Adwent

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Wracam z rorat. Rozmyślam o tym, co przed chwilą usłyszałam podczas nauki rekolekcyjnej. Przed oczami mam figurę anioła z zapaloną świecą. (Obok niego, przed samym ołtarzem, stoją trzej jego towarzysze, czekając na moment, gdy również ich świeca rozbłyśnie w mrokach kościoła).

Myślę też o tym, z czym wchodzę w ten Adwent. Na pewno jest to radość. Jestem bardzo wdzięczna za kończące się (już niebawem) szkolenie, które trwa już długo, bo od września. Sporo się nauczyłam, poznałam ciekawych ludzi – prowadzących i uczestników. Będzie mi trochę brakowało tej atmosfery, jaka planowała podczas naszych zajęć. (Jeszcze tylko jedno spotkanie przede mną).

U progu Adwentu towarzyszy mi również nadzieja. Noszę w sercu sprawy moich dzieci, oddaję je Bogu z troską, ale też z ufnością. Patrzę na adwentowy świecznik w oknie pokoju mojej córeczki. Zazwyczaj piętro wyżej, u jej sporo starszego brata, przez cały Adwent palił się, wypełniając ramę okna jasnym, ciepłym światłem, ten świecznik nawiązujący do menory. Obok wieńca adwentowego, który stawiamy co roku w naszym domu na honorowym miejscu, ten symbol jest mi bardzo bliski. (U córy białe światło świecznika łączy się z kolorem roletek i daje efekt czerwieni zalewającej pokój).

Cicho nucą adwentowe pieśni benedyktyni, wsłuchuję się w tę muzykę. Ich medytacyjne utwory towarzyszyły nam podczas pieczenia pierników. (Mamy taką rodzinną tradycję, że przygotowujemy pierniki w pierwszą niedzielę Adwentu). E. i A. słuchają adwentowych pieśni, zasypiając. Jedna z nich zapada mi w pamięć i towarzyszy podczas całego kolejnego dnia.

Z czym jeszcze wchodzę w ten Adwent? Z pokojem w sercu. Jestem za niego ogromnie wdzięczna. Wiem, że nie jest moją zasługą ani moim dokonaniem. Książę Pokoju przychodzi. I jest blisko. Czekam na Niego. Maranatha!

PS
Mija rok, odkąd odnowił się mój kontakt z kimś, o kim myślałam, że już nigdy nie uda się z nim zamienić słowa. Nie wracam do sprawy zniszczonego wieńca wiele lat temu, bo przebaczenie przykryło te wydarzenia zasłoną miłosierdzia. Cudem jest dla mnie to, że Pan odnowił i uleczył tę relację.

Jest taki fragment w Księdza Przysłów: „Gdy drogi człowieka są miłe Panu, pojedna On z nim nawet wrogów” (Prz 16, 7).

Nigdy nie myślałam o tej osobie jako o wrogu, ale te słowa obietnicy spełniły się  w moim życiu w kontekście pojednania, którego dokonuje Bóg. Jego działanie (na pewno w tym przypadku) było poza moją świadomością i poza moimi możliwościami. Było dziełem Pana.

Wchodzę więc w Adwent pojednana. I modlę się o kolejne cuda. Amen!

Zaskoczenie

Tagi

, , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Wiedzieliśmy, że w innych częściach kraju spadł śnieg. W niektórych miejscach nawet spowodował pewne straty, z przerwami w dostawach prądu włącznie. Ale gdy dziś zobaczyliśmy, jak wygląda świat za naszymi oknami, przeżyliśmy pewne zaskoczenie.

Podobnie jest w sytuacjach mniej związanych z zimową aurą, ale również zaskakujących. Niby o czymś wiemy, słyszymy, że tak może być, widzimy to u innych, ale gdy dotyka to nas, przeżywamy zaskoczenie, czasem nawet jesteśmy wstrząśnięci.

Wiedzieć o czymś a doświadczyć tego osobiście, to nie to samo.

Podobnie jest z naszym przeżywaniem relacji z Bogiem.

