Plan

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , ,

Fot. Nikodem Kamiński

Od pewnego czasu obserwuję, że wszystko układa się zgodnie z planem, ale… nie moim  ;) Nie jestem  z tego powodu niezadowolona,  po prostu jestem czasem trochę zaskoczona – zazwyczaj jednak bardzo mile.

Modliłam się, by Jezus przejął panowanie nad moim życiem, by – po wielu latach od ogłoszenia Go moim Zbawicielem i Panem – odnowił swoje namaszczenie i prowadzenie w moim życiu, by to, że do Niego należę, było bardziej widoczne w mojej codzienności. Nie w znaczeniu zewnętrznych przejawów kultu, ale w nieco głębszym aspekcie: by się realizowała obietnica – słowo z Ewangelii Jana:  „Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha” (J3,8).

Rzeczywiście, tak jest z każdym, kto żyje w Duchu – podobnie jak z wiatrem. Od nastoletniości zachwyca mnie to, że można tak żyć. Najpierw zobaczyłam to w licem, do którego chodziłam z… protestantami. Takimi z dziada pradziada. Inni nazywali ich autochtonami, bo rzeczywiście przez wieki nie były to nasze ziemie, a ich zbory dopiero na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych przemianowano na katolickie świątynie. Nie poruszaliśmy jednak nigdy w naszych rozmowach tych tematów.

Czasem widziałam w zabytkowej części miasta wycieczki obcokrajowców pokazujących sobie nawzajem kamieniczki, które do nich przed wojną należały. Dyskretny gest, kilka zdań zamienionych w obcym języku i wszystko było dla mnie jasne. To była końcówka lat osiemdziesiątych, gdy pierwszy raz się tam pojawiłam. Zaledwie czterdzieści lat po tym, jak niektórzy z nich, mówiąc obrazowo: zostawili gorącą zupę na stole i wyjechali. Ja również byłam tam przybyszem. Przeprowadziliśmy się wtedy z rodziną z południowej części Polski. Wszystko było dla mnie nowe, zwłaszcza zawiłości historyczne i kulturowe, a także to, o czym się nie mówiło głośno.

Jednak na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy spotkałam protestantów, o których mówiliśmy wtedy – i mówimy nadal – „bracia protestanci”, coś innego mnie intrygowało: działanie Ducha Świętego w nas. Nie używaliśmy słowa „ekumenizm”, choć we wspólnotach, w jakich wzrastaliśmy, jego rozumienie było zgodne z nauczaniem Soboru Watykańskiego II. Nasi pasterze dawali nam dużą swobodę w kontaktach z „naszymi braćmi”, choć ciężar, a raczej: radość tych spotkań przypadała nam, świeckim, w udziale.

Teraz, gdy uczestniczę w formacji CHARIS, gdy słucham konferencji wygłaszanych przez biskupów o tym, czym jest budowanie jedności, czym jest otwarcie się na powiew Ducha i właśnie – ekumenizm, wracam myślami do tego, kim byli ludzie, którzy jako pierwsi mi to pokazali. W autobusie, którym dojeżdżałam do szkoły, na przerwach i podczas spotkań w sali, gdzie modliliśmy się z nimi – te rozmowy i ich świadectwa zapisały się mocno w  mojej pamięci. Nie wiem, jak wyglądałaby dziś moja wiara, gdyby nie to ożywcze spotkanie z ludźmi, którzy żyją Bogiem na co dzień, dla których poddanie się Bożemu prowadzeniu jest tak oczywiste jak zjedzenie kanapki podczas szkolnej przerwy.

Szczególnie pamiętam starszą ode mnie dwa lata koleżankę. To od niej dowiedziałam się, czym jest żywa relacja z Bogiem, a nie tylko wypełnianie nakazów i strzeżenie zakazów. I to właśnie ona podkreślała: „Zostań u siebie, i my zostaniemy u siebie, możemy się przecież razem modlić i wspierać, nie przeciągając się wzajemnie, nie negując naszych wyznań”. Teraz dowiaduję się, że jest to oficjalne nauczanie Kościoła, choć w tamtych czasach pokutowało trochę stare myślenie, że trzeba ich siłą zaciągnąć do Kościoła katolickiego, albo bać się, że oni siłą będą ciągnąć kogoś do siebie, do swojej denominacji. Tam, w murach tej zwykłej (choć w moich wspomnieniach wcale nie takiej zwyklej!), państwowej szkoły średniej, doświadczyłam, czym jest ekumenizm serca, o czym się tak wiele współcześnie mówi. I odkryłam też, jak prawdziwe są słowa jednego z papieży, że wiara umacnia się, gdy jest przekazywana.

