Jesienne zdjęcie

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Złote liście szeleszczące pod stopami to moja ulubiona odsłona jesieni. Lubię też deszczową odmianę tej pory roku, ale tylko pod warunkiem, że jestem wtedy w domu i mam pod ręką dobrą książkę, kubek ziołowej lub owocowej herbaty i ciepły koc. Najbardziej jednak lubię jesień słoneczną i ciepłą.

Moi rodzice pobrali się jesienią. Tego dnia była podobno piękna pogoda. Jechali odkrytą dorożką, a panna młoda trzymała w ręku bukiet herbacianych róż.

Czarno-białe zdjęcia nie oddają jednak piękna i barw tego słonecznego dnia.

Tak jest z wewnętrznymi przeżyciami: coś, co dla nas ma duże znaczenie, co porusza nas do głębi, zmienia sposób naszego myślenia, a w związku z tym i naszego życia – dla innych może być mało znaczącym słowem, gestem czy wydarzeniem.

Jednak to, co pozostaje wewnątrz, nie traci wartości. Dla kogoś jest tylko czarno-białą fotografią, ale dla kogoś innego pełnym emocji i wzruszeń przełomowym momentem życia. I takim pozostanie mimo upływu lat.

Powrót do tych kamieni milowych jest podobny do oglądania zdjęć w albumie. Potrzebujemy przypominać sobie o łasce, której doświadczyliśmy, i dziękować za nią.

Pan z Tobą

Tagi

, , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Zwykły, a jednak inny – mój różaniec. Dostałam go od uczestniczki jednego z kursów ewangelizacyjnych, które prowadzimy jako wspólnota.

Różaniec ten ma ciekawą historię. Został własnoręcznie wykonany w czasie pandemii, gdy kościoły pozostawały zamknięte. Gromadzili się przed ich drzwiami wierni i modlili się. Wtedy właśnie nasza znajoma postanowiła, że zajmie się przygotowywaniem tych przepięknych różańców i rozdawaniem ich modlącym się osobom. Jeden z nich trafił do mnie. Gdy go pierwszy raz wzięłam w dłonie, moją uwagę zwrócił napis na krzyżyku: „Fatima”. Marzyłam wtedy o odwiedzeniu tego miejsca (moi znajomi teraz tam właśnie przebywają w ramach pielgrzymki parafialnej).

Pomyślałam, trzymając w rękach te wielobarwne paciorki, że już nie muszę nigdzie jechać. Pan jest ze mną, niezależnie od tego, co się dzieje wokół mnie. Wtedy była to pandemia, teraz są inne trudności i wyzwania. Ale Pan jest ze mną i to jest dla mnie najważniejsze. Przecież to wszystko, z czym się obecnie zmagam, przeminie. Zostanie tylko On. I to jest pocieszeniem i źródłem pokoju w mojej codzienności.

Jak do Maryi przyszedł anioł i powiedział: „Pan z Tobą” (a my powtarzamy jego słowa wielokrotnie, odmawiając różaniec), tak i do nas przychodzi anioł i powtarza: „Pan z tobą”. Nie widzimy jego postaci, nie słyszymy słów,  ale wiemy, że właśnie po to każdy z nas otrzymał osobistego anioła, czyli anioła stróża, by nam wciąż o tym przypominał, że nie idziemy przez życie sami, bo jest z nami Pan.

Pokój

Tagi

, , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Papież Leon XIV prosił, by w październiku odmawiać różaniec z intencją o pokój na świecie. Pamiętamy o tym w naszej codziennej modlitwie w pracy i w domu.

Składając pranie, natrafiłam jakiś czas temu na koszulkę syna (prezent od jego chrzestnego). Napis umieszczony na niej zatrzymał mnie na dłużej. „Czyń dobro – nie wojnę” – tak sobie to roboczo przetłumaczyłam.

Oczywiście nie mamy bezpośredniego wpływu na wielkie mocarstwa ani na ich przywódców. Możemy mieć nawet wrażenie, że przywódcy ci nie mają momentami panowania nad samymi sobą, a co dopiero mówić o rozsądnym zarządzaniu i decydowaniu o losach zależnych od ich decyzji tysięcy, a czasem milionów ludzi.

Niektórzy z tych przywódców może są niepoczytalni, a może wcale nie są – nie wiem do końca. Jednak jedno jest pewne: nie chcemy wojny. Modlimy się o zakończenie tych toczących się teraz w świecie i o oddalenie groźby konfliktu zbrojnego od naszego kraju.

Czy jednak rzeczywiście nie mamy żadnego wpływu na to, co dzieje się wokół nas? Słowo Boże, nauczanie Kościoła i ten napis na koszulce mojego syna mówią coś zupełnie przeciwnego: mamy wpływ i to ogromny.

Wierzę w tryumf miłości, w tryumf serca (zbieżność z tytułem filmu o św. Maksymilianie nie jest przypadkowa). Wierzę, że miłość jest silniejsza i że zło ostatecznie zostanie pokonane, choć panoszy się i wydaje się górować nad nami.