Możemy wiedzieć o tym, że jest, możemy widzieć, jak działa w świecie, ale też w życiu poszczególnych ludzi. Możemy nawet słyszeć ich świadectwa.

Ale dopiero, gdy doświadczymy osobiście Jego obecności w naszym życiu, zmienia się, przede wszystkim nasza perspektywa, ale też sposób patrzenia: z zewnętrznego na wewnętrzny.

Można wiedzieć, jaki jest śnieg. Oglądać piękne zdjęcia śnieżnych pejzaży. Ale dopiero gdy spadnie w naszej okolicy, możemy wejść w „doświadczenie śniegu”. Oczywiście nie musimy. Nikt nas do tego nie zmusi. Wielu z nas nie zachwyci się, ale będzie pod nosem wygrażało albo innym uczestnikom ruchu, albo drogowcom, albo pogodynce, nie wiem, komu jeszcze.

Ale cześć z nas, oprócz zaskoczenia, przeżyje zachwyt. Może zaprowadzi nas on do wdzięczności. Oczywiście nie wobec pogodynki, ale wdzięczności wobec Stwórcy nieba i ziemi. (I śniegu, którego w naszych stronach nie widzimy zbyt często).

Jest tak pięknie!

Równowaga

Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

– Skleiłem sobie palce super glue – żali mi się pół żartem pół serio mój przełożony w pracy. (Szybki rzut oka na jego dłonie utwierdza mnie w przekonaniu, że nic złego się nie dzieje, klej rzeczywiście został na powierzchni palców, ale ich nie skleił).
– Dobrze, że nie tak – odpowiadam mu w podobnym tonie, składając palce w szczyptę.
– I że nie tak – dopowiada i składa dłonie jak do modlitwy.
– Oj, to byłoby źle – przyznaję. – Trzeba być i do tańca, i do różańca.
– Ja na przykład jestem bardziej do tańca – stwierdza, przekornie przechylając głowę, i śmieje się.
-Najważniejsze, by była równowaga – odpowiadam, również z uśmiechem.

Wracam na górę do swojego pokoju i nagle nachodzi mnie chęć, by zatańczyć z moim mężem. Rok temu tańczyliśmy? Chyba tak. Chociaż – właściwie niecały rok temu. Ale to i tak naprawdę zbyt dawno.

Nie lubię dużych imprez, wolę kameralne. W wakacje wesele przeszło nam koło nosa, mimo że mieliśmy zaproszenie – czasem tak bywa. Z drugiej strony – „do tańca” to nie tylko o tańcu przecież. W końcu zatańczymy, tak dosłownie, ale teraz chcę przez chwilę zatrzymać się przy myśli, że w tym starym powiedzonku ukryta jest mądrość życiowa: każda skrajność jest pewnego rodzaju zagrożeniem.

Potrzebujemy zarówno zadumy, jak i karnawału. Śmiechu i łez. Zabawy i umartwienia. Równowaga jest bardzo ważna.

Dlatego ręce sklejone super glue nie budzą we mnie dobrych skojarzeń. Każde sklejenie, czy to z drugą osobą, czy z jakąś ideą, nie jest zdrowe.

Modlitwa nie polega na sklejaniu dłoni, ale na powierzeniu się ufnie Bogu, w którym „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17, 28). Lubię składać dłonie, wierząc, że On je bierze w swoje. Niekoniecznie dosłownie.

Chwała córy królewskiej

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Razem studiowałyśmy polonistykę. Poleciła mi tę książkę, choć nie do końca wiem, dlaczego. Cieszę się jednak, że ją przeczytałam. Zapamiętałam jej treść w drobnych szczegółach.

Autor „Chwały córy królewskiej”, opisując realia pracy duszpasterskiej wśród mniejszości katolickiej, zapisał ciekawy dialog między protestantem przygotowującym się do konwersji i przyjęcia chrztu w Kościele katolickim a starszym proboszczem (lubiącym obserwować pędzące po nasypie kolejowym wagony i porównującym je do pełzającej gąsienicy).