Po tamtych, w wieku nastu lat nabytych doświadczeniach, przyszedł czas (pod koniec liceum) na spotkanie z księżmi, którzy mieli w sobie głębokie zrozumienie darów charyzmatycznych i hierarchicznych. To oni (w tym jeden, już świętej pamięci, który miał największy wpływ na moje zrozumienie duchowości i tego, czym jest poddanie Bogu swojego życia) pomogli mi zobaczyć, że Kościół jest czymś więcej niż paniczny lęk o dobre imię instytucji (jaki kieruje niektórymi niestety do dziś), że jest żywym organizmem, że jest ożywiany przez Ducha. To nie były wykłady z pneumatologii – choć lekko mogłyby nimi być – to były świadectwa Bożego działania.

Pamiętam, że gdy znów się przeprowadziłam, tym razem przy okazji wyjazdu na studia, przez dłuższy czas nie mogłam w nowym miejscu znaleźć tej duchowej przestrzeni, jaka była czymś naturalnym na zachodzie kraju, gdzie spędziłam moje najpiękniejsze (patrząc pod kątem duchowym) lata. Dużym wsparciem i umocnieniem jest nadal dla mnie kontakt z ludźmi, którzy tak właśnie żyją, dla których chodzenie w Duchu jest czymś naturalnym, a nie tylko odkurzanym co roku z okazji Uroczystości Zesłania Ducha Świętego teologicznym faktem.

Wdzięczność za osoby, które pomogły mi się otworzyć na działania Ducha Świętego, na Jego ożywcze tchnienie, pojawiła się we mnie na nowo całkiem niedawno, właśnie w związku z tym, że zauważyłam, jak realizuje się Boży plan. Oczywiście, jego większość jest przede mną zakryta, ale gdy widzę, jak różne elementy składają się w całość, nie mogą nie być wdzięczna!

Niektóre rzeczy, choć angażuję się w nie i jestem całą sobą w nich obecna, mam wrażenie, że rozgrywają się poza mną: gdy dowiaduję się, jaki splot wydarzeń miał miejsce, by zaistniała dana sytuacja, jestem po prostu oszołomiona – to jest koronkowa robota!

Tak było na przykład z pojawieniem się naszych gości zza wschodniej granicy, którym udzielamy schronienia. Gdy po nitce do kłębka doszliśmy do tego, jakim sposobem znaleźli się u nas, okazało się, że wszystko było wyliczone co do godziny, a może i co do minuty. Mój mąż pojawił się na miejscu akurat w tym czasie, co trzeba, zatelefonował, z drugiej strony był to krytyczny moment, by znaleźć miejsce do zamieszkania, a fundacja akurat wtedy zainterweniowała…

Takich przykładów jest mnóstwo. Choćby nasz niedawny wyjazd do Stryszawy. Wydawało mi się, że jest to przedsięwzięcie nie do ogarnięcia, a Pan się o wszystko zatroszczył. Nawet o taki szczególik, jakim była pogoda oraz nieco większy szczegół – opieka dla dzieci.

Tak jest też teraz ze zmianą pracy. To zadziało się trochę poza mną, choć oczywiście nie bez mojej woli i zgody. Pojutrze idę w nowe miejsce. Nie wiem, co mnie tam czeka, ale – jak mówi Słowo Boże – wiatr wieje gdzie chce: słyszę szum, choć nie wiem, skąd przychodzi i dokąd podąża (por. J 3,8).

Nie wiem dokładnie, co jest przede mną, ale otwieram się na NOWE, otwieram się na WIĘCEJ w Bogu, na Jego prowadzenie, na Jego PLAN.