Być może nie jest do końca możliwe wyrugowanie konfliktów i wojen na świecie, choć modlimy się, by tak się stało. Jednak ostatecznie  grzech i śmierć, a więc i wojna, zostaną pokonane.

Nie wiem, czy nasze dzieci będą żyły w błogosławieństwie pokoju, nie wiem, czy nasze życie do końca naszych dni będzie pobłogosławione pokojem, ale chcę dziękować, za to, że póki co żyjemy w naszym kraju w pokoju, nie toczy się na naszym terytorium wojna. Chcę dziękować i cieszyć się z pokoju. Wypraszać łaskę pokoju dla innych krajów i ludów. I wstawiać się, by pokój został zachowany. Amen.

Dobrostan psychiczny

Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Nikodem Kamiński

To był wspaniały wieczór: tańczyłam, śpiewałam, czytałam i pisałam. Patrzyłam na piękny zachód słońca. I słuchałam mojej ulubionej muzyki.

Chwila oddechu była mi bardzo potrzebna.

Rano usłyszałam w wezwaniach modlitwy wiernych prośbę o umiejętność kochania Boga, bliźniego i siebie samego.

Pomyślałam, że chwila, jak tamta, którą przeżyłam poprzedniego dnia, jest potrzebna do pełnego realizowania tej miłości. I że bez takich momentów trudniej byłoby mi kochać siebie, innych i Boga. Nie byłoby to niemożliwe, ale na pewno byłoby utrudnione.

Oddech i chwila odpoczynku to nie fanaberie, ale potrzeba ducha, duszy i ciała.

Inną rzeczą jest zwykłe zmęczenie fizyczne, a inną – nagromadzony stres i duże obciążenie psychiczne.

Wiem, że w przypadku zmęczenia fizycznego najczęściej wystarczy po prostu  porządnie się wyspać lub rozmasować nadwerężone mięśnie. Natomiast w przypadku  zmęczenia psychicznego, obok dobrego snu, potrzeba o wiele więcej zaangażowania w powrót do dobrostanu.

Coraz częściej spotykam osoby, które otwarcie mówią mi o przeciążeniu, o niedomaganiach i swoich dolegliwościach, które odczuwają ze strony psychiki.

Jest to ogromna zmiana w stosunku do czasów, kiedy byłam mała. Wtedy były to tematy tabu.

Cieszę się z tego. Ale wcale nie cieszy mnie fakt, że tych osób, cierpiących psychicznie, jest tak wiele. I że często muszą czekać na pomoc bardzo długo. Bardzo im współczuję…

Mam wrażenie, że rozmiar tego zjawiska jest podobny do epidemii (oczywiście nie możemy użyć tego określenia, bo odnosi się do chorób zakaźnych, a choroby psychiczne nie należą do grupy tych, którymi możemy się zarazić).

Nie zmienię tego. Ale mogę zmienić moje nawyki. Mogę wpłynąć w delikatny spodob na moje otoczenie – uwrażliwiając je na te tematy.

Mogę kochać i przyjmować miłość – w sposób, który pozostawia wolność mnie i drugiej osobie.

Mogę być wdzięczna – to świetnie wzmacnia odporność psychiczną.

I mogę dbać o chwilę odpoczynku.

Codzienny ruch na świeżym powietrzu oraz ćwiczenia w domu  – to mam już od dawna  zapewnione.

Teraz kolej na chwilę spokoju w domu.

Myślę, że i to jest możliwe.

W końcu chodzi o nie byle co, ale o mój dobry stan psychiczny. :)

Czas

Tagi

, , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

„Ktoś popycha wskazówki zegara” – żartuje redakcyjny kolega. Śmieję się, reagując na tę uwagę, ale muszę głośno przyznać, że i ja mam takie nieodparte wrażenie, choć zegar ścienny powieszony jest tak wysoko na naszym redakcyjnym korytarzu, że bez krzesła lub drabiny nikt z nas nie zdołałby do niego dosięgnąć. Popychanie wskazówek więc nie jest chyba u nas możliwe, ale jednak w naszym odczuciu ma miejsce ;)

Od września mam weekendowe szkolenia. Dopiero w połowie grudnia będę mogła odetchnąć (jeśli pomyślnie zdam egzamin oczywiście ;).

Chwytam więc chwile i nie pozwalam, by to czas narzucał mi rytm. Nie chcę się spieszyć i unikam tego. „Spokój najważniejszy”, jak mówi mój drugi redakcyjny kolega, zazwyczaj  właśnie wtedy, gdy jesteśmy zarzuceni pracą (dosłownie: zawaleni robotą).

W każdej pracy zdarzają się takie kumulacje – jedne są do przewidzenia (i uniknięcia), inne zupełnie nie, a jeszcze inne są zawinione przez któregoś z członków zespołu, a to rodzi napięcia, których lepiej unikać lub które lepiej jak najszybciej neutralizować, by nie osiągnęły monstrualnych rozmiarów.

