpływie pandemii na zdrowie psychiczne dzieci, prowadzonej przez specjalistów w dziedzinie medycyny i edukacji. Potrzebowałam dłuższej chwili, by przetrawić podane tam fakty… Nie napawają optymizmem.

Mity i kłamstwa

Przy tej okazji odkryłam, z niemałym zdziwieniem, że dla niektórych osób nie istnieje coś takiego jak psychiczny wymiar funkcjonowania człowieka. Składamy się, według nich, tylko z ciała i duszy. Psychiki nie posiadamy. Jeśli ktoś ma problemy, to znaczy, że to muszą być problemy moralne – włos się na głowie jeży! Gdy napiszę, że różne bzdury można wyczytać w Internecie, na przykład to, że na covid nie chorują prawdziwie wierzący katolicy(sic!), to nie odkryję Ameryki: tak było, tak jest i tak pewnie zostanie, że w sieci dryfują najbardziej niewiarygodne tezy i opinie (z tymi o płaskiej Ziemi włącznie). Ale gdy wyssane z palca dziwy opowiada ktoś, kto stoi przede mną, kto samego siebie określa jako wierzącego i praktykującego katolika, to skóra mi cierpnie. Mam za sobą między innymi rozmowy o tym, że osoby chorujące na depresję same są sobie winne, bo nie wierzą w Boga (!). Nie wiem, skąd się biorą tak krzywdzące opinie i komu zależy na rozpowszechnianiu ich. Nie wiem też, dlaczego w naszych kościołach nie mówi się głośno o współodpowiedzialności za stan chorego (depresja to ciężka, śmiertelna choroba, a nie chwilowe obniżenie nastroju!).

Chorych pocieszać

O współodpowiedzialności? Tak, o współodpowiedzialności. Nie wystarczy powiedzieć „Weź się w garść”. Nie zachęcam w ogóle do używania tej formułki – może być ona najgłupszym zdaniem, jakie wypowiemy do chorego. Najprawdopodobniej nie potrzebuje on naszych „złotych myśli” i motywatorów. Czego potrzebuje? Obecności. Po prostu bycia. Aktywnego słuchania. Empatii. Nie moralizowania. Nie naklejania na jego ranę plasterka w postaci rzuconego z odległości zdawkowego „Pomodlę się za ciebie”. Wielu mówi tak, by uspokoić sumienie, ale ile jest w tym potem żarliwej modlitwy wstawienniczej, a ile obietnic bez pokrycia – sam Pan Bóg wie.

Dojrzałość

„Dojrzała wiara jest zawsze wiarą zranioną bólem tego świata – poznajemy ją po ranach – podobnie jak zmartwychwstały Chrystus wobec swoich Apostołów legitymował się ranami (…)” , napisał w „Cierpliwości wobec Boga” ks. prof. Halik. To zdanie pomogło mi spojrzeć inaczej na wiarę, która jest obecnością. Nie wymądrzaniem się, nie dawaniem tanich pocieszeń, nie uciekaniem w ckliwą pobożność. Zderzenie się z cierpieniem pozwala wierze dojrzeć. Współcierpienie z drugim pomaga dojrzeć. Nie tylko naszej wierze, ale w ogóle – nam, jako ludziom. Albo zamykamy oczy i mamy na wszystko gotową odpowiedź, albo pozwalamy, by Bóg wytrącił nas z utartych schematów, z rutyny i z opieszałości . Czasem trzeba wyjść z łodzi i iść po wodzie. Czasem trzeba nie wiedzieć i uznać to, że nie wszystko się wie, by móc otworzyć się na nowe, które daje Bóg. Na nową perspektywę, która pozwala zauważyć w cierpiącym CZŁOWIEKA.