***

„Po czym Bóg dodał: «A to jest znak przymierza, które ja zawieram z wami i każdą istotą żywą, jaka jest z wami, na wieczne czasy: Łuk mój kładę na obłoki, aby był znakiem przymierza między Mną a ziemią. A gdy rozciągnę obłoki nad ziemią i gdy ukaże się ten łuk na obłokach, wtedy wspomnę na moje przymierze, które zawarłem z wami i z wszelką istotą żywą, z każdym człowiekiem.”  (Rdz 9, 12-15a)

 

Wzgórze

Tagi

, , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Poszłam po obiedzie na spacer. Tak mi się wydawało, że na zboczu znajdę urokliwe miejsca – altanki, oczka wodne i drewniane mostki – ale gdy wreszcie zanurzyłam się w zieleń, byłam oszołomiona pięknem roślin i ozdobnych krzewów. Miałam wrażenie, że całe Wzgórze Miłosierdzia kwitnie. Co chwilę przystawałam, by nacieszyć oczy soczystymi barwami i odetchnąć głęboko górskim powietrzem. W końcu przysiadłam na drewnianej ławeczce i podziękowałam Bogu za to miejsce.

Modliłam się w tych wszystkich intencjach, które ze sobą tam przywiozłam, ale przede wszystkim uwielbiałam Boga w tym, co jeszcze nie tak dawno wydawało się po prostu niemożliwe, a dziś jest już faktem.
Kilka chwil później usłyszałam od kogoś ważne dla mnie – na teraz, na dziś – słowa.
Dobrze, że jest takie miejsce. Dobrze, że mogę tam raz po raz być. I doświadczać Miłosierdzia.
***
„Miłosierny jest Pan i łaskawy. Nieskory do gniewu i bardzo łagodny.” (Ps 103, 8)

Maryja

Tagi

, , , , , , , , , , ,

Zatrzymaliśmy się na chwilę. Dzieci zauważyły małego psa, który śmiesznie podskakiwał przy płocie, merdając ogonem. Próbowały nawet z nim po psiemu rozmawiać, naśladując jego szczekanie.
Wykorzystałam ten moment, by uklęknąć w otwartych drzwiach zabytkowego kościoła. Zaskakująco miękki klęcznik zachęcał do pozostania dłużej.
Wciągnęłam głęboko zapach kadzidła, którego resztki pozostały pewnie po wczorajszych uroczystościach.
Słyszałam wciąż śmiech i radosne pokrzykiwania moich pociech i jednocześnie wsłuchiwałam się w ciszę sanktuarium.
– Dlaczego tam jest taka sama figura jak u nas? – pyta znienacka A.- To są dwie Maryje?!
– Jest jedna, ale ma dużo obrazów i figurek – wyjaśniam. – To tak jak z albumem fotograficznym: ty jesteś jeden, ale masz dużo różnych zdjęć.
– A Maryja jest jedna na caaałym świecie – podsumowuje zataczając szeroki łuk jedną ze swoich kul E.
Patrzę na ich promienne uśmiechy i lżej robi mi się na sercu.
Jest jedna.
Pamięta i czuwa.
***
„Niewiastę dzielną któż znajdzie? Jej wartość przewyższa perły.” (Prz 31, 10)

Biały tydzień

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Synek rozgląda się wokół. Zauważa liście leżące na posadzce kościoła i wkłada je dyskretnie do wazonu. Białe kwiatki zyskują towarzystwo i wyglądają teraz tak, jak należy.

Gdy wraca, szepczę mu do ucha, by pomodlił się swoimi słowami. Pochyla głowę i klęczy w skupieniu. Cieszę się, że tak pięknie przeżywa ten czas, to spotkanie z Jezusem.

Biorę głęboki wdech i zamykam oczy. Na moment zapominam o tym, co jeszcze mam do zrobienia, o wyzwaniach, jakie mnie czekają. Odpoczywam w Bogu. Pozwalam, by mnie ogarnął swoją obecnością.

***

„Niech góry przyniosą ludowi pokój,
a wzgórza – sprawiedliwość!

Błogosławiony Pan, Bóg Izraela,
który sam jeden czyni cuda!
Błogosławione na wieki chwalebne Jego imię;
niech się cała ziemia napełni Jego chwałą!
Niech się tak stanie – niech się stanie!” (Ps 72, 3.18-19)

Ziemia

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Fot. Nikodem Kamiński

Raj – napisała koleżanka, gdy dotarło do niej wysłane przeze mnie zdjęcie. Jak dobrze, że są jeszcze takie miejsca, pomyślałam, gdy wróciliśmy z majówki do domu. Dzieci były spokojne i na szczęście śpiące. Tyle czasu na świeżym powietrzu, tyle emocji podczas jazdy konnej, poszukiwania skarbów (metalowych elementów wykopanych spod ziemi niedaleko pastwiska) oraz przy zabawie z czwórką psów… Nic dziwnego, że tak szybko zasnęły.