W każdym jednak z tych przypadków czas gra ogromną rolę. Oczywiście on nie przyspiesza ani się nie wlecze. Tym bardziej nie ucieka ani nas nie goni. (Poszłam na korytarz sprawdzić: zegar wskazówkowy, pamiętający jeszcze lepsze czasy, odmierza metodycznie sekundy i minuty. Godziny pewnie też, ale nie przyglądałam mu się tak długo. ;)

Mamy czas. Choć większość z nas pewnie na co dzień mówi coś zgoła innego: „Nie mam czasu”. Ale każdy z nas ma go w dobie tyle samo. Minut i godzin w dobie jest po równo dla każdego.

Nie wiemy tylko, kiedy się nasz czas skończy. W życiu codziennym mamy jakieś nieprzekraczalne terminy (kiedy dany tekst „idzie na maszyny”, jak mówimy u nas w pracy; kiedy nasze dziecko idzie do Pierwszej Komunii Świętej, a inne nasze dziecko kończy osiemnaście lat; kiedy kończy nam się ubezpieczenie; do kiedy trzeba „porobić opłaty” lub coś przygotować w domu…). Ale nasz koniec czasu nie jest tego typu datą. Ten dzień jest znany tylko Ojcu.

Póki mamy czas (a naprawdę go mamy, choć możemy mieć wrażenie, że jesteśmy jego zakładnikami lub że jesteśmy z tego czasu okradani), mamy wybór. To wydaje mi się najpiękniejsze: mam cały czas wolny wybór. Dopóki trwa ten czas – czas nam ofiarowany.

Lubię myśleć o czasie jako o małych jednostkach i tak go analizować: jeden dzień to jeden rozdział. Kończę go i zaczynam, dziękując. I koniecznie zamykam poszczególne rozdziały, by móc dobrze przeżyć kolejne, by nie być myślami w tych, które są już za mną, lub nie wybiegać ku tym, które są (miejmy nadzieję) jeszcze przede mną.

Jestem więc w tym (dniu-rozdziale), który właśnie trwa, ktorego akcja właśnie się rozgrywa. Nie wirtualnie, ale jak najbardziej realnie. Nowy, jeszcze niezapisany arkusz – piękna metafora nowego dnia, o której sobie przypominam, jadąc, jeszcze po ciemku, do pracy.

Podtrzymuje mnie w tych ciemniach nocy myśl, że aniołowie (dziś ich serdecznie wspominamy) towarzyszą mi. Nie jestem sama.

Lubię obserwować, jak powoli ciemności ustępują, jak wstaje dzień.

To też metafora tego, co dzieje się w naszym wnętrzu. Oby to właśnie się w nim działo!

Pięknego dnia dla nas wszystkich!

Ojciec

Tagi

, , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

W redakcji wisi jego portret. Mijamy go co najmniej kilka razy w ciągu dnia. Jego łagodny uśmiech i szczupła sylwetka sprawiają, że wydaje się młodszy, niż w rzeczywistości jest.

Niebawem minie pół roku od jego wyboru. Jednych zdążył już rozczarować, innych miło zaskoczyć, ale przede wszystkim jasno pokazał, że ma własne zdanie i nie jest podatny na wpływy innych i na manipulację. Leon XIV.

Dla mnie jest po prostu moim papieżem, bo jestem katoliczką i każdy z trzech, których świadomie pamiętam, papieży jest mi bliski. Przede wszystkim z tego powodu, że jest w jakiś sposób moim duchowym ojcem. („Ojcze święty” – w ten sposób zwyczajowo zwracamy się do papieży, tak o nich mówimy i piszemy, dlatego że rzeczywiście są ojcami dla wierzących).

W miniony weekend przeżywaliśmy wraz ze wspólnotą rekolekcje. Nasz rekolekcjonista, zakonnik, przypomniał nam o tym, co jest naszym charyzmatem, szczególnym obdarowaniem, i wezwał, byśmy się na tym właśnie skupili, a pozostałe rzeczy zostawili innym wspólnotom, ruchom i stowarzyszeniom w Kościele.

Mówił o ewangelizacji z mocą, która jest sercem tego, czym się w naszej wspólnocie zajmujemy. Rekolekcje były prowadzone w formie warsztatowej, co stanowiło nawiązanie do formy kursów, które prowadzimy na co dzień.

W trakcie jednej z konferencji padło pytanie o to, czy do kogoś, kto nie jest naszym biologicznym ojcem, mówimy „ojcze”. Spontanicznie się odezwałam. Powiedziałam, że jest taka osoba, która dla mnie i męża wiele znaczy i ma duży wkład w to, jak funkcjonujemy na co dzień, jak wygląda nasza posługa. Podałam imię i nazwisko tego zakonnika, który opiekuje się wspólnotami – takimi jak nasza, ale na szczeblu krajowym, a nie tylko lokalnym.

