
Fot. Danuta Kamińska
W redakcji wisi jego portret. Mijamy go co najmniej kilka razy w ciągu dnia. Jego łagodny uśmiech i szczupła sylwetka sprawiają, że wydaje się młodszy, niż w rzeczywistości jest.
Niebawem minie pół roku od jego wyboru. Jednych zdążył już rozczarować, innych miło zaskoczyć, ale przede wszystkim jasno pokazał, że ma własne zdanie i nie jest podatny na wpływy innych i na manipulację. Leon XIV.
Dla mnie jest po prostu moim papieżem, bo jestem katoliczką i każdy z trzech, których świadomie pamiętam, papieży jest mi bliski. Przede wszystkim z tego powodu, że jest w jakiś sposób moim duchowym ojcem. („Ojcze święty” – w ten sposób zwyczajowo zwracamy się do papieży, tak o nich mówimy i piszemy, dlatego że rzeczywiście są ojcami dla wierzących).
W miniony weekend przeżywaliśmy wraz ze wspólnotą rekolekcje. Nasz rekolekcjonista, zakonnik, przypomniał nam o tym, co jest naszym charyzmatem, szczególnym obdarowaniem, i wezwał, byśmy się na tym właśnie skupili, a pozostałe rzeczy zostawili innym wspólnotom, ruchom i stowarzyszeniom w Kościele.
Mówił o ewangelizacji z mocą, która jest sercem tego, czym się w naszej wspólnocie zajmujemy. Rekolekcje były prowadzone w formie warsztatowej, co stanowiło nawiązanie do formy kursów, które prowadzimy na co dzień.
W trakcie jednej z konferencji padło pytanie o to, czy do kogoś, kto nie jest naszym biologicznym ojcem, mówimy „ojcze”. Spontanicznie się odezwałam. Powiedziałam, że jest taka osoba, która dla mnie i męża wiele znaczy i ma duży wkład w to, jak funkcjonujemy na co dzień, jak wygląda nasza posługa. Podałam imię i nazwisko tego zakonnika, który opiekuje się wspólnotami – takimi jak nasza, ale na szczeblu krajowym, a nie tylko lokalnym.
To był odruch, nie zastanawiałam się wielce nad odpowiedzią. Przed oczami stanęły mi natychmiast sceny z naszego życia rodzinnego: gdy do nas przyjechał i razem się modliliśmy; gdy rozmawialiśmy z nim na bardzo trudne dla nas tematy u niego; scena zmiany opatrunku na ranie (jak najbardziej fizycznej, dosłownej ranie); wspólny posiłek; serdeczny śmiech; jego modlitwa, gdy byłam w zagrożonej ciąży, o życie dla maleństwa i pokój serca dla mnie. I mnóstwo, mnóstwo innych obrazów przebiegło mi wtedy przed oczami. Tak, mam taką osobę, do której mówię „ojcze”.
Ale, w nieco innym rozumieniu, ojcostwo duchowe i duchowa więź jest dla mnie oczywista również w przypadku papieża. Nie, nie musi być Polakiem. I nie musi być we wszystkim „po mojej myśli” lub po myśli tych, z którymi na co dzień rozmawiam, stykam się, których wypowiedzi słucham lub czytam. Nie to jest w tym ojcostwie najważniejsze.
Skoro jest papieżem, ma moje zaufanie, co więcej: ma moje posłuszeństwo (chociaż to słowo w niektórych kręgach jest bardzo niemodne, mam takie wrażenie).
Nie zapomnę rozmowy z pewnym księdzem, który lekceważąco (mówiąc delikatnie) wypowiadał się o poprzednim papieżu (jeszcze za jego pontyfikatu). Stwierdziłam wtedy, że nie będę wchodzić w dyskusję. Poprosiłam tylko, by w mojej obecności nie mówił w ten sposób o papieżu, ponieważ jestem katoliczką. Chyba mój rozmówca nie spodziewał się tego argumentu, bo momentalnie zamilkł.
Nie chodzi o to, że nie wolno się nie zgadzać z czymś, co papież mówi czy robi. Dobrze wiemy, że czasem lepiej by było, żeby ten czy inny z papieży coś lepiej zrobił (lub właśnie odwrotnie: czegoś nie zrobił) oraz by coś lepiej powiedział (lub odwrotnie: nie powiedział czegoś) i pewnie możemy sypać z rękawa przykładami. Nie o to chodzi.
Chodzi o szacunek i synowską (nam kłopot ze znalezieniem żeńskiego odpowiednika, bo jednak jestem duchową córką, a nie synem, ale przyjmijmy, że chodzi o nazwę zbiorową, która mieści w sobie zarówno przedstawicieli synów, jak i córki Kościoła) uległość, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.
Kilka lat temu gościliśmy u siebie w domu małżeństwo, które rozgorączkowane opowiadało nam, że nie wie, czy księża w ich parafii nie popełniają wielkiego błędu, rozdzielając Komunię Świętą co pół godziny podczas spowiedzi pierwszopiątkowej (by wierni mogli przyjąć ją zaraz po otrzymaniu rozgrzeszenia). To małżeństwo było wtedy pod silnym wpływem osób związanych ze środowiskiem kontestujących wszystko, co wiąże się z postanowieniami Soboru Watykańskiego II.
Ich rozgorączkowanie zdziwiło mnie. Zapytałam, dlaczego nie porozmawiają o tym ze swoim proboszczem lub innym kapłanem, którego darzą zaufaniem. I po pierwsze, w jaki sposób wymieniony wyżej problem (jeśli rzeczywiście jest problemem) wpływa na ich wiarę.
Nie potrafili odpowiedzieć na te pytania. Mówili coś jeszcze o papieżu Franciszku i o tym, że nie wiadomo, czy jest papieżem. Zrobiło mi się ich bardzo żal. Spojrzałam na nich jak na osoby, które nie mają ojca i matki, w duchowym sensie oczywiście. „Oni są sierotami”, pomyślałam. Sami dla siebie chcą decydować, czy papież to papież i czy księża wiedzą, co robią, rozdając Komunię. A gdy pytam o wiarę rozumianą jako relację z Bogiem, opuszczają głowy, spuszczają wzrok – jak na komendę, oboje, choć pewnie się nie umawiali – a pokój wypełnia ciężka cisza.
Mieć ojca, a nie mieć go – to jest wielka różnica.
Przez wiarę Leon XIV jest moim duchowym ojcem. Kolejnym papieżem, który nie tylko prowadzi Kościół, ale również prowadzi mnie, ma wpływ na moje życie.
I bardzo się z tego cieszę.