
Fot. Danuta Kamińska
Bardzo ucieszyła mnie nota o prawidłowo okazywanej czci Maryi. Odetchnęłam z ulgą. Zderzałam się (całe moje świadome życie) z nieprawidłowymi formami kultu i wiem, że nie jest to tylko kwestia nazewnictwa, ale w wielu przypadkach także pogmatwanego i chybionego sposobu myślenia o samym Bogu.
Podam trzy przykłady z dorosłego życia, nie będę odkopywać tych z dzieciństwa, bo jestem już z tym czasem pojednana i uważam ten etap za zamknięty.
Wracając więc do moich niedawnych rozmów i spotkań, dopowiem tylko, że zdarza mi się słyszeć bardzo dziwne rzeczy.
Nie jest tajemnicą, że jestem zaangażowana w ewangelizację, również tę bezpośrednią, nie stronię więc od rozmów na tematy wiary. Najczęściej jednak ich nie inicjuję, ale pozwalam, by mój rozmówca sam zaczął mówić o tym, co ma w sercu.
Zazwyczaj są to piękne spotkania. Dziękuję Bogu, że obdarza mnie takim zaufaniem, powierzając mi tak różne, głębokie refleksje i poruszające historie osób, z którymi daje mi się spotkać, modlić, płakać i śmiać się.
Obok tych budujących wiarę, pojawiają się (żeby nie było zbyt łatwo) rozmowy z tymi, którzy wierzą w Maryję, ale w Boga nie. Naprawdę. To nie moja interpretacja, to słowa jednej z moich rozmówczyń, które świetnie podsumowują to, w czym tkwi problem.
To właśnie ona wyznała mi, że nie modli się „do Jezusa ani do Boga”, że odrzuca taką możliwość. Tylko Maryja ją rozumie. (Kobieta ta, w wieku emerytalnym, żyje w związku niesakramentalnym. Jest po rozwodzie; jej mąż żyje, obecny partner też ma się dobrze. Nie ruszyłam tego tematu w rozmowie z nią, ale ona sama go wywołała. Wyznała, że Maryja rozumie, że ona tak żyje, a Bóg nie, dlatego nie będzie z Nim rozmawiać).
Żadne delikatne lub bardziej wyraźne sugestie, by zwróciła się ze swoimi problemami (o których opowiedziała mi przed chwilą) do Tego, który może wszystko, nie skutkowały, a nawet potęgowały irytację mojej rozmówczyni. Padły słowa o tym, że nie uznaje ona takiej modlitwy, w żadnej postaci; zwraca się tylko do Matuchny. Nie drążyłam dalej.
Inna sytuacja przydarzyła mi się podczas pandemii, gdy wspierałam starszą osobę, która przez telefon opowiadała mi o swoim lęku spowodowanym lockdownem. Zaproponowałam krótką modlitwę zawierzenia Bożemu miłosierdziu tego lęku, tej całej przytłaczającej sytuacji.
W tym momencie usłyszałam w słuchawce krzyk. Starsza pani rzucała gromy na biskupów. Według niej winą za lockdowm obciążać należało właśnie ich, bo – jak wykrzyczała – „nie wierzą w Maryję”. Trochę mnie zatkało. „I ty też nie wierzysz w Maryję!”- usłyszałam na chwilę przed rzuceniem przez nią słuchawką.
Długo myślałam nad tym, skąd takie wnioski mogła wyciągnąć, aż wpadłam na to, że powodem mogło być to, że nie zapaliłam w oknie gromnicy. (Miały nadejść wtedy trzy dni ciemności, a po nich koniec świata. Przepraszam wszystkich, którzy na to liczyli, a moja niezapalona gromnica pokrzyżowała im plany). A już całkiem na serio dopowiem, że do teraz jestem traktowana jako „niewierna”, a może i „niewierząca”. Ale, daj nam, Panie, tylko takie prześladowania. ;)
Trzeci obraz, który chcę tu przywołać, pochodzi z rekolekcji dla osób „z ulicy”, jak mawiamy w naszym żargonie (i niekoniecznie chodzi nam o osoby w kryzysie bezdomności, ale o ludzi, którzy nie mają po drodze z Panem Bogiem lub są poszukujący).
Gdy mówiłam o tym, że Jezus, niewinny, zabity został za nasze grzechy; On, który nie popełnił żadnego grzechu… Nagle przerwał mi rosły mężczyzna w średnim wieku, donośnym głosem oznajmiając, że Jezus popełnił grzech i tylko Matka Najświętsza jest zupełnie bez grzechu.
Przyznam szczerze, że na chwilę zaniemówiłam. Czegoś takiego jeszcze nie słyszałam, jak długo żyję. A poza tym nie spodziewałam się poruszania dogmatycznych kwestii na rekolekcjach tego typu.
Zapytałam więc, gdy odzyskałam oddech, o jaki grzech chodzi, co zarzuca naszemu Zbawcy. „Że rzucał pieniędzmi w świątyni i bił zwierzęta. A poza tym gniew to przecież grzech główny”. Po raz drugi mnie zatkało. Odnalazłam szybko w mojej Biblii fragment o tym, że Jezus nie znał grzechu, i kontynuowałam moją przerwaną wypowiedź, ale oczywiście dla pana był to tylko „cienki Bolek”, ten argument z Biblii. Tylko Maryja, jako jedyna bezgrzeszna, była według niego godna zaufania.
Można powiedzieć: „Dobre i to”, ale obawiam się, że w tym przypadku kierunek został zaburzony i nawet hasło „Przez Maryję do Jezusa” nie mogłoby się tu obronić.
Dalszymi przykładami mogłabym sypać jak z rękawa, ale przecież nie o to chodzi. Nie jestem zła na te osoby ani nie mam do nich żalu. Jest mi tylko trochę smutno, że mając Pana tak blisko, odrzucają Go, powołując się na Jego Matkę. To jakieś kuriozum i coś trudnego do zrozumienia dla mnie.
Wracając do noty z Watykanu, którą z radością przeczytałam, myślę, że jest ona krokiem w dobrym kierunku, dla jednych milowym, dla drugich tiptopem, ale wskazującym na Chrystusa.
Myślę też, że Maryja, pokorna służebnica Pańska, przynosząca nam Jezusa, też cieszy się w niebie, gdy kolejne osoby odnajdują zbawienie w Jej Synu, Jezusie.
I tylko o to chodzi. Nazwy – lepiej lub gorzej – to wyrażają. Ale sens jest ten sam: Tylko Jezus. I: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”. Obyśmy kiedyś, po drugiej stronie, na pytanie: „Kogo szukacie?”, mogli odpowiedzieć: „Jezusa z Nazaretu”, sprawiając tym niewysłowioną radość Najświętszej Dziewicy. (I aż by się chciało dodać na koniec: „Amen”.)