Duchowny pyta więc anglikanina, sprawdzając jego znajomość katechizmu katolickiego. (Akcja powieści rozgrywa się na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych ubiegłego stulecia i zawiera epizodyczny wątek polski).

Chłopak na pytanie: „Kto umacnia Kościół święty, kieruje nim i rządzi?”, odpowiada z rozbrajającą szczerością: „O, to już wspaniale umiem, wielebny ojcze, oczywiście Maryja!”.

Nie muszę dodawać, że oblał ten egzamin i musiał się jeszcze pouczyć, bo prawidłowa odpowiedź brzmi: „Duch Święty”.

(Chociaż współcześnie być może niektórzy wierni odpowiedzieliby identycznie jak ten młody katechumen… Ale na szczęście nie moim zadaniem jest dbanie o czystość wiary wszystkich wiernych, mam wyznaczone o wiele lżejsze zadanie, dzięki Bogu).

A jakie to zadanie? Kopciuszek i córka królewska w jednym. O mało nie gubię butów, biegnąc z samego rana do pracy, prosto po Mszy Świętej, i wtedy myślę o sobie jako o tej postaci baśniowej: wybiegam z cudownej uczty i tylko ja wiem, że tam byłam. Nie bije ode mnie blask, nie mam na sobie niezwykłej kreacji: wybiła godzina i wracam do moich zajęć (do wybierania grochu z popiołu – jakże trafna metafora dla naszej redakcyjnej pracy!).

To, że na zewnątrz nie widać, niczego co do zasady nie zmienia: mam wewnątrz Skarb, który rozświetla swoim blaskiem moje wnętrze. Jestem królewską córką i żaden kopciuszkowy fartuch ani żaden groch w popiele tego nie zmieni. Zachowuję królewską godność w moim ukryciu. („A nam pozwoli wieść życie ciche i spokojne na chwałę Boga”, jak słyszymy w liturgii Wielkiego Piątku. Bardzo lubię tę modlitwę i często przypominam sobie jej słowa w mojej codzienności).

Wiem jednak, że pewnego dnia Książę Pokoju zapuka do moich drzwi i powie: „O, jak są pełne wdzięku stopy zwiastuna Dobrej Nowiny!” (Iz 52, 7) i przyniesie mi kryształowy pantofelek. Przymierzy (i sprawdzi, czy jestem obuta w gotowość głoszenia Dobrej Nowiny – por. Ef 6, 15). Mam nadzieję, że będzie pasował. 

O Maryi

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Bardzo ucieszyła mnie nota o prawidłowo okazywanej czci Maryi. Odetchnęłam z ulgą. Zderzałam się (całe moje świadome życie) z nieprawidłowymi formami kultu i wiem, że nie jest to tylko kwestia nazewnictwa, ale w wielu przypadkach także pogmatwanego i chybionego sposobu myślenia o samym Bogu.

Podam trzy przykłady z dorosłego życia, nie będę odkopywać tych z dzieciństwa, bo jestem już z tym czasem pojednana i uważam ten etap za zamknięty.

Wracając więc do moich niedawnych rozmów i spotkań, dopowiem tylko, że zdarza mi się słyszeć bardzo dziwne rzeczy.

Nie jest tajemnicą, że jestem zaangażowana w ewangelizację, również tę bezpośrednią, nie stronię więc od rozmów na tematy wiary. Najczęściej jednak ich nie inicjuję, ale pozwalam, by mój rozmówca sam zaczął mówić o tym, co ma w sercu.

Zazwyczaj są to piękne spotkania. Dziękuję Bogu, że obdarza mnie takim zaufaniem, powierzając mi tak różne, głębokie refleksje i poruszające historie osób, z którymi daje mi się spotkać, modlić, płakać i śmiać się.

Obok tych budujących wiarę, pojawiają się (żeby nie było zbyt łatwo) rozmowy z tymi, którzy wierzą w Maryję, ale w Boga nie. Naprawdę. To nie moja interpretacja, to słowa jednej z moich rozmówczyń, które świetnie podsumowują to, w czym tkwi problem.