To był odruch, nie zastanawiałam się wielce nad odpowiedzią. Przed oczami stanęły mi natychmiast sceny z naszego życia rodzinnego: gdy do nas przyjechał i razem się modliliśmy; gdy rozmawialiśmy z nim na bardzo trudne dla nas tematy u niego; scena zmiany opatrunku na ranie (jak najbardziej fizycznej, dosłownej ranie); wspólny posiłek; serdeczny śmiech; jego modlitwa, gdy byłam w zagrożonej ciąży, o życie dla maleństwa i pokój serca dla mnie. I mnóstwo, mnóstwo innych obrazów przebiegło mi wtedy przed oczami. Tak, mam taką osobę, do której mówię „ojcze”.

Ale, w nieco innym rozumieniu, ojcostwo duchowe i duchowa więź jest dla mnie oczywista również w przypadku papieża. Nie, nie musi być Polakiem. I nie musi być we wszystkim „po mojej myśli” lub po myśli tych, z którymi na co dzień rozmawiam, stykam się, których wypowiedzi słucham lub czytam. Nie to jest w tym ojcostwie najważniejsze.

Skoro jest papieżem, ma moje zaufanie, co więcej: ma moje posłuszeństwo (chociaż to słowo w niektórych kręgach jest bardzo niemodne, mam takie wrażenie).

Nie zapomnę rozmowy z pewnym księdzem, który lekceważąco (mówiąc delikatnie) wypowiadał się o poprzednim papieżu (jeszcze za jego pontyfikatu). Stwierdziłam wtedy, że nie będę wchodzić w dyskusję. Poprosiłam tylko, by w mojej obecności nie mówił w ten sposób o papieżu, ponieważ jestem katoliczką. Chyba mój rozmówca nie spodziewał się tego argumentu, bo momentalnie zamilkł.

Nie chodzi o to, że nie wolno się nie zgadzać z czymś, co papież mówi czy robi. Dobrze wiemy, że czasem lepiej by było, żeby ten czy inny z papieży coś lepiej zrobił (lub właśnie odwrotnie: czegoś nie zrobił) oraz by coś lepiej powiedział (lub odwrotnie: nie powiedział czegoś) i pewnie możemy sypać z rękawa przykładami. Nie o to chodzi.

Chodzi o szacunek i synowską (nam kłopot ze znalezieniem żeńskiego odpowiednika, bo jednak jestem duchową córką, a nie synem, ale przyjmijmy, że chodzi o nazwę zbiorową, która mieści w sobie zarówno przedstawicieli synów, jak i córki Kościoła) uległość, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.

Kilka lat temu gościliśmy u siebie w domu małżeństwo, które rozgorączkowane opowiadało nam, że nie wie, czy księża w ich parafii nie popełniają wielkiego błędu, rozdzielając Komunię Świętą co pół godziny podczas spowiedzi pierwszopiątkowej (by wierni mogli przyjąć ją zaraz po otrzymaniu rozgrzeszenia). To małżeństwo było wtedy pod silnym wpływem osób związanych ze środowiskiem kontestujących wszystko, co wiąże się z postanowieniami Soboru Watykańskiego II.

Ich rozgorączkowanie zdziwiło mnie. Zapytałam, dlaczego nie porozmawiają o tym ze swoim proboszczem lub innym kapłanem, którego darzą zaufaniem. I po pierwsze, w jaki sposób wymieniony wyżej problem (jeśli rzeczywiście jest problemem) wpływa na ich wiarę.

Nie potrafili odpowiedzieć na te pytania. Mówili coś jeszcze o papieżu Franciszku i o tym, że nie wiadomo, czy jest papieżem. Zrobiło mi się ich bardzo żal. Spojrzałam na nich jak na osoby, które nie mają ojca i matki, w duchowym sensie oczywiście. „Oni są sierotami”, pomyślałam. Sami dla siebie chcą decydować, czy papież to papież i czy księża wiedzą, co robią, rozdając Komunię. A gdy pytam o wiarę rozumianą jako relację z Bogiem, opuszczają głowy, spuszczają wzrok – jak na komendę, oboje, choć pewnie się nie umawiali – a pokój wypełnia ciężka cisza.

Mieć ojca, a nie mieć go – to jest wielka różnica.

Przez wiarę Leon XIV jest moim duchowym ojcem. Kolejnym papieżem, który nie tylko prowadzi Kościół, ale również prowadzi mnie, ma wpływ na moje życie.

I bardzo się z tego cieszę.

O znakach

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Fot. Jonasz Kamiński

Zawoziłam E. na zajęcia malarskie. Nagle moja zwykła środowa trasa zaczęła się komplikować, bo droga okazała się nieprzejezdna – skierowano nas gdzie indziej, wyznaczono objazd. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że znak, który nas informował o zmianie trasy, był dość dziwny, ujmując to delikatnie.

