Tagi
#chrzescijanstwo, #codziennosc, #DanutaKaminska, #dobreslowo, #ewangelizacja, #krzyż, #modlitwa, #przyroda, #rodzina, #swiadectwo, #wdzięczność, #wiara, #zdrowiepsychiczne

Fot. Danuta Kamińska
Niedawno rozmawiałam ze starszą siostrą zakonną. Opowiedziała mi niezwykłą historię.
Pewnego dnia zauważyła, że ktoś położył zabytkowy krzyż na podmurówce ich zakonnego płotu. Wyszła z budynku i wniosła go do środka. Krzyż był bogato zdobiony, średniej wielkości. Oparła go o framugę okna z zamiarem wydania komuś. Nie wiedziała jeszcze komu, ale modliła się, by Pan wskazał jej odpowiednią osobę.
Nie minął tydzień, a do furty zapukał młody chłopak. Przedstawił się jako student piątego roku medycyny. Zapytał, czy mógłby kupić krzyż do powieszenia na ścianie. Siostra odpowiedziała, że nie ma tu nic do sprzedania. Obok co prawda jest księgarnia katolicka, ale tam też nie są sprzedawane dewocjonalia, a jedynie książki.
Zapytała go jednak, po co mu ten krzyż, dlaczego go szuka. Odpowiedział, że wraca na studia po rocznej przerwie. Kurował się po poważnym wypadku, któremu uległ w górach. Dziękuje Bogu za uratowane życie i chce powiesić krzyż w pokoju, który teraz wynajmuje, by mu przypominał, dzięki Komu ocalał.
Siostra podała mu wtedy tamten znaleziony krzyż, a on go z szacunkiem ucałował. Zapytał, ile jest winien. Ona odpowiedziała: „Nic. Niech pan go weźmie, czekał tu na pana”.
W naszych domach też pewnie mamy krzyże: powieszone na ścianie, nad drzwiami, może nad łóżkiem. To więcej niż symbol, to więcej niż znak, który identyfikuje nas jako chrześcijan.
Pamiętam, jak bardzo byłam wdzięczna, słysząc słowa rekolekcjonisty o wartości cichej adoracji krzyża świętego w domu, podczas zwykłych zajęć. Padły wtedy słowa o matce, która jest w domu sama z gromadką malutkich dzieci i nie może iść na adorację do kościoła. Rekolekcjonista mocno podkreślił, że jej spojrzenie z wiarą na krzyż, między zmienianiem pieluchy niemowlęciu, rozdzieleniem szarpiących się właśnie maluchów i nakarmieniem ich, ma ogromną wartość.
Odnalazłam się w tych słowach zakonnika. Przez wiele lat tak wyglądało moje życie. Serce się wyrywało, ale pozostawała mi na co dzień tylko cicha adoracja krzyża, na który spoglądałam, szukając umocnienia w codziennych obowiązkach.
Teraz już moja gromadka podrosła. Wróciłam do pracy na etat i do luksusu, jakim jest codzienna poranna Eucharystia i adoracja Najświętszego Sakramentu.
Ale nadal, będąc w domu, gdy zerkam raz po raz na krzyż, przypominam sobie chwile, w których był on dla mnie umocnieniem. Nawet sam jego widok, sama świadomość, że mogę – w duchowy sposób – położyć pod krzyżem to wszystko, co mnie przerasta, i na nowo odnaleźć pokój i siły na kolejny dzień, to było (i jest wciąż) dla mnie bardzo dużo.
Nadal patrzę na ten znak i dziękuję Bogu za to, że przez te wszystkie lata odnajdywał mnie, nie pozwalał ulec zniechęceniu i smutkowi. Spojrzenie na krzyż pomagało mi wytrwać i nie stracić nadziei. Nie przestaję spoglądać w jego kierunku.