To właśnie ona wyznała mi, że nie modli się „do Jezusa ani do Boga”, że odrzuca taką możliwość. Tylko Maryja ją rozumie. (Kobieta ta, w wieku emerytalnym, żyje w związku niesakramentalnym. Jest po rozwodzie; jej mąż żyje, obecny partner też ma się dobrze. Nie ruszyłam tego tematu w rozmowie z nią, ale ona sama go wywołała. Wyznała, że Maryja rozumie, że ona tak żyje, a Bóg nie, dlatego nie będzie z Nim rozmawiać).

Żadne delikatne lub bardziej wyraźne sugestie, by zwróciła się ze swoimi problemami (o których opowiedziała mi przed chwilą) do Tego, który może wszystko, nie skutkowały, a nawet potęgowały irytację mojej rozmówczyni. Padły słowa o tym, że nie uznaje ona takiej modlitwy, w żadnej postaci; zwraca się tylko do Matuchny. Nie drążyłam dalej.

Inna sytuacja przydarzyła mi się podczas pandemii, gdy wspierałam starszą osobę, która przez telefon opowiadała mi o swoim lęku spowodowanym lockdownem. Zaproponowałam krótką modlitwę zawierzenia Bożemu miłosierdziu tego lęku, tej całej przytłaczającej sytuacji.

W tym momencie usłyszałam w słuchawce krzyk. Starsza pani rzucała gromy na biskupów. Według niej winą za lockdowm obciążać należało właśnie ich, bo – jak wykrzyczała – „nie wierzą w Maryję”. Trochę mnie zatkało. „I ty też nie wierzysz w Maryję!”- usłyszałam na chwilę przed rzuceniem przez nią słuchawką.

Długo myślałam nad tym, skąd takie wnioski mogła wyciągnąć, aż wpadłam na to, że powodem mogło być to, że nie zapaliłam w oknie gromnicy. (Miały nadejść wtedy trzy dni ciemności, a po nich koniec świata. Przepraszam wszystkich, którzy na to liczyli, a moja niezapalona gromnica pokrzyżowała im plany). A już całkiem na serio dopowiem, że do teraz jestem traktowana jako „niewierna”, a może i „niewierząca”. Ale, daj nam, Panie, tylko takie prześladowania. ;)

Trzeci obraz, który chcę tu przywołać, pochodzi z rekolekcji dla osób „z ulicy”, jak mawiamy w naszym żargonie (i niekoniecznie chodzi nam o osoby w kryzysie bezdomności, ale o ludzi, którzy nie mają po drodze z Panem Bogiem lub są poszukujący).

Gdy mówiłam o tym, że Jezus, niewinny, zabity został za nasze grzechy; On, który nie popełnił żadnego grzechu… Nagle przerwał mi rosły mężczyzna w średnim wieku, donośnym głosem oznajmiając, że Jezus popełnił grzech i tylko Matka Najświętsza jest zupełnie bez grzechu.

Przyznam szczerze, że na chwilę zaniemówiłam. Czegoś  takiego jeszcze nie słyszałam, jak długo żyję. A poza tym nie spodziewałam się poruszania dogmatycznych kwestii na rekolekcjach tego typu.

Zapytałam więc, gdy odzyskałam oddech, o jaki grzech chodzi, co zarzuca naszemu Zbawcy. „Że rzucał pieniędzmi w świątyni i bił zwierzęta. A poza tym gniew to przecież grzech główny”. Po raz drugi mnie zatkało. Odnalazłam szybko w mojej Biblii fragment o tym, że Jezus nie znał grzechu, i kontynuowałam moją przerwaną wypowiedź, ale oczywiście dla pana był to tylko „cienki Bolek”, ten argument z Biblii. Tylko Maryja, jako jedyna bezgrzeszna, była według niego godna zaufania.

Można powiedzieć: „Dobre i to”, ale obawiam się, że w tym przypadku kierunek został zaburzony i nawet hasło „Przez Maryję do Jezusa” nie mogłoby się tu obronić.