Gdy pokazałam jego zdjęcie koleżance z redakcji, musiała się dłużej przyjrzeć, a w pierwszej chwili zapytała mnie, co tam jest napisane. „Poradzili sobie” – skwitowałyśmy ekwilibrystkę „remontowców”, jak określamy u nas w pracy wszelkich ekspertach od napraw. Mamy z nimi częsty kontakt, bo budynek, w którym mieści nasz dział, jest nieustannie remontowany, od piwnicy aż po dach.

Znak stojący na drodze w naszej miejscowości skłonił mnie do refleksji nad innego typu znakami. Również w pewnym sensie drogowymi, bo kierującymi nas po duchowych ścieżkach.

Przyznam, że nie zawsze potrafię je prawidłowo odczytywać i wciąż się tego muszę uczyć. Jedne są tak oczywiste, że nie trzeba się nad nimi wiele zastanawiać, inne łatwo przegapić lub zignorować.

Pierwsza zasada to wiedzieć, że w ogóle istnieją. Druga – dostrzegać je w swoim życiu i życiu innych. A trzecia – kluczowa – to iść za tymi znakami.

Oprócz podstawowych, bezdyskusyjnie najważniejszych, czyli przykazań, są też inne, subtelne, ale także ważne. Są nimi wydarzenia naszego życia, osoby, które spotykamy, przyroda, która nas otacza, natchnienia i poruszenia ku dobremu, które Duch Święty wkłada w nasze serca. Jest Boże Słowo, jest liturgia, są znaki czasu.

Jesteśmy naprawdę dobrze poinformowani. Umiemy czytać te znaki. To nie znaczy jednak, że zawsze wiemy, dokąd mamy iść i która droga jest dla nas najlepsza jak chodzi o cel, którym jest nasze zbawienie i więź z Bogiem, miłość do drugiego człowieka, dobro innych, ale i nasze.

Do tego dochodzi czytanie znaków w codzienności, otwarcie na duchowe prowadzenie. Na kierownictwo, towarzyszenie duchowe, na braterskie upomnienie, ale i na błogosławieństwo i  dobre słowo.

To nie znaczy, że wszystko od razu jest jasne ani że widzimy od razu wszystkie etapy naszej drogi. Absolutnie nie. Ale wystarczy, że światło Bożej obecności w nas rozświetla drogę na kilka kroków. To uczy ufności, że Pan sam wystarczy, że na dziś te kilka kroków to jest wszystko, a jutro – wierzymy – znów Bóg da mam siły i swoje błogosławieństwo na kolejne kilka kroków.

W ogólnym zarysie oczywiście wiadomo, dokąd prowadzi ta drogą, więc nie mamy się czego bać. Prowadzi do Ojca. Pamiętam ulgę, jaką odczułam, gdy to do mnie dotarło.

Oczywiście możemy lękać się jakiegoś etapu drogi (jak moja córeczka , gdy była młodsza i chciała iść do łazienki, ale na korytarzu było ciemno, a ona bała się pokonać tę niewielką odległość dzielącą ją od włącznika światła). Ale nie zmienia to faktu, że drogi – jako całości i jako środka do osiągnięcia upragnionego celu, jakim jest spotkanie z Ojcem – nie trzeba się bać.

Tutaj tylko w pewnej mierze doświadczamy tego, co jest u kresu drogi. Tam „poznamy, jak zostaliśmy poznani”. Czasem ta droga nam się dłuży, czasem robimy przystanki, a innym razem jesteśmy zaskoczeni, że już właśnie zaczął się nowy etap, w którym to, do czego się przyzwyczailiśmy w poprzednim – nie działa, jest nieaktualne, a większość opcji jest „nieaktywnych” i trzeba uczyć się żyć na nowo.

A i znaki wydają się jakieś inne. Niekoniecznie tak inne, jak ten na zdjęciu, ale inne w głębszym znaczeniu: dopiero po czasie rozumiemy ich sens, a niektórych nie zrozumiemy w ogóle, będąc jeszcze „po tej stronie”.

„Iść, ciągle iść, w stronę słońca”, chciałoby się zaśpiewać. Ale czasami droga prowadzi nie do pięknych zachodów czy wschodów słońca, wcale nie jest estetycznym przeżyciem, nie obfituje w zapierające dech w piersiach widoki. (Nie one zresztą są celem. Sama droga też nim nie jest).

Czasami prowadzi przez ciemną dolinę, jak podpowiada nam Psalm 23. Ale i tam „zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”.

Co nas łączy, a co dzieli

Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Niby nie angażujemy się jakoś mocno w dyskusję o dronach, a jednak temat przewija się trochę w naszych rozmowach: w pracy, w domu, wśród znajomych. Może nie o same drony padają pytania, ale o to, co przed nami albo co „w razie W”.