Mnie tak szybko nie udało się zmrużyć oka. Myślałam o tym, że tak niedaleko nas jest „raj”, według słów mojej koleżanki, czyli spokojne odludzie, zapierające dech w piersiach widoki, miejsce pachnące bzem, gdzie szum rzeki i odgłosy ptaków mieszają się z odgłosami zwierząt. A trochę dalej, kilkaset kilometrów stąd, jest miejsce, które ludzie zamienili w „piekło na ziemi”. Nasi goście z duszą na ramieniu wyczekują wiadomości od pozostałych członków rodziny , którzy zostali „tam”.

Jedna ziemia.

Jedno serce, które próbuje objąć to wszystko, ale pęka…

***

„Spocznij jedynie w Bogu, duszo moja,
bo od Niego pochodzi moja nadzieja.
On jedynie skałą i zbawieniem moim,
On jest twierdzą moją, więc się nie zachwieję.
W Bogu jest zbawienie moje i moja chwała,
skała mojej mocy,
w Bogu moja ucieczka.
W każdym czasie Jemu ufaj, narodzie!
Przed Nim serca wasze wylejcie:
Bóg jest dla nas ucieczką!” (Ps 62, 6-9)

Wspólny język

Tagi

, , , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Do Zesłania Ducha Świętego jeszcze trochę czasu zostało, więc póki co wzywam Go co dzień, zajmując się amatorsko tłumaczeniem języków w warunkach domowych (z polskiego na nasze także, ale przede wszystkim poprawiam komunikację w naszym domu, w którym gościmy kolejną rodzinę z Ukrainy). Tym razem poziom trudności się nieco zwiększył, bo początkowo nikt z naszych nowych domowników nie mówił po polsku, musiałam więc odkurzyć moją pamięć i sięgnąć do tego, czego uczyłam się wieki temu w szkole.

Najmłodsze dzieci w ogóle się nie przejęły brakiem wspólnego języka, podobnie jak wtedy, gdy byliśmy kiedyś na wakacjach na Węgrzech i gdy wspaniale bawiły się z rówieśnikami, którzy nie znali ani słowa po polsku, a one nie znały ani słowa po węgiersku. Nawet nie potrafiłam powtórzyć żadnego z tych obco brzmiących wyrazów (a co dopiero zrozumieć!), im jednak zupełnie to nie przeszkadzało. Miłym dla mnie widokiem były ich pełne energii gonitwy i pokrzykiwanie, zabawa  w parku. Współpraca z dziećmi z Węgier była nieodzowna, ale do dziś pozostaje dla mnie tajemnicą, jak się ona dokonywała :)

Wracając do domu na Jaśminowej: dzieci, te najmniejsze, w ogóle się nie przejęły tym, że ani oni po naszemu, ani my po ichniemu nie mówimy. Znalazł się wspólny język, i to nie ten, w którym usiłuję komunikować się z naszymi gośćmi oraz na który tłumaczę im otaczający świat i wypowiedzi innych osób.

Jest coś ponad podziałami i różnicami. Jest język wspólny dla wszystkich ludzi. Wierzę w to głęboko. I nie mam na myśli dywagacji filologicznych (i filozoficznych) o wspólnym pochodzeniu wszystkich języków ani  biblijnej opowieści o wieży Babel. Myślę o czymś tak podstawowym jak to, że wszyscy jesteśmy ludźmi. Że wszyscy jesteśmy w jakiś sposób połączeni. Pięknie o tym pisze papież Franciszek w encyklice Fratelli Tutti. Jego słowa to praktyka, a nie tylko teoria. Przypominam je sobie teraz, gdy żyję pod jednym dachem z braćmi i siostrami, którzy według krwi nie są naszą rodziną, ale według serca – tak.

