Tagi

, ,

Fot. Danuta Kamińska

„Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we WSZYSTKIM dla ich dobra.” (Rz 8, 28, podkreślenie moje)

Czy wspominałam już o aniołach? Tych bezcielesnych i tych w ludzkiej skórze? Jak Azariasz – Archanioł Rafał w Księdze Tobiasza, towarzyszący młodemu Tobiaszowi nie tylko w podróży, ale także w niełatwej drodze stawania się dojrzałym, odpowiedzialnym mężczyzną, jak aniołowie „przydzieleni” nam do opieki i jak uczynny sąsiad czy oddany współmałżonek?

Tak, jest wokół nas wielu życzliwych, dobrych ludzi, których Bóg posyła nam z pomocą, gdy tego najbardziej potrzebujemy(i jak powiedział pewien kapłan: „Bóg przychodzi z pomocą piętnaście minut za późno, a i tak zdąża na czas” ; ), ale jest też wokół nas wiele dobrych, anielskich duchów, które nie odstępują nas na krok:

„Swoim aniołom dał rozkaz o tobie,
aby cię strzegli na wszystkich twych drogach.” (Ps 91, 11)

Chcę jednak pójść dziś o krok dalej i opowiedzieć o osobach, przez które Bóg działa dla naszego dobra, choć my nie podejrzewalibyśmy je o to, że są boskimi narzędziami ani że w ogóle Bóg może na nie spojrzeć przychylnym okiem…

Biblijnym tego przykładem jest król Cyrus, perski władca, i jego brzemienny w skutkach dekret (Ezd 1, 1-11), na mocy którego Reszta z Narodu Wybranego mogła powrócić z niewoli babilońskiej i zacząć odbudowywać zniszczoną świątynię jerozolimską.

Innym przykładem, już nie biblijnym, są wydarzenia z mojego (a zapewne i również Twojego życia), w których ważną rolę odegrały osoby spoza Kościoła lub będące na jego obrzeżach.

Jedna z nich użyła metafory motyla wykluwającego się z kokonu, by przekonać mnie do cierpliwego oczekiwania zmian i nieprzyspieszania niczego. Druga podzieliła się ze mną obrazem, jaki jej towarzyszył, gdy o mnie myślała. Bardzo podniosły mnie przez to na duchu – miałam wtedy mnóstwo wątpliwości w kwestiach zawodowych.

Największy natomiast wpływ na mój duchowy rozwój, gdy byłam nastolatką, miała starsza o dwa lata koleżanka z liceum, protestantka z dziada pradziada. Podczas dojazdów do szkoły opowiadała mi o swojej osobistej więzi z Jezusem i wyjaśniała, na czym polega powierzenie Mu swojego życia. To ona pokazała mi żywą relację z Bogiem, ale nigdy nie nakłaniała do zmiany wyznania – wręcz przeciwnie: zachęcała, bym znalazła swoje miejsce w Kościele, w którym zostałam ochrzczona.

I jeszcze jeden przykład: Kobieta rozmawiająca z Jezusem przy studni (mająca sporo mężów i nie-mężow) była zapewne w oczach mieszkańców tego samarytańskiego miasteczka najmniej odpowiednią osobą do przekazania Dobrej Nowiny, a jednak to dzięki jej świadectwu przyszli, by spotkać Go osobiście i stwierdzić uroczyście: „na własne uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata” (J 4, 42).

Bóg działa jak chce i przez kogo chce. Czy nam się to podoba, czy nie.

Również poprzez niewierzących, wątpiących czy wrogo nastawionych. Nie wolno nam traktować ich z wyższością. Skoro kamienie mają wołać, gdy my przestajemy ogłaszać Jego wielkość (por. Łk 19, 40), to czemu nie ci, którzy są Jego pogubionymi dziećmi?

Ostatnio mam dużo styczności z ludźmi, którzy przez „prawowitych” są traktowani niemalże jak „nieczyści”. Ktoś nawet zdziwił się, jak mogę tam studiować (na uniwersytecie, dodam), skoro tyle jest tam ludzi myślących inaczej niż „my”. I dlaczego w ogóle z „nimi” rozmawiam. Hm… jakoś nie ciągnie mnie do budowania bunkrów.

Bóg, którego znam, mówi: „Idźcie i głoście”, a nie: „Chowajcie się przed nimi”. Ewangelia mnie w tym utwierdza. I papież Franciszek. Nie wiem, czy to są już obrzeża, ale tam właśnie nas posyła (por. Łk 14, 23) – nie do budowania obrazu oblężonej twierdzy…