Tagi
#chrzescijanstwo, #codziennosc, #DanutaKaminska, #dobreslowo, #małżeństwo, #nowaewangelizacja, #przyroda, #relacje, #rodzina, #troska, #zdrowiepsychiczne

Fot. Elżbieta Kamińska
Córcia woła mnie do ogrodu, bo coś tam zobaczyła pięknego. Nie mogę w tej chwili podejść, więc podaję jej telefon, by zrobiła zdjęcie. To dmuchawiec i motyl. Miała rację, obydwa za chwilę znikną, odlecą. Małe „spadochrony” mlecza rozwieje wiatr, a motyl, spłoszony czyimś nieostrożnym ruchem, odfrunie.
Ulotność chwili.
To wrażenie towarzyszy mi od momentu, gdy zostałam mamą. Teraz do potęgi piątej, bo jestem mamą piątki pociech.
Kiedy były maleńkie, nie chciałam uronić nic z ważnych dla każdego i każdej z nich wydarzeń, etapów rozwojowych, rozmów, spojrzeń, milczenia.
Miałam świadomość, że nic z tego już się nie powtórzy.
Gdy są już trochę starsze, towarzyszy mi inne odczucie: że już bardzo dużo ważnych spraw się zadziało, że mamy za sobą dobre (a czasami także bardzo trudne) rozmowy, wymowne spojrzenia, chwile wtulenia się, wypłakania w moich ramionach… Tyle już się wydarzyło.
I tyle jeszcze przed nami.
Nie przestaję być uważna. Czasami potrzeba zareagować od razu, bo potem już dana okazja się nie powtórzy albo przegapi się ważny moment, jak ten z motylem i dmuchawcem.
Nie, rozwiązaniem nie jest elektronika, choć zdjęcie rzeczywiście utrwaliło ten widok, którego bym pewnie nie zobaczyła, gdybym nie pomyślała, by dać córce na tę chwilę mój telefon.
Z moich natomiast obserwacji wynika, że najpiękniejsze chwile, najbardziej więziotwórcze wydarzenia mają miejsce wtedy, gdy nic nas od siebie nie odgradza, zwłaszcza elektronika. Gdy jesteśmy na sobie nawzajem skupieni, gdy siebie słuchamy i dostrzegamy, ale nie w przelocie.
