
Fot. Danuta Kamińska
Jak ważne jest, by mieć pewność, że osoba, z którą rozmawiamy, rozumie to samo pod tymi samymi słowami, przekonałam się, będąc krótko po studiach u spowiedzi. Oczywiście nie zdradzę jej tajemnicy, ale podam jako ilustrację zabawną wymianę zdań, która miała miejsce jeszcze przed wyznaniem win, zaraz po znaku krzyża.
Jeszcze krótkie wprowadzenie: już od małego korzystam ze stałego spowiednictwa, gdy tylko jest to możliwe. Miedzy innymi dlatego, że zmieniałam miejsca zamieszkania (różne diecezje), stałych spowiedników było kilku, oczywiście nie naraz.
I też zdarzały się momenty, gdy stały spowiednik nie był akurat dostępny i korzystałam z posługi sakramentalnej innego kapłana, czasem takiego, którego widziałam pierwszy raz (lub nawet nie widziałam, biorąc pod uwagę umiejscowienie konfesjonałów w niektórych kościołach i zaciemnienie w nich ;).
Tego razu byłam akurat w takim mocno zaciemnionym miejscu z konfesjonałami, wydzielonym z bryły świątyni. Jak już wspomniałam wyżej, byłam świeżo po studiach, rozpoczęłam właśnie pracę.
Zanim zaczęła się ta właściwa cześć spowiedzi powinnam się przedstawić (oczywiście nie z imienia i nazwiska, chociaż to nie były jeszcze czasy RODO ;), ale przyzwyczajona do stałego spowiednictwa – zapomniałam, by na wstępie powiedzieć kilka słów o sobie. Nie pomyślałam o tym, cała skupiona na tym, co za chwilę się dokona.
Po znaku krzyża usłyszałam słaby głos starszego zakonnika (nie zdradzę, z jakiego był zgromadzenia): „Chowasz dzieci?”
Zupełnie go nie zrozumiałam i w popłochu odpowiedziałam: „Nie, nigdzie ich nie zamykam, ja je tylko uczę polskiego”.
Trochę byłam zestresowana, bo sekundę później po tym, co powiedziałam, skojarzyłam, że słowo „chować” miało kiedyś (ale było to naprawdę dawno, dawno temu) również inne znaczenie niż to, jakie używamy do dziś.
Nie zdążyłam ochłonąć, gdy usłyszałam znów ten słaby, zatroskany głos: „A kochasz się w kimś?”
„Nie, ojcze, żyję w czystości, z nikim się jeszcze nie kochałam” – odpowiedziałam natychmiast, by po chwili uświadomić sobie, że chyba nie o to pytał zakonnik.
Jeszcze gorzej wyszło, zaraz po moim nieproszonym wyznaniu, gdy usłyszałam trzecie pytanie: „A co robisz?”
„Rozeznaję moje powołanie, rozeznaję wolę Bożą co do mojego dalszego życia” – brzmiała moja odpowiedź, która wyczerpała już pokłady cierpliwości starszego zakonnika, o twarzy niewidocznej dla mnie w tych ciemnościach.
„Nie potrzeba rozeznawać takich oczywistych rzeczy, po to są przykazania” – prawie krzyknął.
Dla uspokojenia dodam, że na szczęście wymiar sakramentalny został zachowany, Pan Jezus był ten sam i że dalej już nie było takich słownych nieporozumień, a wszystko zakończyło się rozgrzeszeniem, ale przyznaję, że z radością wróciłam do stałego spowiednictwa, a kiedy zdarza mi się sporadycznie spowiadać gdzie indziej, nie zapominam się przedstawić.
Nie tylko podczas spowiedzi może się nam przydarzyć, że mówimy o czym innym, choć używamy tych samych słów.
Kiedy mieszkałam w akademiku i z koleżankami z różnych stron Polski, obmyślałyśmy, jak uczcić Wielkanoc w naszych skromnych warunkach, do łez doprowadziła mnie rozmowa o wysiewaniu rzeżuchy. Oczywiście popłakałam się ze śmiechu, a nie ze smutku.
– To może wysiejemy na gazie.
– Na gazie?! O matko, to chyba niebezpieczne, lepiej nie!
– A u was jak się wysiewa, jeśli nie na gazie?
– Na parapecie.
– Co? Na parapecie? I rośnie w ogóle wam na tym parapecie?
– Jeszcze jak!
Chodziło oczywiście o gazę, a nie o gaz i o ligninę rozkładaną w talerzach na parapecie. Takie małe nieporozumienie językowe ;)
Kiedyś kilka osób z naszej wspólnoty pojechało na południe Polski na rekolekcje (w naszym slangu: na kurs). I tam, krótko po obiedzie, ogłoszono, że o piętnastej wszyscy mają się spotkać na polu.
Ponieważ nasza wspólnota z powodów geograficzno-historycznych hołduje zasadzie „Ordnung muss sein” (lub, nieco zmodyfikowanej gwarowo: Ordnung jest ordnung, ale porzuuundek musi być), dlatego nasi delegaci stawili się w zwartym szyku o godzinie piętnastej na pobliskim polu uprawnym. I stali tak nasi bracia i siostry około dziesięciu minut, wyrzekając na niepunktualność innych.
W tym czasie, na zewnątrz budynku, stali pozostali uczestnicy, niepokojąc się, gdzie zaginęła spora grupa z innej części Polski, nie dając znać, że opuszcza teren ośrodka rekolekcyjnego.
Gdy znaleźli naszych, było jeszcze gorzej. Usłyszeli kilka słów o tym, że „na zewnątrz” to znaczy „na dworze”, a nie „na polu”.
„Na jakim dworze? Tu nie ma żadnego dworu”- usłyszeli „nasi”. Tak to bywa.
Razem z mężem, krótko po ślubie byliśmy w jeszcze innej części naszego pięknego kraju i tam zaproszono nas na grill. Usłyszeliśmy pytanie, czy ktoś chce karczek. Trochę się stropiliśmy i na wszelki wypadek się nie zgłosiliśmy. Okazało się, że to był błąd, bo „karczek” to po naszemu „karkówka” (ulubiona mojego męża, tak na marginesie).
Po co te wszystkie historie? Przypominam je sobie, nie tylko, by się uśmiechnąć do wspomnień, ale przede wszystkim, by sobie przypomnieć, że bywają sytuacje, kiedy mówimy innymi językami i rozumiemy co innego, zupełnie sobie z tego nie zdając sprawy.
Nie zawsze są to humorystyczne sytuacje, dlatego tak bardzo potrzebujemy Ducha Świętego, by zamiast wieży Babel uczynił z nas jedno: w naszych rodzinach, małżeństwach, wspólnotach, w Kościele.