W Jego imię

Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Już tylko kilka dni dzieli nas od Wielkiego Postu. Odwilż z mrozem mocują się – raz jedno wygrywa, raz drugie. Dzisiaj rano królowała u nas mgła.

To jeszcze nie jest przedwiośnie (chyba już na dobre odeszła w zapomnienie ta pora), ale wiele osób, z którymi rozmawiam, bardzo wyczekuje już zmiany w pogodzie.

To przywodzi mi na myśl oczekiwanie na inną zmianę: wewnętrzną.
Krok po kroku, dzień po dniu towarzyszy mi pamięć o tym, że Bóg cały czas działa. „Nie zdrzemnie się ani nie zaśnie Ten, co czuwa nad Izraelem” (Ps 121, 4).

Odważam się wierzyć, że już teraz przygotowuje rzeczy, o których nawet nie przypuszczam, że mogą się wydarzyć.

Budzi wiarę, zachęca do zrobienia kolejnego kroku mimo mojej słabości i kruchości.

Niech tak się stanie. W Jego imię.

Sześć – siedem

Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Jadę do pracy. Jest ciemno, mroźno, droga zasypana śniegiem. Sygnał dźwiękowy i pojawiąjące się co chwilę na wyświetlaczu komunikaty („Jedź środkiem pasa”, „Przejmij prowadzenie”) nie działają na mnie zachęcająco, ujmę to tak delikatnie. Sznur samochodów porusza się w ślimaczym tempie, nie wiadomo, gdzie jest jaki pas, a co dopiero jego środek, nie mówiąc o przejęciu kierowania. Tkwiąc w tej ośnieżonej kolumnie pojazdów, pozostaje mi tylko niczego nie zmieniać, akceptując tę mroźną jednostajność.

Podobnie jest czasem w naszym życiu. Przychodzi moment, w którym najlepsze, co możemy zrobić, to trzymać się podjętych wcześniej decyzji i nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Święty Ignacy nazywa ten etap czasem strapienia. Nie ma sensu wtedy podważać wcześniej podjętych decyzji dotyczących fundamentalnych spraw w naszym życiu.

„Zamieć, zamieć! Jest sześć-siedem!” – jak wołał w jednym z filmików udostępnionych w sieci ksiądz chodzący po kolędzie. Niewiele widział: wymachując rękami, próbował przedrzeć się przez padający śnieg, idąc do kolejnej klatki w bloku.

Takie „sześć-siedem” dopada każdego z nas. I nie mam na myśli złych warunków pogodowych utrudniających nam (lub czasem nawet uniemożliwiających) wykonywanie obowiązków stanu czy zadań w pracy. Jest wtedy średnio, zniechęcająco lub tragicznie źle. Różnie bywa. Ale po burzy wychodzi słońce, po zamieci i mrozie przychodzi odwilż, a w końcu nawet wiosna.

I w każdym z tych momentów Bóg działa. „Z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra” (Rz 8, 28).

Dziękuję

Tagi

, , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Jadę do pracy i myślę o tym, jak wiele mam powodów do wdzięczności.

Nie chcę, by codzienne troski przysłoniły mi radość, jaką przeżywam w związku z moją rodziną, przyjaciółmi, wspólnotą, pracą.

Widzę tyle dobra wokół. Chcę się tym ucieszyć.

Kiedy byłam mała, wydawało mi się, że jeśli coś głośno (nawet tylko sama przed sobą) nazwę, to wtedy to coś zniknie.

Myślałam, że jeżeli będę się cieszyć, czekając na coś, to na pewno się rozczaruję, bo wydarzenie, na które czekam, nie nadejdzie albo przyniesie z sobą smutek i gorycz.

Już nie jestem mała, ale i teraz łapię się czasem na podobnym mechanizmie odraczania radości: dopiero po fakcie, a nie przed. I też nie jakoś wielce, bo nie wypada – tylko trochę.

