Nie zdejmę

Fot. Danuta Kamińska

W ferie odwiedziliśmy dobrą znajomą. W jej domu zwrócił moją uwagę nietypowy krzyż, zawieszony nad wejściowymi drzwiami.
Zrobiłam od razu (za jej pozwoleniem) jego zdjęcie i przesłałam znajomym, którzy mają trochę podobny w swoim domu. Mówię na takie krzyże „zmartwychwstałe”, choć z teologicznego i językowego punktu widzenia nie jest to określenie poprawne ;)

Koleżanka przywiozła ten swój z jakichś rekolekcji. Zwrócił on też uwagę naszych młodszych dzieci. Wyjaśniłam im, że Pan Jezus żyje, że nie pozostał na krzyżu ani w grobie. Ale czcimy Go ukrzyżowanego, zwłaszcza w Wielkim Poście, dziękując Mu za to, co dla nas zrobił, umierając za nasze grzechy, i szukamy u Niego ratunku, w Jego ranach i najdroższej Krwi.

Kilka dni później, mój tato, nie wiedząc o naszej rozmowie, przesłał mi krótki film, który obejrzeliśmy z mężem i młodszymi dziećmi – piękny, poruszający, akurat na Wielki Post, o starszym człowieku, który miał pełną miłości relację z Ukrzyżowanym.

Nad drzwiami w naszym domu wisi tradycyjny krzyż. Dostaliśmy go z mężem w prezencie, w dniu naszego ślubu. Jedna z babć (już świętej pamięci) mojego męża obruszyła się wtedy na to, mówiąc, że będziemy mieć przez to „krzyż Pański” w życiu, bo ona też otrzymała w prezencie ślubnym pasyjkę i życie małżeńskie jej się nie ułożyło.

Oczywiście nie przejęłam się jej słowami, bo nie jesteśmy przecież zabobonni, bardziej przejęłam się tym, co ta kobieta w życiu przeszła, a jeszcze bardziej tym, że połączyła to – w niewłaściwy sposób – z Ukrzyżowanym…

Krzyż, który otrzymaliśmy w prezencie ślubnym i który wisi w naszym domu, był dla mnie przez te wszystkie lata przypomnieniem, że Jezus jest ze mną, także w tym, co trudne, również w tym, co mnie boli: fizycznie, psychicznie, duchowo. Był dla mnie umocnieniem. I jest nadal.

Pamiętam, jak na niego zerkałam, gdy do moich oczy napływały łzy: dzieci były malutkie, chorowały, mąż wyjeżdżał, mnie trapiły różne zmartwienia, niepokoiły  dylematy. Adorowałam go w ciszy, bez słów. Właściwie często też w hałasie, a nie w ciszy, bo nasza „ferajna” do cichych nie należała :) Jednak, gdy na zewnątrz było głośno, w moim sercu była przestrzeń pełna ciszy, w której, choć na moment, mogłam się zatrzymać przed Ukrzyżowanym.

W pracy, w moim pokoju w redakcji, wisi krzyż. Siedząc codziennie przez kilka godzin przy biurku, podnoszę co jakiś czas głowę i patrzę na ten krzyż. Jest dla mnie umocnieniem, jego widok dodaje mi otuchy.

Wiem jednak, że nie o sam materialny przedmiot tu chodzi. Gdy byłam mała i trwał stan wojenny, śpiewaliśmy piękną pieśń, której wtedy nie rozumiałam. Jedna z jej zwrotek zaczynała się słowami: „Nie zdejmę krzyża z mego serca…”. I to wydaje mi się najważniejsze.

Zazieleni się

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Jadę do moich rodziców. Jest jasny, pogodny dzień, zielenią się pola i łąki. Drzewa iglaste po obu stronach drogi również nie dają się prześcignąć w „zieloności”. Jednak pozostała część drogi jest nadal szarobrunatna, jak to zwykle bywa o tej porze roku.

Rozkoszuję się błogą ciszą i widokami za oknem. Ponieważ prowadzę samochód, nie daję się jednak ponieść wyobraźni i skupiam się na trasie. Co nie przeszkadza mi się cieszyć z tego, że moja, zazwyczaj bardzo rozmowna, gromadka zamilkła na dłuższą chwilę: starsze dzieci czytają książki, młodsze składają z tekturki otrzymaną przed chwilą wielkopostną dekorację (byliśmy na Mszy dziecięcej).

