Tagi
#chrzescijanstwo, #codziennosc, #DanutaKaminska, #dobreslowo, #ewangelizacja, #relacje, #rodzina, #swiadectwo, #troska, #wdzięczność, #zdrowiepsychiczne

Fot. Nikodem Kamiński
Czekałam na wyniki badań. Podzieliłam się tą informacją z kilkoma osobami. Reakcje były różne (pewnie „co osoba, to inaczej” trzeba byłoby napisać). Każda z nich jednak obiecała modlitwę, a to dla mnie bardzo wiele.
W trakcie tego oczekiwania wydarzyło się kilka rzeczy, których bym sobie nie wymyśliła – zawsze Boże działanie mnie zaskakuje, chociaż już powinnam była się przyzwyczaić do tego, że nigdy nie przewidzę, z której strony przyjdzie Boża pomoc.
Wyjechałam w miniony weekend nad morze z najbliższą rodziną i starałam się nie myśleć o tym wszystkim, co mnie zajmowało przez te prawie dwa tygodnie. To był dobry trop: ciepło słońca, szum fal, piękne widoki, odgłosy mew i długie spacery brzegiem morza – to wszystko sprawiło, że psychicznie odpoczęłam.
Wyniki okazały się pomyślne, dzięki Bogu. Doświadczyłam też dużo troski i ludzkiej życzliwości, za którą jestem bardzo wdzięczna. Cały czas towarzyszył mi (i towarzyszy nadal) wewnętrzny pokój, co było (i jest) dla mnie wielkim darem.
Odbyłam kilka rozmów. Jedną z nich wspominam z ogromną wdzięcznością, bo nadała kierunek temu etapowi drogi, który właśnie przemierzam.
Nie wiem, czy mój rozmówca był świadomy tego, jak mocno mi ona pomogła. W każdym razie nie wyglądał w ogóle na zaskoczonego, kiedy go zagadnęłam. Więcej – wyglądał, jakby właśnie na mnie czekał.
Nasze drogi przecięły się obok samochodu, do którego zamierzałam wsiąść. On szedł żwawym krokiem w kierunku bloków.
Wiedziałam, że po informacji, jaką poprzedniego dnia usłyszałam, potrzebuję z kimś porozmawiać. Mąż był wtedy za granicą. Mój spowiednik na urlopie. Przyjaciołom powiedziałam dopiero później, gdy trochę ochłonęłam, a rodzicom nie zamierzałam mówić w ogóle (podobnie jak i piątce dzieci), zanim informacja nie zostanie potwierdzona medycznie przez kolejne badania. To było na razie podejrzenie, ale brzmiało poważnie i dlatego, jadąc na poranną Mszę św., pomyślałam, że poruszenie, by poprosić o rozmowę, jest jak najbardziej dobre i chcę za nim pójść.
Zatrzymał się i spojrzał na mnie uważnie. Na pewno mnie nie poznał. Dwadzieścia lat to jednak dużo, poza tym nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy. Pierwsze, co mnie bardzo poruszyło, to był fakt, że okazał mi współczucie i zrozumienie. Wysłuchał mnie i przekazał ważną dla mnie wiadomość.
Nawiązał (nie wiedząc o tym) do treści, które we mnie pracowały od kilku już tygodni. To było tak, jakby chwycił porzucone wątki i tkał Boży obraz dalej.
Nie mówił dużo. Zaczął od tego, co jest sercem kerygmatu. A skończył na życiu nadzieją w Bogu, pomimo wszystko.
Wplótł w naszą rozmowę humor i anegdotę, gdy już otarłam łzy, a jego mocny uściski na koniec dodał mi sił.
Odszedł, gdy już się pożegnaliśmy, lekko pochylony, osiedlową alejką, a ja odjechałam obwodnicą do naszej wsi.
Mam przed oczami jego pooraną zmarszczkami twarz, białe włosy i pełen spokoju, delikatny uśmiech. Drobny, niższy ode mnie, w lekko podniszczonej sutannie.
Bóg nie przestaje posługiwać się pokornymi sługami swojej łaski. Nawet na parkingu. Za każdym razem, gdy zajdzie potrzeba, by przekazać potrzebującemu Bożą wiadomość, Duch Święty znajduje sposób, by ona dotarła na czas. Ciągle inaczej :)
Cieszę się, że istnieją nadal wierzący, rozmodleni księża, którzy słuchają natchnień Ducha Świętego. Często nie są medialni, nie mają zasięgów. Ale mają moc – Bożą moc. I to ona mnie tamtego trudnego dla mnie poranka, półtora tygodnia temu, podniosła na duchu. Wlała nadzieję, napełniła pokojem.
Bogu chwała.