***

„Oto jak dobrze i jak miło,
gdy bracia mieszkają razem;
jest to jak wyborny olejek na głowie,
który spływa na brodę,
<brodę Aarona, który spływa
na brzeg jego szaty>
jak rosa Hermonu, która spada
na górę Syjon:
bo tam udziela
Pan błogosławieństwa,
życia na wieki.” (Ps 133, 1-3)

Dodatkowo

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Fot. Michał Kamiński

Przed naszym domem, między płytkami pozbruku,  wyrosły kwiaty. Nie sialiśmy ich. To filetowe bratki. Wysłałam ich zdjęcie mojej przyjaciółce – była pod wrażeniem zwycięstwa przyrody nad betonem. Pomyślałam, że to symboliczny obraz tego, że dobro, piękno i to, co szlachetne i jednocześnie delikatne, jest silniejsze niż przemoc, barbarzyństwo, agresja i brak jakichkolwiek hamulców. Choć na pierwszy rzut oka ta druga siła jest w przewadze, często przeraża i trzyma wielu z nas w ucisku, to jednak wrażliwość i dobro są pierwsze, bo pochodzą wprost od Boga.

Pierwszy raz przyszło mi to na myśl (choć nie umiałam tego ubrać w słowa), gdy jako dziecko zauważyłam kępkę trawy wyrastającą wprost z asfaltu, którym wyłożona była osiedlowa dróżka. Pamiętam, że przysiadłam na krawężniku i nie mogłam oderwać od niej wzroku. To było według mnie niemożliwe. Smolista substancja, która przylepiała się do moich pięknych (jak na tamte czasy i oczywiście w moich oczach ;) sandałków i wydzielająca drażniącą woń, gdy tylko zaczynało się lato, wydawała mi się nie do pokonania. Nawet kapsle, wlepiane w jej nieprzyjazne cielsko, nie zmieniały postaci rzeczy: była wielka i nie do pokonania. A jednak! Przebiła się przez nią trawa, która wtedy wydawała mi się czymś bardzo słabym i przemijającym (tak o niej też mówi słowo Boże, choć pewnie inne zdanie mają o niej drogowcy ;).

Wiele lat później, czytając „Solaris” Lema, pomyślałam o tym jeszcze raz. W utworze tym bliżej niezidentyfikowana masa (cytoplazmatyczny ocean o cechach inteligencji przewyższający ludzki rozum) jest czymś, z czym mierzą się bohaterowie odkrywający, że użycie wobec tego żywego (być może też czującego) organizmu wiązki promieniowania było błędem.  Postać pochylająca się nad tym gęstym oceanem została w mojej pamięci i – być może nie do końca zgodnie z zamierzeniem autora – przypomina mi, jak działać w trudnych sytuacjach: nie przemocą, a próbując dialogu, nawet jeśli nie wiadomo czy i jak ta druga strona odpowie.

Przed naszym domem kwitną bratki. Jedne w doniczce, zakupione w pobliskim sklepie, inne – nieoczekiwane, nie kupione i niespodziewane – w betonie.

Są dodatkowe, tak można je nazwać. Dodatkowe, bo nie liczyłam ich wyjmując przed świętami pieniądze z portfela. Są dodatkowe, bo dodatkowo – oprócz tego, że cieszą oko – przypominają, że w każdym, nawet najbardziej nieprzyjaznym miejscu, może zakwitnąć dobro i piękno.

Tak jak w czasie, w jakim przyszło nam żyć.

Nowa rodzina, jaką gościmy, zdążyła wnieść w nasze życie już tak wiele! Nie myśleliśmy o tym, otwierając dla niej dom. To dodatkowy wymiar spotkania z ludźmi, którzy zderzyli się ze złem, przemocą i siłą  zniszczenia, a pozostali jakby nietknięci i czyści wewnątrz.

I dodatkowo uświadamiają mi, że – jak mówi Pismo – dni człowieka są jak trawa.

A jednak wszystko, nawet najmniejsze ździebełko, jest w Jego rękach.

Ja także.

Może każe mi zakwitnąć na betonie, ale w Nim będę miała moc zakwitnąć.

Niech się tak stanie, niech się stanie!

Przecież Jezus żyje i wszystko jest w Nim możliwe.