Myślę o Wielkim Poście. O tym, że jestem ciekawa, co w nim dla mnie Bóg przygotował. Już na samym początku tego wyjątkowego czasu czekała na mnie niespodzianka, za którą jestem bardzo wdzięczna. Wiem, że to nie koniec Bożego działania.

Patrzę na zielone pola i łąki i jestem pewna, że tak ma zazielenić się moje życie – z Bożą pomocą.

Podróż

Tagi

, , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Dzieci cichutko śpią obok, ja staram się ich nie obudzić moim krzątaniem. Pakuję nas w powrotną drogę.
Zabieramy ze sobą miłe wspomnienia i wiosnę, która niespodziewanie zawitała na Podkarpacie.
Zwiedzaliśmy, dużo rozmawialiśmy z K., która nas u siebie gości, wdychaliśmy zapach budzącej się po zimie przyrody, słuchaliśmy śpiewu ptaków i jedliśmy lokalne przysmaki.
Czas wracać.
Przed nami długa droga. Poprzednio spotkaliśmy w pociągu kobietę z naszych stron, a do tego mamę pięciorga dzieci, wspólnych tematów było więc sporo, zwłaszcza że anegdotami sypała jak z rękawa, więc śmiałyśmy się sporo w naszym przedziale. Właściwie nie było przedziałów w naszym wagonie, ale mieliśmy miejsca przy stoliku, więc była okazja, by na siebie spojrzeć i zamienić słowo – bardzo krzepiące, jak się okazało.

Kogo spotkamy tym razem? Nie wiem. Ale na tym polega życie, że jest pełne niespodzianek. W tamtą stronę z powodu blokady dróg musiałam na dworzec dotrzeć… pociągiem (wsiadłam na węźle przesiadkowym – samochód by utknął wśród ciągników). Potem czekałam wraz z dziećmi aż wsiądą kibice (opóźnienie zwiększyło się do około pół godziny). Ale to też jest życie. Nie wszystko dzieje się w nim zgodnie z rozkładem jazdy i z ułożonym przez nas misternym planem.

To dobrze. Ilu ludzi bym nie spotkała, gdyby wszystko toczyło się ustalonym torem! Ile dobrych rzeczy by się nie wydarzyło, gdybym poruszała się tylko utartym szlakiem!

Jak mawia mój kolega z pracy: czasami warto chociaż zmienić trasę powrotu do domu z zakupów, by zauważyć, jak pięknie jest na świecie.

Inaczej

Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Niedługo zaczynają się u nas ferie. Dla mnie nie oznacza to jakiejś wielkiej zmiany – w pracy nie mamy przerwy ani urlopu. Za to dzieci na pewno odetchną. Jadę z nimi na weekend do znajomej – już nie mogą się doczekać, zwłaszcza że wybieramy się tam pociągiem.
Dla mnie natomiast luty – mimo ferii – zapowiada się bardzo intensywnie. Nie dlatego, że wzięłam sobie na głowę tyle spraw. One pojawiły się „po drodze”. Ale i takie miesiące się zdarzają przecież.

Jak na ironię, kalendarz w moim pokoju w pracy prezentuje w lutym błogi widok łąki i dwóch motyli. Patrząc na to zdjęcie na ścianie, przenoszę się na chwilę do czasów, w których jako mała dziewczynka chodziłam z rodzicami na długie spacery. To była nasza forma spędzania wolnego czasu. Czytanie książek i długie wyprawy. Do lasu, na łąkę i w góry, u podnóża których wtedy mieszkaliśmy. Rodzice uczyli mnie nazw i właściwości roślin, które po drodze napotykaliśmy, obserwowania zwierząt – rozróżniania ich śladów w lesie, słuchania ptasich śpiewów, zauważania owadów na łące i przyglądania się motylom. Zachwytu nad przyrodą.
Wieczorami natomiast brali nas na balkon i uczyli – mnie i moje rodzeństwo – odnajdywania gwiazd i planet na niebie. Spektakl nad naszymi głowami wciągał nas na tyle, że uczyliśmy się nazw tych ciał niebieskich, mimo że nikt nie wymagał od nas tego w szkole. O zawrót głowy przyprawiała wtedy myśl, że jesteśmy maleńkim punkcikiem we wszechświecie i że – mimo tego, co widać gołym okiem – ziemia krąży jednak wokół słońca, a ono jednak wcale nie wschodzi i nie zachodzi.