Ktoś wspomina opowieści swojej babci, dawno już nieżyjącej, o tym, jak wyglądało przejście Czerwonoarmistów przez rodzinną miejscowość, ktoś inny snuje plany szybkiej ucieczki z kraju w przypadku zagrożenia wojną, a jeszcze inna osoba mówi o tym, że nie zamierza nigdzie uciekać. Zostaje. Jeszcze inna trywializuje temat, wzrusza ramionami.

Co nas łączy, a co dzieli, zadaję sobie pytanie, przysłuchując się tym wypowiedziom. W takich momentach wychodzą na światło dzienne głębsze motywacje, uwaga skupia się na wyższych wartościach niż stawianie sobie za życiowy cel tego, by mieć bardziej zieloną trawę niż sąsiad (i nie jest to tylko przenośnia w przypadku niektórych ;).

„W sercu mam pokój, gdy wokół wojna” – słowa tej pieśni wyrażają to, co czuję. Rzeczywiście, wojna jest „zaraz za progiem”, ale w moim sercu jest pokój. Nie tylko dlatego, że na wypadek zagrożenia pierwsze świeckie przykazanie brzmi: „Nie wpadać w panikę. (Nie siać paniki)”. Również dlatego, że pierwszym, co mi podpowiada wiara, jest zaufanie. Zaufanie Bogu. Ufność, że niezależnie od tego, co się wydarzy (lub: nie wydarzy), On będzie z nami, aż do śmierci, a nawet dalej.

Moja nadzieja (w Roku Jubileuszowym, ale nie tylko w tym jednym roku) nie zakłada wcale, że wszystko będzie dobrze. (Nie jestem wyznawczynią „Ewangelii sukcesu”, co więcej, choć nie jestem teologiem, uważam – na swój prywatny użytek – że jest ona współczesną formą herezji, deformacją Ewangelii).

Moja nadzieja zakłada, że może być (i zapewne będzie) w wielu momentach źle (dobrze, że nie musimy znać wszystkich etapów drogi, zanim w nią wyruszymy…).

Moja nadzieja w roku „Pielgrzymów nadziei” (i nie tylko w nim) zakłada, że nie muszę wszystkiego wiedzieć, wystarczy bym ufała.

Moja nadzieja mówi mi, że Bóg jest wierny i nie opuści człowieka. Nawet jeśli człowiek będzie szedł przez ogień lub wodę, jak wspomina Księga Izajasza, bo i takie etapy drogi bywają.

Wystarczy, z Bożą pomocą, nie stracić nadziei. Zaufać Mu.

Byleby zachować duszę, bo ciało mogą nam (w znaczeniu, że jest to możliwe, a nie w znaczeniu przyzwolenia na zło) zranić, zhańbić, zabić. Ale duszy nam nie odbiorą. Choćby nasza dusza była „po przejściach”, wystarczy, by zachowała nadzieję. Choćby była osamotniona, nigdy nie będzie sama.

Moja nadzieja mówi mi, że nie jest wytworem moich wysiłków: dostałam ją jako dziecko, niedługo po urodzeniu, w czasie chrztu. Nie muszę jej więc w sobie „produkować”, już ją mam. (Od wielu już lat – ale nie podam tu dokładnej ich liczby, bo nie o tym jest ten wpis ;) – a jednak jest ona stale „młoda”, wciąż świeża i życiodajna).

Moja nadzieja potrzebuje pielęgnowania i praktykowania. Nie „stwarzania”, bo Bóg już ją we mnie stworzył. W Tobie również. Nosisz ją w sobie. I to nas łączy.

Wolę skupić się więc na tym, co jest nam wspólne, a nie na tym, co dzieli ;).

 

Inaczej

Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Nikodem Kamiński

Czekałam na wyniki badań. Podzieliłam się tą informacją z kilkoma osobami. Reakcje były różne (pewnie „co osoba, to inaczej” trzeba byłoby napisać). Każda z nich jednak obiecała modlitwę, a to dla mnie bardzo wiele.

W trakcie tego oczekiwania wydarzyło się kilka rzeczy, których bym sobie nie wymyśliła – zawsze Boże działanie mnie zaskakuje, chociaż już powinnam była się przyzwyczaić do tego, że nigdy nie przewidzę, z której strony przyjdzie Boża pomoc.

Wyjechałam w miniony weekend nad morze z najbliższą rodziną i starałam się nie myśleć o tym wszystkim, co mnie zajmowało przez te prawie dwa tygodnie. To był dobry trop: ciepło słońca, szum fal, piękne widoki, odgłosy mew i długie spacery brzegiem morza – to wszystko sprawiło, że psychicznie odpoczęłam.

Wyniki okazały się pomyślne, dzięki Bogu. Doświadczyłam też dużo troski i ludzkiej życzliwości, za którą jestem bardzo wdzięczna. Cały czas towarzyszył mi (i towarzyszy nadal) wewnętrzny pokój, co było (i jest) dla mnie wielkim darem.

