Tagi
#chrzescijanstwo, #codziennosc, #DanutaKaminska, #dobreslowo, #miłość, #relacje, #rodzina, #wdzięczność

Fot. Danuta Kamińska
Jadę do pracy i myślę o tym, jak wiele mam powodów do wdzięczności.
Nie chcę, by codzienne troski przysłoniły mi radość, jaką przeżywam w związku z moją rodziną, przyjaciółmi, wspólnotą, pracą.
Widzę tyle dobra wokół. Chcę się tym ucieszyć.
Kiedy byłam mała, wydawało mi się, że jeśli coś głośno (nawet tylko sama przed sobą) nazwę, to wtedy to coś zniknie.
Myślałam, że jeżeli będę się cieszyć, czekając na coś, to na pewno się rozczaruję, bo wydarzenie, na które czekam, nie nadejdzie albo przyniesie z sobą smutek i gorycz.
Już nie jestem mała, ale i teraz łapię się czasem na podobnym mechanizmie odraczania radości: dopiero po fakcie, a nie przed. I też nie jakoś wielce, bo nie wypada – tylko trochę.
Ale znalazłam na to radę: wdzięczność jest w moim przypadku lekarstwem. Zwykłe „dziękuję” – to wypowiedziane i to bezgłośne – pomaga mi smakować radość bez domieszki lęku, że zaraz wszystko pryśnie jak mydlana bańka.
Tego, co jest za mną, nikt mi już nie zabierze. Tego, co jest przede mną, nie zna nikt. Ale to, co jest teraz, mogę wziąć w dłonie i unieść do nieba, wołając z głębi duszy: „Dziękuję!”