Ale znalazłam na to radę: wdzięczność jest w moim przypadku lekarstwem. Zwykłe „dziękuję” – to wypowiedziane i to bezgłośne – pomaga mi smakować radość bez domieszki lęku, że zaraz wszystko pryśnie jak mydlana bańka.

Tego, co jest za mną, nikt mi już nie zabierze. Tego, co jest przede mną, nie zna nikt. Ale to, co jest teraz, mogę wziąć w dłonie i unieść do nieba, wołając z głębi duszy: „Dziękuję!”

Stulone pąki

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Za nami urodzinowy weekend: świętowałam najpierw w pracy, potem z przyjaciółmi i znajomymi, a następnie pojechaliśmy do moich rodziców, by z nimi również uczcić tę okrągłą rocznicę.
Bardzo się cieszę z tego czasu: z momentów wzruszeń, niespodzianek, z miłych zaskoczeń i pięknych życzeń. To wszystko zachowuję w mojej wdzięcznej pamięci.
I dziękuję Bogu za te wszystkie lata Jego łaski i prowadzenia, za to, że odnajdywał mnie, podnosił, zagrzewał i zachęcał. Że działał przez różnych ludzi: przez jednych przychodził z umocnieniem i miłością, obecność innych wykorzystywał, by mnie nauczyć wytrwałości i przebaczenia.
Jestem w drodze i jeszcze wiele pewnie przede mną lekcji życia, ale za wszystkie dotychczasowe jestem Mu bardzo wdzięczna. Również za trudne i bolesne wydarzenia – dzięki nim doceniam to, co jest zwykłe i normalne.
Podczas świętowania poczułam w pewnym momencie, że jest mi lekko na sercu. Codzienne troski, tak mocno obciążające mnie ostatnio, odeszły na dalszy plan, a ja sama miałam wrażenie, jakbym na moment przeniosłam się do czasów, gdy ufność i beztroski śmiech były dla mnie bardziej dostępne. Miałam wrażenie, jakby ktoś zdjął duży ciężar z moich ramion.
Jak dobrze było mi pobyć razem z życzliwymi osobami. I jak dobrze było zacząć świętowanie od dziękczynienia na Eucharystii – razem z tymi, którzy są w moim życiu ważni i wpływają też na jego kształt.
Dzień później, wieczorem, gdy młodsze dzieci już spały, z najstarszym synem próbowałam rozwiązać zagadkę, jaki to kwiat w prezencie dostałam od jednej z rodzin z naszej wspólnoty. Udało nam się chyba namierzyć jego nazwę oraz informacje o tym, jak o niego dbać, ale nadal nie wiemy, na jaki kolor zakwitnie i jak się będzie rozwijał. Czy ta odmiana to „czerwona perła”, jak podpowiada nam sztuczna inteligencja, czy może to jakaś inna piękność? Czas pokaże.
Podobnie jest z życiem – wiele jego obszarów to nadal stulone pąki kwiatów. Potrzeba cierpliwości, by nie przyspieszać niczego. Niech rozwija się w swoim tempie. Choćby ciekawość nas rozsadzała. ;)
Życzę sobie i tym, którzy te słowa czytają, byśmy pozwolili Bogu rozwijać w nas wszystkie stulone pąki – by rozkwitły na Jego chwałę. :)

Słodycz

Tagi

, , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

„A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie” (Flp 4, 7).

Wyłączyłam budzik, zapaliłam przy łóżku nocną lampkę i sięgnęłam po czytania z dnia. Starałam się nie obudzić śpiącego obok męża. I wtedy do naszej sypialni zapukała córunia. Skarżyła się na ból ucha. Odłożyłam Biblię i przytuliłam ją.

Wiedziałam już, że tego dnia zamiast do pracy wybiorę się do lekarza. Szybko w myślach zmieniłam moje plany, dostosowując je do nowej sytuacji. Ogarnął mnie lekki niepokój, nie byłam pewna, czy ze wszystkim zdążę. Potrzebowałam zatrzymać gonitwę myśli.

Kiedy córeczka zasnęła, wzięłam z powrotem do rąk Pismo Święte. Słowo Boże, które czytałam, rozlało się jak balsam w moim sercu.