Odbyłam kilka rozmów. Jedną z nich wspominam z ogromną wdzięcznością, bo nadała kierunek temu etapowi drogi, który właśnie przemierzam.

Nie wiem, czy mój rozmówca był świadomy tego, jak mocno mi ona pomogła. W każdym razie nie wyglądał w ogóle na zaskoczonego, kiedy go zagadnęłam. Więcej – wyglądał, jakby właśnie na mnie czekał.

Nasze drogi przecięły się obok samochodu, do którego zamierzałam wsiąść. On szedł żwawym krokiem w kierunku bloków.

Wiedziałam, że po informacji, jaką poprzedniego dnia usłyszałam, potrzebuję z kimś porozmawiać. Mąż był wtedy za granicą. Mój spowiednik na urlopie. Przyjaciołom powiedziałam dopiero później, gdy trochę ochłonęłam, a rodzicom nie zamierzałam mówić w ogóle (podobnie jak i piątce dzieci), zanim informacja nie zostanie potwierdzona medycznie przez kolejne badania. To było na razie podejrzenie, ale brzmiało poważnie i dlatego, jadąc na poranną Mszę św., pomyślałam, że poruszenie, by poprosić o rozmowę, jest jak najbardziej dobre i chcę za nim pójść.

Zatrzymał się i spojrzał na mnie uważnie. Na pewno mnie nie poznał. Dwadzieścia lat to jednak dużo, poza tym nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy. Pierwsze, co mnie bardzo poruszyło, to był fakt, że okazał mi współczucie i zrozumienie. Wysłuchał mnie i przekazał ważną dla mnie wiadomość.

Nawiązał (nie wiedząc o tym) do treści, które we mnie pracowały od kilku już tygodni. To było tak, jakby chwycił porzucone wątki i tkał Boży obraz dalej.

Nie mówił dużo. Zaczął od tego, co jest sercem kerygmatu. A skończył na życiu nadzieją w Bogu, pomimo wszystko.

Wplótł w naszą rozmowę humor i anegdotę, gdy już otarłam łzy, a jego mocny uściski na koniec dodał mi sił.

Odszedł, gdy już się pożegnaliśmy, lekko pochylony, osiedlową alejką, a ja odjechałam obwodnicą do naszej wsi.

Mam przed oczami jego pooraną zmarszczkami twarz, białe włosy i pełen spokoju, delikatny uśmiech. Drobny, niższy ode mnie, w lekko podniszczonej sutannie.

Bóg nie przestaje posługiwać się pokornymi sługami swojej łaski. Nawet na parkingu. Za każdym razem, gdy zajdzie potrzeba, by przekazać potrzebującemu Bożą wiadomość, Duch Święty znajduje sposób, by ona dotarła na czas. Ciągle inaczej :)

Cieszę się, że istnieją nadal wierzący, rozmodleni księża, którzy słuchają natchnień Ducha Świętego. Często nie są medialni, nie mają zasięgów. Ale mają moc – Bożą moc. I to ona mnie tamtego trudnego dla mnie poranka, półtora tygodnia temu, podniosła na duchu. Wlała nadzieję, napełniła pokojem.

Bogu chwała.

Mówienie innymi językami

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Jak ważne jest, by mieć pewność, że osoba, z którą rozmawiamy, rozumie to samo pod tymi samymi słowami, przekonałam się, będąc krótko po studiach u spowiedzi. Oczywiście nie zdradzę jej tajemnicy, ale podam jako ilustrację zabawną wymianę zdań, która miała miejsce jeszcze przed wyznaniem win, zaraz po znaku krzyża.

Jeszcze krótkie wprowadzenie: już od małego korzystam ze stałego spowiednictwa, gdy tylko jest to możliwe. Miedzy innymi dlatego, że zmieniałam miejsca zamieszkania (różne diecezje), stałych spowiedników było kilku, oczywiście nie naraz.

I też zdarzały się momenty, gdy stały spowiednik nie był akurat dostępny i korzystałam z posługi sakramentalnej innego kapłana, czasem takiego, którego widziałam pierwszy raz (lub nawet nie widziałam, biorąc pod uwagę umiejscowienie konfesjonałów w niektórych kościołach i zaciemnienie w nich ;).

Tego razu byłam akurat w takim mocno zaciemnionym miejscu z konfesjonałami, wydzielonym z bryły świątyni. Jak już wspomniałam wyżej, byłam świeżo po studiach, rozpoczęłam właśnie pracę.

Zanim zaczęła się ta właściwa cześć spowiedzi powinnam się przedstawić (oczywiście nie z imienia i nazwiska, chociaż to nie były jeszcze czasy RODO ;), ale przyzwyczajona do stałego spowiednictwa – zapomniałam, by na wstępie powiedzieć kilka słów o sobie. Nie pomyślałam o tym, cała skupiona na tym, co za chwilę się dokona.

Po znaku krzyża usłyszałam słaby głos starszego zakonnika (nie zdradzę, z jakiego był zgromadzenia): „Chowasz dzieci?”