W moim dziecięcym świecie było miejsce na mrówki, które wchodziły uparcie na grządkę, którą uprawiałam w ogródku naszych sąsiadów i na krowę, która zawędrowała kiedyś, nie wiedzieć czemu, na nasze osiedle z pobliskich łąk, i na konia, który pod nasz blok przywiózł wiejskim wozem płytki ceramiczne, które potem mój tato dzielnie kładł w naszej łazience i kuchni. Było miejsce na psy, błąkające się po okolicy, i na rybki w szkolnym akwarium, które w ferie przychodziliśmy co dzień karmić, mimo że nie było przecież wtedy lekcji.
Ferie były po prostu bieganiem od rana do wieczora po podwórku, zjeżdżaniem na sankach, jeżdżeniem na łyżwach i wpadaniem do państwa M. na herbatę i chleb z serem, gdy się już trochę zmarzło. Teraz ferie wyglądają zupełnie inaczej – i dla mnie, i dla moich dzieci. Nie lepiej, nie gorzej – po prostu zupełnie inaczej.

To, co przed nami, jest niezapisaną kartą. Lubię myśleć o tym, że „najpiękniejsze jest jeszcze przed nami”, jak mawiamy często na kursach prowadzonych przez naszą wspólnotę. To Bóg trzyma w rękach nasze życie. Okoliczności się zmieniają, na wiele rzeczy nie mamy wpływu, ale wierzę, że nie jesteśmy bezwolnym przedmiotem, miotanym wiatrem to tu, to tam.

Bardzo lubię słowa pieśni, napisanej przez Grahama Kendricka: „Chcę zmienić bieg historii świata, chcę nowe karty w niej zapisać./ Pragnę być piórem w Twojej dłoni, pragnę być wierny aż do końca.” Wiem, że nie chodzi o wywracanie porządku świata do góry nogami, ale o małe zmiany w swoim otoczeniu. O zmiany w swoim życiu. O bycie „piórem w Bożej dłoni”. Właśnie teraz. W lutym. W te ferie.

Różni, ale równi

Tagi

, , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Wczoraj rano byłam świadkiem rozmowy moich dwóch najstarszych synów. Jeden próbował za wszelką cenę zmienić charakter drugiego (drugi natomiast pierwszego nie, o tyle dobrze!). Wyjaśniłam pierwszemu, że to niewiele da, gdy będzie się na drugiego tak złościł, próbując go upodobnić do siebie.
Obaj są dobrzy i wartościowi, ale bardzo się od siebie różnią – to normalne. (Pierwszy uważa, że to nienormalne ;) )

W trakcie podróży do moich rodziców, patrząc na zieleń za oknem (w tamtych stronach wiosna zazwyczaj przychodzi szybciej niż w naszych), myślałam o porannej wymianie zdań.
To bardzo powszechne, że chcemy kogoś zmieniać (zazwyczaj na własną modłę), ale też bardzo powszechne jest to, że z własnej woli dobieramy się na zasadzie przeciwieństw z naszymi małżonkami czy przyjaciółmi. Nikt nas nie zmusza przecież, by pobrać się czy przyjaźnić z osobą tak bardzo różną od nas, a jednak zazwyczaj jest to ktoś daleki od tego, jacy my jesteśmy.
To oczywiście wielkie bogactwo: rozwijamy się wewnętrznie, spotykając osoby o innej niż nasza wrażliwości, gustach, upodobaniach. To na pewno czyni nasze życie bardziej barwnym.
Ale ten medal ma dwie strony: po pewnym czasie zaczyna nas uwierać ta „inność”, przejawiająca się w drobiazgach. Dopóki nie rujnuje naszego związku, nie rozbija naszej relacji, warto uznać, że jest czymś pozytywnym, mimo że momentami bywa też czymś bardzo niewygodnym.

Co jednak w momencie, gdy różnica irytuje nas tak bardzo, że przysłania nam tę – kochaną przecież przez nas – osobę?