„Pokój Boży przewyższa wszelki umysł, to prawda” – pomyślałam. „I strzeże mnie: mojego serca i moich myśli”.

Nic nie dorówna słodyczy Bożej obecności w nas. Ona jest niczym niezasłużoną łaską. Pośród różnych zmagań, trudności, trosk, niepewności i łez – jest Pan.

I chociaż gorycz i ból próbują czasem przeważyć szalę, a różne trudne sytuacje sprawiają, że budzą się w nas wątpliwości i lęk – słodycz Bożej miłości przewyższa wszystko.

Niech pokój Boży strzeże naszych serc i myśli.

Orszak

Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Nasza mała córcia niosła w tym roku gwiazdę na przedzie Orszaku Trzech Króli w naszej miejscowości. (Zostałam na tę chwilę osobistą opiekunką gwiazdy ;). Synowie w przebraniach towarzyszyli nam jako pastuszek i sługa królewski. Mój mąż był jak co roku królem Kacprem i niósł szkatułkę ze złotem, czyli różnymi monetami wypożyczonymi z naszego domu (budzą one niezmiennie duże zainteresowanie najmłodszych uczestników). Mróz był paskudny, śnieg spory, ale przygoda wspaniała.

Co roku idziemy w Orszaku. Zdarzało nam się, gdy dzieci były mniejsze, uczestniczyć w nim w różnych miejscowościach. Czasem razem z dziadkami naszych pociech, czasem na wyjazdach w góry, gdzie dzieci uczyły się jeździć na nartach. Zawsze było to umacniające wiarę przeżycie i okazja do złożenia świadectwa miłości do Zbawiciela.

Trochę jak idąc w procesji Bożego Ciała, chociaż w nieco inny sposób. Zazwyczaj Orszak Trzech Króli ma krótszą trasę niż procesja, nie jest też wydarzeniem liturgicznym, przypomina raczej barwny korowód. Ale on też jest formą zamanifestowania obecności chrześcijan w przestrzeni publicznej.

Ważne jest świadczenie o Jezusie. W każdej formie: wyjście na ulice miast i mniejszych miejscowości także ma moc świadectwa. To nie tylko radosny śpiew kolęd, to nie tylko barwny, udekorowany koronami z papieru tłum. To także głos, który nie przestaje wołać: „Jezus żyje! Tylko w Jego imieniu jest zbawienie!”

Ciepło domu i popękane cegły

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Ostatnie dni starego roku powitały nas w górach mrozem i cudowną bielą. Wracamy w nasze strony dopiero na spotkanie opłatkowe naszej wspólnoty i sylwester z przyjaciółmi, więc staramy się intensywnie korzystać z rześkiego, górskiego powietrza.

Mieszkamy tu na uboczu, w zacisznym miejscu, co sprzyja długim spacerom i głębokim rozmowom. Bardzo dobry, rodzinny czas.

Czytam zbiór esejów w nielicznych wolnych chwilach i bardzo cieszę się, że wzięłam ze sobą ten świąteczny prezent.

Ale jeszcze bardziej cieszę się z tego, że mam wokół siebie kochających mnie ludzi. Patrzę na męża i piątkę naszych dzieci. Uświadamiam sobie, jak bardzo jestem szczęśliwa. I jak niepotrzebnie zamartwiam się na co dzień różnymi sprawami.

W tym roku, w święto Świętej Rodziny, poruszyło mnie mocno zdanie, którego sens zrozumiałam dużo wcześniej, ale potrzebowałam usłyszeć je wyraźnie, zwłaszcza od pasterzy mojego Kościoła: „Bóg nawet z popękanych cegieł potrafi zbudować dom, w którym jest ciepło”. Piękne!

 

Książę Pokoju

Tagi

, , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

W te dni składamy sobie nawzajem życzenia: jest w nich odrobina rutyny i przyzwyczajenia, ale przede wszystkim bardzo dużo serca i życzliwości.
Moje życzenia w tym roku koncentrują się wokół pokoju – tego wewnętrznego, ale i tego, o który modlimy się już tak długo dla sąsiadów zza wschodniej granicy.

