Tagi

, ,

Fot: Aneta Kot

Długie, niespieszne spacery z dala od zabudowań, nowe ścieżki edukacyjne odkryte dzięki podpowiedzi przyjaciół i ciepłe, prawie wiosenne słońce. Zapach ziemi, budząca się do życia zieleń. Delikatny powiew wiatru i odgłosy bawiących się w pobliżu naszych pociech. Korzystamy z zaleceń o dotlenianiu się poza dużymi (i małymi) skupiskami ludzkimi. Mijają nas z rzadka jakieś nieznane nam osoby, wymieniają z nami uśmiechy, dobre słowa.

Podczas jednej z wypraw spotykamy pana na traktorze. Zadaje zagadki naszym dzieciom, a potem macha nam na pożegnanie i odjeżdża swoim głośnym, prawie sześćdziesięcioletnim, pojazdem.

Spokój, jaki płynie z tych długich wędrówek, pomaga mi zachować równowagę podczas dni społecznej kwarantanny, gdy organizuję dla trójki dzieci nauczanie domowe (jak to z przymrużeniem oka nazywam) oraz dla dwójki młodszych domowe przedszkole, próbując jednocześnie pracować na komputerze.

Chłonę piękno przyrody i harmonię budzącej się wiosny. Unoszę głowę i patrzę w niebo. Smakuję spokój, jaki rozlewa się wewnątrz mnie. Uśmiecham się, myśląc o tym, że nic mnie nie odłączy od miłości Boga. I w życiu, i w śmierci należę do Niego (por. Rz 14, 7- 12).

Nie wybiegam myślami do przodu – wybiegam poza horyzont: wiem, że moje życie to coś więcej niż kilkadziesiąt lat (w zdrowiu lub chorobie). Jak najdłuższe życie tutaj nie jest moim celem – mam ambitniejszy plan: życie na zawsze! I mocno ufam Temu, który mi je obiecał (por. J11, 25-26).

Obejmuję modlitwą wszystkich zarażonych i tych, którzy ulegli panice. Myślę ciepło o bliskich, zwłaszcza tych znajdujących się w grupie ryzyka. Panika niczego nie naprawi, spokój natomiast może pomóc w zachowaniu zdrowego rozsądku.

Dostrzegam pączki na drzewach i żółte, maleńkie kwiaty wśród traw. Obłędny, jasnozielony kolor pól sprawia, że muszę na chwilę przystanąć. Jest tak pięknie!

Idę dalej i dostrzegam strumień i drewniany mostek. Przypominam sobie czasy, gdy byłam mała i chodziłam z moimi rodzicami na długie spacery za miasto. Była tam nad rzeczką metalowa kładka, którą z bratem nazywaliśmy „cymbałkiem”, być może dlatego, że wydawała ciekawe dźwięki, gdy po niej skakaliśmy : )

Choć trudno mi pogodzić się ze zmianami, jakich wymaga sytuacja, w jakiej wszyscy się znaleźliśmy, a nasz ścienny kalendarz nagle ma na sobie mnóstwo śladów po białym, taśmowym korektorze, to jednak nie tracę nadziei, nie tracę wewnętrznej radości i obdzielam nią innych. Korona mi z głowy nie spada, a może dzięki temu „koronę-wirus”, jak o pandemii mówi nasza córeczka, łatwiej będzie mnie i innym znieść.

Pogoda ducha połączona z rozwagą jeszcze nikomu nie zaszkodziła : ) Niezależnie więc od tego, jaki będzie rozwój wypadków, dziękuję za ten czas z bliskimi – pełen pokoju i nadziei.