
Fot. Danuta Kamińska
„Ktoś popycha wskazówki zegara” – żartuje redakcyjny kolega. Śmieję się, reagując na tę uwagę, ale muszę głośno przyznać, że i ja mam takie nieodparte wrażenie, choć zegar ścienny powieszony jest tak wysoko na naszym redakcyjnym korytarzu, że bez krzesła lub drabiny nikt z nas nie zdołałby do niego dosięgnąć. Popychanie wskazówek więc nie jest chyba u nas możliwe, ale jednak w naszym odczuciu ma miejsce ;)
Od września mam weekendowe szkolenia. Dopiero w połowie grudnia będę mogła odetchnąć (jeśli pomyślnie zdam egzamin oczywiście ;).
Chwytam więc chwile i nie pozwalam, by to czas narzucał mi rytm. Nie chcę się spieszyć i unikam tego. „Spokój najważniejszy”, jak mówi mój drugi redakcyjny kolega, zazwyczaj właśnie wtedy, gdy jesteśmy zarzuceni pracą (dosłownie: zawaleni robotą).
W każdej pracy zdarzają się takie kumulacje – jedne są do przewidzenia (i uniknięcia), inne zupełnie nie, a jeszcze inne są zawinione przez któregoś z członków zespołu, a to rodzi napięcia, których lepiej unikać lub które lepiej jak najszybciej neutralizować, by nie osiągnęły monstrualnych rozmiarów.
W każdym jednak z tych przypadków czas gra ogromną rolę. Oczywiście on nie przyspiesza ani się nie wlecze. Tym bardziej nie ucieka ani nas nie goni. (Poszłam na korytarz sprawdzić: zegar wskazówkowy, pamiętający jeszcze lepsze czasy, odmierza metodycznie sekundy i minuty. Godziny pewnie też, ale nie przyglądałam mu się tak długo. ;)
Mamy czas. Choć większość z nas pewnie na co dzień mówi coś zgoła innego: „Nie mam czasu”. Ale każdy z nas ma go w dobie tyle samo. Minut i godzin w dobie jest po równo dla każdego.
Nie wiemy tylko, kiedy się nasz czas skończy. W życiu codziennym mamy jakieś nieprzekraczalne terminy (kiedy dany tekst „idzie na maszyny”, jak mówimy u nas w pracy; kiedy nasze dziecko idzie do Pierwszej Komunii Świętej, a inne nasze dziecko kończy osiemnaście lat; kiedy kończy nam się ubezpieczenie; do kiedy trzeba „porobić opłaty” lub coś przygotować w domu…). Ale nasz koniec czasu nie jest tego typu datą. Ten dzień jest znany tylko Ojcu.
Póki mamy czas (a naprawdę go mamy, choć możemy mieć wrażenie, że jesteśmy jego zakładnikami lub że jesteśmy z tego czasu okradani), mamy wybór. To wydaje mi się najpiękniejsze: mam cały czas wolny wybór. Dopóki trwa ten czas – czas nam ofiarowany.
Lubię myśleć o czasie jako o małych jednostkach i tak go analizować: jeden dzień to jeden rozdział. Kończę go i zaczynam, dziękując. I koniecznie zamykam poszczególne rozdziały, by móc dobrze przeżyć kolejne, by nie być myślami w tych, które są już za mną, lub nie wybiegać ku tym, które są (miejmy nadzieję) jeszcze przede mną.
Jestem więc w tym (dniu-rozdziale), który właśnie trwa, ktorego akcja właśnie się rozgrywa. Nie wirtualnie, ale jak najbardziej realnie. Nowy, jeszcze niezapisany arkusz – piękna metafora nowego dnia, o której sobie przypominam, jadąc, jeszcze po ciemku, do pracy.
Podtrzymuje mnie w tych ciemniach nocy myśl, że aniołowie (dziś ich serdecznie wspominamy) towarzyszą mi. Nie jestem sama.
Lubię obserwować, jak powoli ciemności ustępują, jak wstaje dzień.
To też metafora tego, co dzieje się w naszym wnętrzu. Oby to właśnie się w nim działo!
Pięknego dnia dla nas wszystkich!