Książę Pokoju nadchodzi. Świętujemy Jego narodziny pośród nas. Błogosławimy się nawzajem Jego imieniem.

Wołamy o pokój w naszych sercach, rodzinach i krajach.

Aniołowie w tę świętą noc ogłaszają światu chwałę Boga „na wysokościach”, „a na ziemi POKÓJ”.

Niech tak się stanie, niech się stanie. Amen!

Coraz bliżej

Tagi

, , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

My się zbliżamy i On się do nas zbliża. Światłość świata. To o Nim mowa. W Adwencie jest to najbardziej chyba widoczne.

Sprzątaliśmy po remoncie, w pokoju jednego z synów było przemeblowanie, a w łazience u góry nowe zarządzenia ( w kwestii tego, kto po kim się kąpie).

Chociaż mówi się (i słusznie), że w Adwencie nie można przesadzać ze sprzątaniem, bo to Pan Jezus do nas przychodzi, a nie Sanepid, to akurat dzisiaj w pracy było odwrotnie: przyszedł do nas Sanepid z rutynową kontrolą.

To wszystko sprawiło, że moje myśli pobiegły kilka kroków dalej: ku adwentowemu nawróceniu.

Pójście w kierunku Światła, to nie to samo, co oczekiwanie na kontrolę (jakości, czystości, moralności, pobożności i czego tam jeszcze), bo Światłość świata ma to do siebie, że przyciąga nas do siebie i jednocześnie zmierza w naszym kierunku. Wydaje nam się, że przychodzimy do Niego, ale to przecież On przychodzi do nas. Cały czas. Nie przestaje. I nie z kontrolą, ale ze swoją łaską.

Zaaferowani tym lub innym remontem, wyrzeczeniem, praktyką religijną, zadaniem do wykonania zdążymy już zapomnieć, po co to wszystko (albo już się zmęczyć i chcieć po prostu tylko odpocząć), podczas gdy On niestrudzenie przedziera się przez nasze ciemności i je rozjaśnia.

Emmanuel. Bóg z nami.

Roraty

Tagi

, , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Czuję się tu bezpiecznie. Mam jeden krok do pracy (moja znajoma śmieje się, że chodzę na roraty „w pracy”, ale rzeczywiście, niewiele się myli, są prawie w mojej pracy ;).

Kazania głosi w tych dniach ojciec Mateusz, karmelita. Inny głos, można powiedzieć, inne spojrzenie, ale bardzo potrzebne w naszym Kościele.

Jak zwykle zerkam dyskretnie na zegarek, by nie spóźnić się do pracy. Biegnę po schodach i cicho wślizguję się do mojego pokoju. Lubię to miejsce. Zza ściany docierają do mnie słabo słyszalne odgłosy obecności innych pracowników redakcji. Jesteśmy tu razem, ale nie przeszkadzamy sobie nawzajem. Każdy ma swoją przestrzeń i to jest cudowne.

Za chwilę dotrze moja rówieśniczka. Zaśmiejemy się znów głośno z opowiadanej anegdoty lub historii z życia wziętej (zazwyczaj wziętej z życia naszych pociech, które nie ustają w dostarczaniu nam powodów do radości, ale i zmartwień, jak to bywa w przypadku nastolatków – normalna sprawa).

Ciemności za oknem powoli ustępują. To znak, że zaraz dołączy do nas A. Troskliwa i pełna ciepła starsza pani. To do niej idę z zawodowymi pytaniami, to z nią dyskutuję, z nią wymieniam się czytelniczymi inspiracjami.

Dzień się zaczyna: z ciemności roratniej, przetykanej punkcikami świec, przechodzi w jasność poranka. Treści poruszane w roratnim kazaniu „pracują” we mnie i rozświetlają mój dzień. Adwent dzieje się we mnie. Dzięki Bogu.

Przejdź do paska narzędzi