Tagi
#biblia, #chrzescijanstwo, #codziennosc, #DanutaKaminska, #dobreslowo, #ewangelizacja, #modlitwa, #nowaewangelizacja, #relacje, #SESA, #słowoboże, #SNEPoznan, #swiadectwo, #wiara, #zdrowiepsychiczne

Fot. Danuta Kamińska
Chodzenie od domu do domu to jedna z form podejmowanych przez naszą wspólnotę i wspólnoty z nami zaprzyjaźnione.
Kilka migawek z ostatniego wyjścia.
Starsza kobieta (rocznik 1938). „Policzcie sobie, ile mam lat” – mówi na powitanie. Pochowała syna (i to jest – stwierdza bez ogródek – jej największy problem i przeszkoda, by przekroczyć progi kościoła), drugi syn wraz z rodziną mieszka razem z nią.
Młody mężczyzna (pięć lat młodszy od mojego męża, którego, jak się zarzeka, skądś zna), mówi przyciszonym głosem o tym, że w swoich poszukiwaniach w wierze jest sam. Chciałby włączyć się do wspólnoty, mieć wsparcie w innych wierzących, bo żona jest „daleko”, jak to określa, i nie interesują jej „takie tematy”.
Mężczyzna w średnim wieku, zamaszyste ruchy, głośny śmiech. Podaje nam szklankę wody, dolewa do niej odrobinę soku. Naprędce stara się uprzątnąć niepotrzebne przedmioty ze stołu. Powtarza, że bardzo się cieszy, że przyszliśmy i że tak powinno być, że jak zwykli ludzie chodzą, to go przekonuje. Opowiada o niedawnej Pierwszej Komunii Świętej swojej córki. Mówi o swoich wątpliwościach i zrażeniu się do instytucji Kościoła. Jest niepraktykujący, o żonie (nieobecnej w domu podczas tej rozmowy) mówi „niewierząca”.
Kot jego sąsiadów leniwie przechadza się po ogrodzie, w końcu wślizguje się do salonu przez otwarte drzwi tarasowe i ocierając się o moje nogi, domaga się głaskania.
Pada deszcz, ale tak, jakby się trochę ociągał. Zapowiadanej ulewy nie ma. Mój parasol wygląda jak nieszczęście ze sterczącymi, połamanymi drutami. Na szczęście pod koniec dnia nie jest już potrzebny.
Wszystkie spotkane osoby oddaję Bogu podczas wieczornej Mszy św. Proboszcz parafii na zakończenie mówi nam, że do tych wszystkich osób (odwiedziliśmy tego dnia czterysta domów) on by nie dotarł, bo chodzi tylko na zaproszenie podczas tak zwanej kolędy, a te osoby nie zapraszają.
Przed wyjściem do tych domów patrzę na piękny obraz Maryi z Dzieciątkiem Jezus trzymanym na Jej rękach. Moją uwagę zwracają Jej bose stopy. Wychodzi w ciemną noc. Ma tylko Jego. Nie wie, jak zostanie przyjęta. To trochę jak my. Bez zabezpieczeń, bez pieniędzy, bez ludzkiej wielkości – osiołki Pańskie, niosące Króla. Byleby nie zapomnieć, że to z Boga jest ta przeogromna moc, nie z nas (por. 2 Kor 4, 7).