Dalszymi przykładami mogłabym sypać jak z rękawa, ale przecież nie o to chodzi. Nie jestem zła na te osoby ani nie mam do nich żalu. Jest mi tylko trochę smutno, że mając Pana tak blisko, odrzucają Go, powołując się na Jego Matkę. To jakieś kuriozum i coś trudnego do zrozumienia dla mnie.

Wracając do noty z Watykanu, którą z radością przeczytałam, myślę, że jest ona krokiem w dobrym kierunku, dla jednych milowym, dla drugich tiptopem, ale wskazującym na Chrystusa.

Myślę też, że Maryja, pokorna służebnica Pańska, przynosząca nam Jezusa, też cieszy się w niebie, gdy kolejne osoby odnajdują zbawienie w Jej Synu, Jezusie.

I tylko o to chodzi. Nazwy – lepiej lub gorzej – to wyrażają. Ale sens jest ten sam: Tylko Jezus. I: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”. Obyśmy kiedyś, po drugiej stronie, na pytanie: „Kogo szukacie?”, mogli odpowiedzieć: „Jezusa z Nazaretu”, sprawiając tym niewysłowioną radość Najświętszej Dziewicy.  (I aż by się chciało dodać na koniec: „Amen”.)

Na wieki

Tagi

, , , , , , , , , , , , , ,

Jest ciemno i buty grzezną nam w błocie. Starszy syn zgadza się być moim oparciem, gdy obcasy wpadają mi we wgłębienia piaszczystej drogi, a nieco dalej w wyrwy w asfalcie. Trzymam się więc rękawa jego kurtki i staram się dotrzymać mu kroku. Drugą ręką ściskam delikatnie małą dłoń córci.

Zachwycamy się widokiem różnobarwnych zniczy, które rozświetlają wieczorny mrok.

„Wieczny odpoczynek – przemyka mi przez myśl. – To musi być cudowne”. Ostatnio z wielkim trudem staram się znaleźć choć małą chwilę odpoczynku, więc perspektywa wiecznego odpoczywania wydaje mi się być czymś przekraczającym ludzkie wyobrażenie.

Mam za sobą piękny, rodzinny weekend. Z niespodziankowymi śniadaniami przygotowanymi przez moje dzieci, z odwiedzinami u teściów i telefonem do rodziców, z ważną rozmową z synem i przytulankami z mąłą córką, z bliskością męża. I odwiedzinami na cmentarzu, ze świadomością obecności tych, którzy odeszli, a przede wszystkim z radością z powodu wstawiennictwa całego nieba.

Jestem jego całkowicie pewna i nie muszę się nawet nad tym długo zastanawiac. Już na wieki jestem z nimi połączona. Z ich strony jest to miłość, która nie ma końca ani limitu, nie wyczerpuje się. Jestem im droga, nie dlatego, że jestem idealna, ale dlatego, że łączy nas ten sam chrzest. Dzięki niemu jesteśmy jedną rodziną. Łączy nas krew, przelana przez Baranka, i ten sam okrzyk: „On żyje!”.

Z ich strony jest to bezinteresowna troska i podtrzymywanie mnie, bym nie utknęła gdzieś na wyboistej drodze. Bym pamiętała, że nigdy nie idę nią sama. To sprawa oczywista: świętych obcowanie.

Jestem bardzo wdzięczna, mimo że zmęczona. Wiem, że nie mogę upadać na duchu, skoro mam tak potężne wsparcie, skoro jestem tak bardzo kochana. Już na zawsze.

Jesienne zdjęcie

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Złote liście szeleszczące pod stopami to moja ulubiona odsłona jesieni. Lubię też deszczową odmianę tej pory roku, ale tylko pod warunkiem, że jestem wtedy w domu i mam pod ręką dobrą książkę, kubek ziołowej lub owocowej herbaty i ciepły koc. Najbardziej jednak lubię jesień słoneczną i ciepłą.

Moi rodzice pobrali się jesienią. Tego dnia była podobno piękna pogoda. Jechali odkrytą dorożką, a panna młoda trzymała w ręku bukiet herbacianych róż.

