
Fot. Danuta Kamińska
Wracam z córeczką ze spotkania klasowego. Wieziemy blachę od ciasta, które razem piekłyśmy, i prezenty, które córa dostała.
Myślę z wdzięcznością o jej szkole. Przedstawienie, które przed chwilą obejrzałyśmy, mówiło wprost o Jezusie, o darach Jemu składanych, o tym, co jest ofiarowane z serca.
Dla jasności: to jest państwowa szkoła. Owszem, imię patrona zobowiązuje (zakonnik, oddany pracy z trędowatymi), ale patron to nie wszystko – są jeszcze ludzie, którym się chce, którzy dzielą te same wartości.
Od sąsiadów wiem, że nie jest to wszędzie regułą – w szkole ich dzieci zabroniono wystawiania jasełek i śpiewania kolęd, ponieważ rodzice orzekli, że to obraża ich uczucia. Nie wiem, jak ma się to do kultywowania polskich tradycji narodowych, w które na stałe wpisane jest świętowanie Bożego Narodzenia. I nie wiem, jakie uczucia mogą zostać obrażone przez jasełka i kolędy.
Na szczęście nie muszę się tym na razie zajmować (choć samo słuchanie o tym sprawia mi ból), teraz cieszę się z tego miejsca, z którego właśnie wracam, z rozmów, życzeń, z uśmiechów.
Rozgrzane pysznym barszczem, wyściskane przez znajomych – dużych i małych – wracamy do naszych kartonów i szpachli na ścianach. Remont w całej pełni. Ale w sercu spokój i ład.
I wdzięczność za kolejny cud: tak jak mały bohater obejrzanego przed chwilą przedstawienia, zastanawiałam się od dłuższego czasu, czy wystarczy nam do pierwszego (czasem bywają takie miesiące). I tak jak on, cały czas słyszałam w sercu, że nie mam się na tym skupiać, ale na przygotowywaniu daru dla Jezusa, bo nadal mam czym się dzielić. Może dlatego tak bardzo mnie wzruszyła ta historia i tak szybko się w niej odnalazłam, identyfikując z małym Frankiem.
Myślę o tych wszystkich rodzinach, którym jednak budżet się „nie zepnie”, jak się to potocznie mówi. I o tych, które nie zaprowadzą swoich dzieci na takie przedstawienie, bo w ich szkołach nie będzie ani jasełek, ani kolęd.
I modlę się, bym pozostała czujna i czuwająca. Bym, oprócz radości, że budżet jednak się „zepnie” oraz że takie piękne rzeczy dzieją się w szkole moich dzieci, pamiętała również o tym, że nie jest to regułą, że obok nadal są ludzie, którzy tak jak ja potrzebują wsparcia – i tego materialnego, i tego – bardzo ważnego – duchowego.
Przyjdź do nas, Panie! Do tych, którzy muszą liczyć każdy grosz i ważyć, na co go wydadzą; do tych, którzy zamiast szczebiotu dziecka wracającego ze szkoły i opowiadającego, że było aniołkiem lub pastuszkiem w przedstawieniu, opowie o tym, jak jest wyśmiewane przez rówieśników, bo przyznaje się do Pana Jezusa.
Przyjdź do nas wszystkich – do sytych i głodnych, do zaangażowanych i letnich, do tych, którzy żyją tajemnicą Bożego Narodzenia i tych, dla których jest ona komercją. Przyjdź do nas.
Nie pozwól, by zgasło w nas Twoje światło. Czuwamy, „oczekując Twego przyjścia w chwale”, ale na razie adorujemy Twoje przyjście do naszej biedy, naszych braków, duchowej nędzy i zagubienia. Do tego, co nas boli, co uwiera, co jest jak mocno zawiązany supeł w naszych relacjach.
Adorujemy Cię. Na kilka dni przed świętami. Bo Ty rodzisz się nie tylko w Boże Narodzenie.