Przedwczoraj byliśmy na koncercie w ramach naszej małżeńskiej randki. Bardzo się cieszę z tego wspólnego wyjścia, ale muszę się przyznać, że uroniłam łzę, słuchając jednego z utworów. Mocniej chwyciłam za rękę mojego męża: „Mijamy bezgłośnie na paluszkach tak(…) / Westchnienia na moście, śpiew i rozmów gwar. / I śmiech, i płacz zamienia się w ciszę”.

Pewnie zależnie od tego, jaką perspektywę przyjmiemy, tak zniesiemy (i przyjmiemy) inność Drugiego. Mając świadomość tego, że nasze życie tutaj, na ziemi, nie trwa wiecznie, chyba łatwiej uśmiechnąć się i otworzyć ramiona: „Choć tyle tych nut, chcę wierzyć, że cud wydarzył się tu(…). / Czy w pędzie tym chcesz zatrzymać dziś mnie, / Bym zdążyła Ci wszystko wyśpiewać?”

Widzieć

Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Feeria barw mnie zachwyca. Jadąc do pracy, otwieram oczy coraz szerzej i to nie dlatego, że jestem niewyspana i powieki same mi się zamykają – patrzę właśnie na rozgrywający się na niebie spektakl. Czerń i granat przeszyte intensywną czerwienią, fioletem i delikatnym różem. Mam wrażenie, jakby starły się dwa żywioły, a ja byłabym jedynym świadkiem tego wielkiego wydarzenia.

W rzeczywistości nie dzieje się nic wielkiego. To zimowy brzask. Cudowny, pełen energii widok, który kontemplowałabym z chęcią znacznie dłużej, gdyby nie to, że prowadzę właśnie samochód na ruchliwej drodze.

Każdy taki mały cud natury zachwyca mnie i odsyła do jego Boskiego Autora . Oczywiście, miliony ludzi widzą w tej chwili ten sam wschód słońca, ale dla mnie jest on czymś wyjątkowym. Jestem tak wdzięczna, jakby był to wielkiej wartości obraz, malowany specjalnie dla mnie i to na moich oczach! Jego piękno zapiera mi dech w piersiach i odbiera mowę. Bezgłośne uwielbienie płynie z mojego serca. Nie spodziewałam się zastać na mojej codziennej trasie takiego widowiska!

Myślę teraz, gdy już dotarłam na miejsce, o moim synu, u którego specjalista kilka dni temu wykrył brak prawidłowego rozróżniania barw, co wiąże się z niemożnością wybrania wymarzonej przez niego szkoły. Wszyscy, którzy go kochają, a więc rodzina i przyjaciele, wraz z nim to na swój sposób „odżałowują”. Jako mama nie najlepiej to znoszę. Ale ufam, że „kiedy Bóg zamyka drzwi, wtedy otwiera okno”. Wyglądam więc tego lufcika, licząc, że z czasem urośnie do wielkości okna tarasowego! Na pewno pędzle Wielkiego Artysty już malują – tym razem nie wschód słońca, ale drogę dla mojego dziecka. Ufam, że tak właśnie jest, choć na razie widzę tylko odwrócone sztalugi. Prace „na wysokości” trwają – na pewno!