Czarno-białe zdjęcia nie oddają jednak piękna i barw tego słonecznego dnia.

Tak jest z wewnętrznymi przeżyciami: coś, co dla nas ma duże znaczenie, co porusza nas do głębi, zmienia sposób naszego myślenia, a w związku z tym i naszego życia – dla innych może być mało znaczącym słowem, gestem czy wydarzeniem.

Jednak to, co pozostaje wewnątrz, nie traci wartości. Dla kogoś jest tylko czarno-białą fotografią, ale dla kogoś innego pełnym emocji i wzruszeń przełomowym momentem życia. I takim pozostanie mimo upływu lat.

Powrót do tych kamieni milowych jest podobny do oglądania zdjęć w albumie. Potrzebujemy przypominać sobie o łasce, której doświadczyliśmy, i dziękować za nią.

Pan z Tobą

Tagi

, , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Zwykły, a jednak inny – mój różaniec. Dostałam go od uczestniczki jednego z kursów ewangelizacyjnych, które prowadzimy jako wspólnota.

Różaniec ten ma ciekawą historię. Został własnoręcznie wykonany w czasie pandemii, gdy kościoły pozostawały zamknięte. Gromadzili się przed ich drzwiami wierni i modlili się. Wtedy właśnie nasza znajoma postanowiła, że zajmie się przygotowywaniem tych przepięknych różańców i rozdawaniem ich modlącym się osobom. Jeden z nich trafił do mnie. Gdy go pierwszy raz wzięłam w dłonie, moją uwagę zwrócił napis na krzyżyku: „Fatima”. Marzyłam wtedy o odwiedzeniu tego miejsca (moi znajomi teraz tam właśnie przebywają w ramach pielgrzymki parafialnej).

Pomyślałam, trzymając w rękach te wielobarwne paciorki, że już nie muszę nigdzie jechać. Pan jest ze mną, niezależnie od tego, co się dzieje wokół mnie. Wtedy była to pandemia, teraz są inne trudności i wyzwania. Ale Pan jest ze mną i to jest dla mnie najważniejsze. Przecież to wszystko, z czym się obecnie zmagam, przeminie. Zostanie tylko On. I to jest pocieszeniem i źródłem pokoju w mojej codzienności.

Jak do Maryi przyszedł anioł i powiedział: „Pan z Tobą” (a my powtarzamy jego słowa wielokrotnie, odmawiając różaniec), tak i do nas przychodzi anioł i powtarza: „Pan z tobą”. Nie widzimy jego postaci, nie słyszymy słów,  ale wiemy, że właśnie po to każdy z nas otrzymał osobistego anioła, czyli anioła stróża, by nam wciąż o tym przypominał, że nie idziemy przez życie sami, bo jest z nami Pan.

Pokój

Tagi

, , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Papież Leon XIV prosił, by w październiku odmawiać różaniec z intencją o pokój na świecie. Pamiętamy o tym w naszej codziennej modlitwie w pracy i w domu.

Składając pranie, natrafiłam jakiś czas temu na koszulkę syna (prezent od jego chrzestnego). Napis umieszczony na niej zatrzymał mnie na dłużej. „Czyń dobro – nie wojnę” – tak sobie to roboczo przetłumaczyłam.

Oczywiście nie mamy bezpośredniego wpływu na wielkie mocarstwa ani na ich przywódców. Możemy mieć nawet wrażenie, że przywódcy ci nie mają momentami panowania nad samymi sobą, a co dopiero mówić o rozsądnym zarządzaniu i decydowaniu o losach zależnych od ich decyzji tysięcy, a czasem milionów ludzi.

Niektórzy z tych przywódców może są niepoczytalni, a może wcale nie są – nie wiem do końca. Jednak jedno jest pewne: nie chcemy wojny. Modlimy się o zakończenie tych toczących się teraz w świecie i o oddalenie groźby konfliktu zbrojnego od naszego kraju.