Zupełnie go nie zrozumiałam i w popłochu odpowiedziałam: „Nie, nigdzie ich nie zamykam, ja je tylko uczę polskiego”.

Trochę byłam zestresowana, bo sekundę później po tym, co powiedziałam, skojarzyłam, że słowo „chować” miało kiedyś (ale było to naprawdę dawno, dawno temu) również inne znaczenie niż to, jakie używamy do dziś.

Nie zdążyłam ochłonąć, gdy usłyszałam znów ten słaby, zatroskany głos: „A kochasz się w kimś?”

„Nie, ojcze, żyję w czystości, z nikim się jeszcze nie kochałam” – odpowiedziałam natychmiast, by po chwili uświadomić sobie, że chyba nie o to pytał zakonnik.

Jeszcze gorzej wyszło, zaraz po moim nieproszonym wyznaniu, gdy usłyszałam trzecie pytanie: „A co robisz?”

„Rozeznaję moje powołanie, rozeznaję wolę Bożą co do mojego dalszego życia” – brzmiała moja odpowiedź, która wyczerpała już pokłady cierpliwości starszego zakonnika, o twarzy niewidocznej dla mnie w tych ciemnościach.

„Nie potrzeba rozeznawać takich oczywistych rzeczy, po to są przykazania” – prawie krzyknął.

Dla uspokojenia dodam, że na szczęście wymiar sakramentalny został zachowany, Pan Jezus był ten sam i że dalej już nie było takich słownych nieporozumień, a wszystko zakończyło się rozgrzeszeniem, ale przyznaję, że z radością wróciłam do stałego spowiednictwa, a kiedy zdarza mi się sporadycznie spowiadać gdzie indziej, nie zapominam się przedstawić.

Nie tylko podczas spowiedzi może się nam przydarzyć, że mówimy o czym innym, choć używamy tych samych słów.

Kiedy mieszkałam w akademiku i z koleżankami z różnych stron Polski, obmyślałyśmy, jak uczcić Wielkanoc w naszych skromnych warunkach, do łez doprowadziła mnie rozmowa o wysiewaniu rzeżuchy. Oczywiście popłakałam się ze śmiechu, a nie ze smutku.

– To może wysiejemy na gazie.
– Na gazie?! O matko, to chyba niebezpieczne, lepiej nie!
– A u was jak się wysiewa, jeśli nie na gazie?
– Na parapecie.
– Co? Na parapecie? I rośnie w ogóle wam na tym parapecie?
– Jeszcze jak!

Chodziło oczywiście o gazę, a nie o gaz i o ligninę rozkładaną w talerzach na parapecie. Takie małe nieporozumienie językowe ;)

Kiedyś kilka osób z naszej wspólnoty pojechało na południe Polski na rekolekcje (w naszym slangu: na kurs). I tam, krótko po obiedzie, ogłoszono, że o piętnastej wszyscy mają się spotkać na polu.

Ponieważ nasza wspólnota z powodów geograficzno-historycznych hołduje zasadzie „Ordnung muss sein” (lub, nieco zmodyfikowanej gwarowo: Ordnung jest ordnung, ale porzuuundek musi być), dlatego nasi delegaci stawili się w zwartym szyku o godzinie piętnastej na pobliskim polu uprawnym. I stali tak nasi bracia i siostry około dziesięciu minut, wyrzekając na niepunktualność innych.

W tym czasie, na zewnątrz budynku, stali pozostali uczestnicy, niepokojąc się, gdzie zaginęła spora grupa z innej części Polski, nie dając znać, że opuszcza teren ośrodka rekolekcyjnego.

Gdy znaleźli naszych, było jeszcze gorzej. Usłyszeli kilka słów o tym, że „na zewnątrz” to znaczy „na dworze”, a nie „na polu”.

„Na jakim dworze? Tu nie ma żadnego dworu”- usłyszeli „nasi”. Tak to bywa.

Razem z mężem, krótko po ślubie byliśmy w jeszcze innej części naszego pięknego kraju i tam zaproszono nas na grill. Usłyszeliśmy pytanie, czy ktoś chce karczek. Trochę się stropiliśmy i na wszelki wypadek się nie zgłosiliśmy. Okazało się, że to był  błąd, bo „karczek” to po naszemu „karkówka” (ulubiona mojego męża, tak na marginesie).

Po co te wszystkie historie? Przypominam je sobie, nie tylko, by się uśmiechnąć do wspomnień, ale przede wszystkim, by sobie przypomnieć, że bywają sytuacje, kiedy mówimy innymi językami i rozumiemy co innego, zupełnie sobie z tego nie zdając sprawy.

Nie zawsze są to humorystyczne sytuacje, dlatego tak bardzo potrzebujemy Ducha Świętego, by zamiast wieży Babel uczynił z nas jedno: w naszych rodzinach, małżeństwach, wspólnotach, w Kościele.

Przejdź do paska narzędzi