Nowy rok życia

Tagi

, , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Paraliż komunikacyjny. Dwie i pół godziny wracam do domu z pracy. Śnieżyca, lód na obwodnicy, korek na wiele kilometrów, tir tarasujący zjazd i jakiś czujnik w samochodzie, który ma awarię i cały czas piszczy. W naszych stronach mówi się, że można od tego dostać na głowę, czyli oszaleć w takich warunkach. Jestem bliska tego, ale chwila w ciszy, gdy leżę bez ruchu na kanapie w salonie, wystarcza, by układ nerwowy się trochę uspokoił.
Najważniejsze, że zdążyłam odebrać dzieci i że bezpiecznie dotarliśmy do domu. Dzięki Bogu.
W osiedlowym sklepie, w kolejce do kasy, zagaduje mnie pan w roboczym ubraniu. Opowiada o dzieciach, o żonie. Nie znam go, ale poznaję właśnie pół jego życia. W domu sprawdzam, czy nie mam na czole napisane: „słuchanie za darmo”, ale oprócz zmarszczek nic nowego mi tam nie przybyło.
Przybył mi za to nowy rok życia. Bardzo się z niego cieszę, a jeszcze bardziej z tego, co przede mną.
Moja córka – pierwszoklasistka – powiedziała mi kilka dni temu (w kontekście tego, że obie mamy w styczniu swoje urodziny), że nie chciałaby wracać do tego, co było. Lubiła być mała (nie prostowałam, że nadal do dużych nie należy: subiektywnie czuje się dużą i ma do tego prawo), ale bardziej podoba jej się, jak jest teraz.
Doskonale ją rozumiem. Zdarza mi się wracać pamięcią do dzieciństwa czy czasu studiów, ale zawsze najmilej mi jest w tym, co jest teraz.
Nawet w wielokilometrowym korku. Bo „teraz” jest jedynym momentem, w którym jestem. Przeszłość minęła, przyszłość jeszcze nie nadeszła. Tylko w „teraz” istnieję.
Kiedyś przejdę, jak ufam i wierzę, w tryb „zawsze”. Nie wiem, ile mi jeszcze zostało do przejścia, ale dziś, jadąc do pracy, dziękuję Bogu za dzień urodzin i za moje życie. Za to, że pozwolił mi przejść różne sytuacje, które przypominały ten wczorajszy paraliż komunikacyjny, gdy musiałam czekać lub gdy nie było widać końca trudnego położenia. Gdy ból włączał się jak tamten wczorajszy zepsuty czujnik, dokuczliwie piszczący.
W tym wszystkim zawsze jest ze mną – jak mówią słowa pięknej pieśni gospel: jest ktoś jeszcze w tym ogniu. To parafraza Księgi Daniela i opowieści o piecu ognistym, bardzo trafna.
Tak, przeprowadza przez ogień i przez wodę, jak mówi Izajasz, i w tym wszystkim zawsze jest ze mną. W moim „teraz”.

Rozmowa

Tagi

, , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Czeka nas rozmowa z nowym dyrektorem. Idzie od pokoju do pokoju, wchodzi do każdego na chwilę, zadaje pytania. Kolega z końca korytarza wygląda jakby był w stroju galowym, ale to nie egzamin, nie mamy przecież podanej listy pytań ani zagadnień do nauczenia się.

Życie jest egzaminem, złożonym z całkiem niewielkich, czasem nawet niezauważanych przez nas, testów i kolokwiów.
Ale przede wszystkim jednak jest wielką rozmową. Z innymi ludźmi, z Bogiem i z samym sobą. (Tak, z sobą też warto się czasem umówić na kawę, choć brzmi to może dziwnie. Dla siebie także trzeba znaleźć czas: by pomyśleć, zatrzymać się, zastanowić. By nie stracić z sobą kontaktu – ze swoim ciałem, duszą i duchem).

Niedawno uświadomiłam sobie, że wiele z ważnych dla mnie słów usłyszałam od osób, które nie były prorokami w biblijnym tego słowa znaczeniu, a jednak przekazały mi ważną wiadomość od Boga. To nie ja zaczynałam rozmowę, nie ja zadawałam pytania – ja przede wszystkim słuchałam.

Moimi rozmówcami byli i są różni ludzie. Dzisiaj myślę z wdzięcznością szczególnie o trzech osobach.

Pierwsza zwróciła się do mnie w sposób, w jaki zwracali się do mnie moi rodzice, gdy byłam małą dziewczynką. Wzruszyło mnie to bardzo. Ten pan nie miał nic: ani dachu nad głową, ani jedzenia, ani porządnego ubrania, ani oszczędności, a jednak podczas obdarował mnie duchową perłą.

Druga osoba, rozmawiając ze mną, dała mi cenną wskazówkę, przekazując mi prorocki obraz, jaki dał jej Bóg. Oczywiście – deklarując się jako osoba niewierząca – nie użyła Jego imienia, a swojej wypowiedzi nie nazwała proroctwem, ale gdy skończyła mówić, chciałam odpowiedzieć: „Amen!”. Bóg posłużył się tym prorockim obrazem, by nakreślić dalszy kierunek mojej duchowej drogi.

Trzecia osoba natomiast to mężczyzna, o którym wielu „porządnych” nie chciałoby wspominać, a jednak Pan Bóg przekazał mi przez niego ważną wiadomość. Z początku wyglądało to jak zwykła pomyłka: zwrócił się do mnie, używając nazwy zawodu, o wykonywaniu którego wtedy marzyłam (choć nie opowiadałam o tym nikomu). Gdy sprostowałam, dodał, że niedługo tak właśnie się stanie i tego mi życzy. Byłam zaskoczona, uświadamiając sobie, że po roku spełniły się jego prorockie życzenia.