Dotknąć ran

W Poznaniu, w minionym miesiącu, poprowadziliśmy wraz z naszym księdzem opiekunem rekolekcje w formule online.  Jedną z Mszy świętych, dzięki uprzejmości naszego księdza proboszcza, transmitowaliśmy z miejscowości, w której na co dzień mieszkamy. O nią (Mszę świętą,  a nie miejscowość), dopytywał najbardziej mężczyzna, który określił swój stan przed rozpoczęciem rekolekcji jako paliatywny. W stacjonarnej formie rekolekcji nie mógłby wziąć udziału, nie zobaczylibyśmy jego twarzy, nie usłyszelibyśmy jego głosu. Patrząc w prostokąt aplikacji zooma miałam odruch, by chwycić go za rękę. Widząc, jak głęboko przeżywa ten czas, na moment zapomniałam, że dzieli nas ekran. Online, czy nie online – Jezus jest ten sam. I nie przestaje powtarzać: „Dotknij ran, zobacz, że to Ja jestem” (por. J 20, 27).

Tyle i aż tyle

Jaki ma to niezwykłe doświadczenie związek z osobami sygnalizującymi swoje emocjonalne cierpienie? Z dziećmi pozbawionymi codziennego, nieskrępowanego kontaktu z rówieśnikami, z dorosłymi zaniepokojonymi sytuacją zawodową, niepewnością wywołaną pandemią? Taki, jak na tabliczce w naszym przedsionku – do listy wymówek można dopisać: to nie moja sprawa, nie znam się, nie wiem, co powiedzieć, nie umiem rozmawiać, mam swoje problemy – i tysiąc różnych innych wykrętów. A potem warto chwycić gruby, czarny pisak i wszystkie je przekreślić, dopisując: „Do dzieła!”

Rozkwitaj

Tagi

, , , , , ,

Fot. Tymoteusz Kamiński

„A jeśli nie wiesz, dokąd iść, sama cię droga poprowadzi” nucę piosenkę Mietka Szcześniaka, cytującego ks. Jana Twardowskiego. Tak właśnie się często czuję, takie właśnie słyszę wewnątrz zaproszenie: by pozwolić się poprowadzić, by zaakceptować niepewność, by pozwolić Duchowi działać w moim życiu.

Lubię mieć wszystko zaplanowane i poukładane. Ale wiem, że nie nad wszystkim w życiu mam kontrolę. Nie wszystko jestem w stanie przewidzieć i nie na wszystko zawczasu mogę się przygotować. Pozwalam więc na ten powiew Ducha w moim życiu. Nie muszę dokładnie wiedzieć, skąd przychodzi i dokąd podąża, ale mogę zgodzić się na to, by wniósł w moje życie świeżość i nowość.

Gdy coś się kończy, coś się zaczyna. Jedno żegnam, choć drugiego jeszcze nie widzę.

Ale ufam.

Cieszę się, że moje życie jest w dobrych rękach.

Że Ktoś ujął się za mną.

Że Komuś się chciało.

Że nie muszę wszystkiego wiedzieć, bo jest Ktoś, kto wie wszystko.

Jezus żyje i czuję to w szalonym świergocie ptaków, rozpoczynającym się jeszcze przed wschodem słońca, w cudnych barwach kwiatów, w moim ulubionym odcieniu świeżej zieleni.

W moim wnętrzu.

Nie rozumiem tego, bo przekracza to moje możliwości zrozumienia. Ale nie muszę przecież rozumieć.

„Alleluja, Jezus żyje!” – mam wrażenie, że cała przyroda wyśpiewuje tą radosną wiadomość. Idę przez łąki i ugory pozwalając, by dźwięki i zapachy wsiąkały we mnie – chcę się nacieszyć wiosną i radością, jaką ze sobą przynosi. Właściwie, to nie pora roku przynosi tę radość – ona ją tylko wyraża. Radość zbawienia jest czymś głębszym niż tylko ładna pogoda.

Oddycham powoli, wciągając  głęboko świeże powietrze. Czuję ciepło promieni słonecznych. Przymykam oczy.

***

„Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha».” (J 3, 8)

 

Przejdź do paska narzędzi