***

„Dni człowieka są jak trawa;
kwitnie jak kwiat na polu.
ledwie muśnie go wiatr, a już go nie ma,
i miejsce, gdzie był, już go nie poznaje.
A łaskawość Pańska na wieki wobec Jego czcicieli,
a Jego sprawiedliwość nad synami synów,
nad tymi, którzy strzegą Jego przymierza
i pamiętają, by pełnić Jego przykazania.” (Ps 103, 15-16)

Blisko

Tagi

, , , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Wróciliśmy wczoraj z kursu przedmałżeńskiego. Nie, nie wychodzimy za mąż i nie żenimy się – jesteśmy już małżeństwem od wielu, wielu lat, mamy już nastoletnie dzieci. Jednak co kilka lat wyjeżdżamy z zaprzyjaźnionymi małżeństwami na weekend, by tam prowadzić dla narzeczonych kurs Kana Galilejska. Za każdym razem Bóg mówi nam tam coś pięknego:  o naszym małżeństwie, o cudzie miłości. Tak było i tym razem. Jestem bardzo wdzięczna za ten czas.

 

Wczoraj też usamodzielniła się rodzina, z którą przeszło miesiąc mieszkaliśmy pod jednym dachem. Choć wydawało się to niemożliwe, jednak (dzięki Ci, Boże!) znalazła się i praca, i mieszkanie, opłacane przez zakład pracy, i opieka dla dziecka. Wczoraj więc wyprawiałam naszych ukraińskich gości w nowy, samodzielny już, etap.

A dziś już czekamy na nowych. Nie wiemy kim dokładnie są, jacy są, jakie mają plany i jakie historie niosą ze sobą. Wiemy jednak, że Bóg kładzie ich nam na serce.

***

Zaczął się najważniejszy tydzień w roku – Wielki Tydzień. I moje ulubione święta są już tuż-tuż.

Niech Pan da nam wszystkim doświadczenie tego, że jest blisko. Niezależnie od tego, jak bardzo źle dzieje się wokół, niech nasza nadzieja rozbłyśnie, niech nasza ufność w Bogu rozkwitnie.

***

„Kto przebywa w pieczy Najwyższego
i w cieniu Wszechmocnego mieszka,
mówi do Pana: «Ucieczko moja i Twierdzo,
mój Boże, któremu ufam».” (Ps 91, 1-2)

Łaska

Tagi

, , , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Cisza aż dzwoni w uszach. Nasz syn podchodzi do ustawionej w rogu kościoła niszczarki dokumentów i wsuwa do niej ostrożnie kartkę z listą swoich grzechów. To pomysł naszego księdza proboszcza, który chce pokazać dzieciom, że ich grzechy zostały odpuszczone i już ich nie widać, podobnie jak nie można odczytać niczego z zapisanej uprzednio kartki wrzuconej teraz do niszczarki.

Bardzo podoba mi się ten pomysł (opowiadam o nim moim przyjaciołom i znajomym), a  zwłaszcza to mi się podoba w tym pomyśle, że podkreśla działanie Bożej łaski, a nie tylko „wyczyszczenie się”, jak czasami jest przedstawiana spowiedź.

J. podchodzi więc do wyznaczonego miejsca. Patrzę na jego drobną sylwetkę. Widzę, jaki jest przejęty. Przed chwilą wstał od kratek konfesjonału. Bardzo się cieszę, że przeżył tak pięknie ten sakrament, to spotkanie z Jezusem, że doświadczył Bożego przebaczenia.

Uśmiecham się, patrząc, jak się pochyla i w skupieniu zbliża kartkę do urządzenia. I wtedy… nasz syncio aż podskakuje, a ja razem z nim – nie wiedziałam, że niszczarka tak głośno pracuje! Chyba nikt w kościele (tego dnia tak cichym i wypełnionym konfesyjnymi szeptami dzieci) tego nie wiedział!

„Łaska Boska jest do zbawienia panicznie potrzebna” recytuje synek (ciut wcześniej niż miało miejsce to spotkanie z cudem techniki w parafialnym kościele), powtarza tekst przed zdawaniem formułek na lekcji religii. Gdy go koryguję, z poważną miną pyta: „Koniecznie czy panicznie, to nie jest to samo?” Wyjaśniam mu więc językową różnicę, ale przyznaję rację co do ogólnego założenia: bez łaski Boga ani rusz!

Jednak ten przekaz,  stawiający na odpowiednim miejscu łaskę , nie jest zbyt mocno słyszalny w kościelnych kręgach. Bardziej podkreślane jest – na każdym miejscu i w każdym czasie – jak  bardzo trzeba się starać.  Pewnie, trzeba się starać, zgadza się, jednak na nic nasze starania, jeśli zabraknie łaski – to oczywiste!