Wiem, że w życiu nie ma przypadków. Więcej: Bóg mówi do nas w zaskakujący i nieoczywisty sposób. W okolicznościach i miejscach, które sam wybiera. Przez osoby, które nawet o tym nie wiedzą.

Warto uważnie słuchać.

I nie przyzwyczajać się, bo za każdym razem może do nas przyjść inaczej i nigdy nie wiadomo, czym nas obdaruje.

 

Razem

Tagi

, , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Wracamy z pięćdziesięciolecia ślubu moich teściów. Tańczyliśmy, rozmawialiśmy, śpiewaliśmy i cieszyliśmy się, świętując tę piękną rocznicę. Ale najpierw – dziękowaliśmy za nich Bogu. Czekaliśmy w ławkach, aż podejdą do ołtarza, nikt nie ruszył się z miejsca. I wtedy mój mąż, szafarz, poproszony przez głównego celebransa, podszedł do nich z Panem Jezusem w Komunii Świętej. Wzruszający moment…

Mam w sercu pary małżeńskie, z którymi w ostatnim czasie rozmawiałam, przeżywające głęboki kryzys. Modlę się za nich, czasem płaczę, ale przede wszystkim wierzę, że dla Boga są bardzo ważni, że to nie jest bez znaczenia, co dzieje się w ich domach i między nimi.

Moja koleżanka z pracy niedawno kolejne doniesienia o trudnych wydarzeniach wśród znajomych skwitowała krótką diagnozą o ataku duchowym na małżeństwa. Zapewne jest w tym sporo racji – poruszamy się nie tylko w świecie, w którym wszystko można zważyć, zmierzyć i dotknąć, ale cały czas zanurzeni jesteśmy też w rzeczywistości duchowej. Bez jej rozumienia nie pojmiemy jak ważny jest w zamyśle Bożym projekt małżeństwo.

Wracam z pięćdziesięciolecia ślubu moich teściów. Patrzę na męża, na gromadkę dzieci – dziękuję za nich Bogu. A w uszach wciąż słyszę piosenkę, do której przed chwilą tańczyliśmy: „Żono moją, serce moje…” To nie jest moja muzyka, nie gustuję w tym gatunku, mówiąc delikatnie. Ale z przesłaniem tego utworu zgadzam się całkowicie. Jest tak prosty w swojej wymowie, a zarazem prawdziwy: już na zawsze, bez odwołania: ja jestem twój, a ty moja. Chciałoby się dodać w ostatnim takcie:”Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela”.

 

Nowy

Tagi

, , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Jest taka piękna modlitwa, którą pamiętam jeszcze z czasów dzieciństwa, odmawiana podczas nabożeństwa u progu nowego roku. Jest w niej prośba, byśmy nie ulegli złym przeczuciom na temat tego, co może się przydarzyć w kolejnym roku i co może przynieść nam nieznane.
Bardzo ją lubię – nie samo jej brzmienie, ale sens: to, że najważniejsze jest powierzenie się Bożej Opatrzności.
W przerwie świątecznej przeczytałam powieść historyczną, której akcja rozgrywała się w epoce baroku. Nie była to książka religijna, a jednak jej główny bohater (i narrator zarazem), często odnosił się do Boga. Gdy natykał się na niewyjaśnione zjawiska (które z uwagi na ówczesny stan wiedzy mogły w nim wzbudzać lęk), jego pierwszą reakcją było przypomnienie sobie, że chrześcijaninowi nie wolno popadać w rozpacz, ale w każdej sytuacji liczyć na Bożą pomoc i Bożą wszechmoc.
Myślę, że zatraciliśmy takie podejście. Być może niektórym wydaje się ono infantylne i śmieszne. A jednak taka jest właśnie prawdziwa wiara: prosta i ufna, uznającą prymat Boga.
Tego życzę sobie i nam wszystkim u progu nowego roku: wiary i ufności w Bożą Opatrzność, uznania, że „nad wszystkim jest Pan” (Iz 33,5).

Przejdź do paska narzędzi