Czy jednak rzeczywiście nie mamy żadnego wpływu na to, co dzieje się wokół nas? Słowo Boże, nauczanie Kościoła i ten napis na koszulce mojego syna mówią coś zupełnie przeciwnego: mamy wpływ i to ogromny.

Wierzę w tryumf miłości, w tryumf serca (zbieżność z tytułem filmu o św. Maksymilianie nie jest przypadkowa). Wierzę, że miłość jest silniejsza i że zło ostatecznie zostanie pokonane, choć panoszy się i wydaje się górować nad nami.

Być może nie jest do końca możliwe wyrugowanie konfliktów i wojen na świecie, choć modlimy się, by tak się stało. Jednak ostatecznie  grzech i śmierć, a więc i wojna, zostaną pokonane.

Nie wiem, czy nasze dzieci będą żyły w błogosławieństwie pokoju, nie wiem, czy nasze życie do końca naszych dni będzie pobłogosławione pokojem, ale chcę dziękować, za to, że póki co żyjemy w naszym kraju w pokoju, nie toczy się na naszym terytorium wojna. Chcę dziękować i cieszyć się z pokoju. Wypraszać łaskę pokoju dla innych krajów i ludów. I wstawiać się, by pokój został zachowany. Amen.

Dobrostan psychiczny

Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Nikodem Kamiński

To był wspaniały wieczór: tańczyłam, śpiewałam, czytałam i pisałam. Patrzyłam na piękny zachód słońca. I słuchałam mojej ulubionej muzyki.

Chwila oddechu była mi bardzo potrzebna.

Rano usłyszałam w wezwaniach modlitwy wiernych prośbę o umiejętność kochania Boga, bliźniego i siebie samego.

Pomyślałam, że chwila, jak tamta, którą przeżyłam poprzedniego dnia, jest potrzebna do pełnego realizowania tej miłości. I że bez takich momentów trudniej byłoby mi kochać siebie, innych i Boga. Nie byłoby to niemożliwe, ale na pewno byłoby utrudnione.

Oddech i chwila odpoczynku to nie fanaberie, ale potrzeba ducha, duszy i ciała.

Inną rzeczą jest zwykłe zmęczenie fizyczne, a inną – nagromadzony stres i duże obciążenie psychiczne.

Wiem, że w przypadku zmęczenia fizycznego najczęściej wystarczy po prostu  porządnie się wyspać lub rozmasować nadwerężone mięśnie. Natomiast w przypadku  zmęczenia psychicznego, obok dobrego snu, potrzeba o wiele więcej zaangażowania w powrót do dobrostanu.

Coraz częściej spotykam osoby, które otwarcie mówią mi o przeciążeniu, o niedomaganiach i swoich dolegliwościach, które odczuwają ze strony psychiki.

Jest to ogromna zmiana w stosunku do czasów, kiedy byłam mała. Wtedy były to tematy tabu.

Cieszę się z tego. Ale wcale nie cieszy mnie fakt, że tych osób, cierpiących psychicznie, jest tak wiele. I że często muszą czekać na pomoc bardzo długo. Bardzo im współczuję…

Mam wrażenie, że rozmiar tego zjawiska jest podobny do epidemii (oczywiście nie możemy użyć tego określenia, bo odnosi się do chorób zakaźnych, a choroby psychiczne nie należą do grupy tych, którymi możemy się zarazić).

Nie zmienię tego. Ale mogę zmienić moje nawyki. Mogę wpłynąć w delikatny spodob na moje otoczenie – uwrażliwiając je na te tematy.

Mogę kochać i przyjmować miłość – w sposób, który pozostawia wolność mnie i drugiej osobie.

Mogę być wdzięczna – to świetnie wzmacnia odporność psychiczną.

I mogę dbać o chwilę odpoczynku.

Codzienny ruch na świeżym powietrzu oraz ćwiczenia w domu  – to mam już od dawna  zapewnione.

Teraz kolej na chwilę spokoju w domu.

Myślę, że i to jest możliwe.

W końcu chodzi o nie byle co, ale o mój dobry stan psychiczny. :)

Przejdź do paska narzędzi