Jeżeli domu Pan nie zbuduje, na próżno się trudzą ci, co go wznoszą, jak mówią słowa jednego z psalmów. Nie ma tam mowy o tym, by stać z założonymi rękami i patrzeć, jak Pan za nas buduje dom. Jest tam raczej mowa o trudzie tych, co dom wznoszą i o tym, że Boże działanie, Boże błogosławieństwo i łaska są KONIECZNIE potrzebne (lub jak chciałby nasz synek: panicznie potrzebne ; )

W trakcie tego Wielkiego Postu często zadaję sobie pytanie, czy rzeczywiście nie powinno w naszej świadomości być wyryte to „panicznie potrzebne” zamiast „koniecznie potrzebne” . Oczywiście, w formułce jest „koniecznie” i niech tak zostanie, jednak wiedząc, jak bardzo, bardzo potrzebujemy Boga i Jego łaski, sensowniejsze staje się to przejęzyczenie naszego niespełna dziesięcioletniego syna… Niech chodzi o panikę – nigdy nie jest wskazana – raczej o to, by zdać sobie sprawę z tego, że (i jak bardzo!) potrzebuję ŁASKI!

***

„Chwalcie Pana, bo dobry,
bo Jego łaska na wieki.
Chwalcie Boga nad bogami,
bo Jego łaska na wieki.
Chwalcie Pana nad panami,
bo Jego łaska na wieki.
On sam cudów wielkich dokonał,
bo Jego łaska na wieki.
bo Jego łaska na wieki.
On o nas pamiętał w naszym uniżeniu,
bo Jego łaska na wieki.

 I uwolnił nas od wrogów,
bo Jego łaska na wieki.

 On daje pokarm wszelkiemu ciału,
bo Jego łaska na wieki.

Dziękujcie Bogu, niebiosa,
bo Jego łaska na wieki.” (Ps 136, 1b-4 .23-26)

 

W Jego rękach

Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Ela Kamińska

Gdyby skupić się jedynie na doniesieniach medialnych, trzeba byłoby zamknąć się w swoim pokoju i nigdzie nie wychodzić. Nie spać, nie jeść, nie myśleć, tylko czekać, aż zdarzy się najgorsze, czyli po prostu umrzeć za życia – niby jeszcze żyć, ale być tak sparaliżowanym przez strach, że właściwie już nie żyć.

Można inaczej. Nie jestem przeciwnikiem bycia na bieżąco z informacjami z kraju i ze świata (te ostatnie wzbudzają chyba najwięcej emocji od ponad miesiąca). W obecnej sytuacji zrozumiałe jest też zaniepokojenie i niepewność. Jednak uleganie im nie prowadzi do niczego dobrego.

Można inaczej. Dziś spotkałam kilkoro znajomych, cieszących mnie swoim promiennym uśmiechem, zamieniłam też kilka słów z przypadkowo spotkanymi osobami. Od dziś funkcjonujemy bez obowiązkowych maseczek i dystansu społecznego. Odetchnęłam.

Tak, nadal dzieją się straszne rzeczy tuż za naszą granicą. Nadal wisi nad nami groźba zbrojnej napaści na nasze ziemie. Nadal też w moim życiu są obszary, w  których nie mogę być do końca pewna, co wydarzy się kolejnego dnia.

A jednak, mimo tego wszystkiego, uwielbiam Boga i oddaję Mu cześć. Wiem, że jestem w Jego rękach, cokolwiek by się nie działo.

Owszem, śledzę codzienne doniesienia, ale zachowuję zdrową równowagę między tym, czego dowiaduję się na bieżąco, a tym, by karmić się Jego Słowem.

Światu niewiele pomoże kolejny spanikowany człowiek, ale za to zakładam, że przyda się kolejny człowiek pełen ufności do Boga i  uwielbiający Go w tym trudnym czasie.

 

„Drzewo figowe wprawdzie nie rozwija pąków,
nie dają plonu winnice,
zawiódł owoc oliwek,
a pola nie dają żywności,
choć trzody owiec znikają z owczarni
i nie ma wołów w zagrodach.
Ja mimo to w Panu będę się radować,
weselić się będę w Bogu, moim Zbawicielu.
Pan Bóg – moja siła,
uczyni nogi moje podobne jelenim,
wprowadzi mnie na wyżyny.” (Ha 3, 17-19)

 

Przejdź do paska narzędzi