Tagi
#biblia, #chrzescijanstwo, #DanutaKaminska, #dobreslowo, #ewangelizacja, #przyroda, #relacje, #rodzina, #zdrowiepsychiczne

Fot. Danuta Kamińska
Jadę do pracy. Jest ciemno, mroźno, droga zasypana śniegiem. Sygnał dźwiękowy i pojawiąjące się co chwilę na wyświetlaczu komunikaty („Jedź środkiem pasa”, „Przejmij prowadzenie”) nie działają na mnie zachęcająco, ujmę to tak delikatnie. Sznur samochodów porusza się w ślimaczym tempie, nie wiadomo, gdzie jest jaki pas, a co dopiero jego środek, nie mówiąc o przejęciu kierowania. Tkwiąc w tej ośnieżonej kolumnie pojazdów, pozostaje mi tylko niczego nie zmieniać, akceptując tę mroźną jednostajność.
Podobnie jest czasem w naszym życiu. Przychodzi moment, w którym najlepsze, co możemy zrobić, to trzymać się podjętych wcześniej decyzji i nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Święty Ignacy nazywa ten etap czasem strapienia. Nie ma sensu wtedy podważać wcześniej podjętych decyzji dotyczących fundamentalnych spraw w naszym życiu.
„Zamieć, zamieć! Jest sześć-siedem!” – jak wołał w jednym z filmików udostępnionych w sieci ksiądz chodzący po kolędzie. Niewiele widział: wymachując rękami, próbował przedrzeć się przez padający śnieg, idąc do kolejnej klatki w bloku.
Takie „sześć-siedem” dopada każdego z nas. I nie mam na myśli złych warunków pogodowych utrudniających nam (lub czasem nawet uniemożliwiających) wykonywanie obowiązków stanu czy zadań w pracy. Jest wtedy średnio, zniechęcająco lub tragicznie źle. Różnie bywa. Ale po burzy wychodzi słońce, po zamieci i mrozie przychodzi odwilż, a w końcu nawet wiosna.
I w każdym z tych momentów Bóg działa. „Z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra” (Rz 8, 28).









