Tagi

, , ,

Fot: Danuta Kamińska

Upalne, letnie popołudnie. W drodze powrotnej z gór zahaczamy o urocze miasteczko. Trafiamy akurat na targ staroci i moment, gdy sprzedający zwijają już swoje stragany. Obok nas, na resztce podmurówki, stoi jakaś kobieta i głośno krzyczy, nie zważając na nic. Dopiero po chwili orientuję się, że rozmawia z osadzonym za kolczastym drutem partnerem. Areszt? Wiezienie? Nie wiem. Nie zdążam się rozejrzeć za tabliczką, bo liczę już naszą wesołą gromadkę. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć. Są i nawet trzymają się nas blisko, mimo wielkiego podekscytowania. Uff… : )

Jestem już daleko od tego drutu i krzyków. A jednak mimo to przypominają mi się szybko, jedna po drugiej, sceny z rodzinnego miasta, gdzie mijałam jako dziecko grupki „migających” kobiet. Najpierw myślałam, że nie potrafią mówić i dlatego posługują się językiem migowym. Potem rodzice wyjaśnili mi, w czym rzecz, wskazując na zakratowane okna, pod którymi wytrwale stawały one w pogodę i niepogodę.

Mijamy kolejne uliczki i rozłożone (lub właśnie pakowane z powrotem do samochodu) starodawne skarby. Maluchy ciągną mnie do armii zabytkowych, ołowianych żołnierzyków. Nieco dalej mąż wypatruje coś, o czym już wcześniej rozmawialiśmy. Maseczki grzeją nas w twarze, ale jak trzeba to trzeba, trzymamy się wytycznych, reszta zresztą też, choć pan z sygnetem na palcu maseczkę zsuwa na brodę.

Tak, o tym myśleliśmy. Może nie tak stara i delikatna, ale kropielnica. Zainspirowała nas ta z rodzinnego domu męża, metalowa. I to, że w kościele już od pół roku nie używa się żadnej. Może więc w domu spróbujemy. Pan z sygnetem wyraźnie się ożywia. Mąż próbuje stargować cenę, w końcu się udaje. Pan obraca porcelanową kropielnicę i pokazuje ręcznie wypisany napis w języku niemieckim. Przechodzi mnie dreszcz. „To ze zlikwidowanego kościoła”, myślę sobie, ale szybko odganiam tę myśl. „Może to jakaś pamiątka rodzinna, dlatego tak zależy temu starszemu człowiekowi na cenie…”, próbuję sobie tłumaczyć. Na odchodne mąż zapewnia: „Może być pan spokojny, u nas będzie używana zgodnie z przeznaczeniem”. Pan porusza niespokojnie dłonią z sygnetem: „To prezent od syna, wiedział, że kolekcjonuję, mam ich w domu na ścianie ponad czterdzieści”. Jestem zmieszana i rozczarowana, ale trzymam ją już w dłoni.

A teraz dotykam delikatnie, gdy wisi u nas w przedsionku.

Gdy mąż po powrocie z wakacji ją tam umieszcza, czteroletnia córeczka pyta mnie, podskakując: „Będziemy mieli kościół? Tata robi u nas kościół?”. Gdy próbuję jej wyjaśnić, że taki sam przedmiot jest u dziadków w domu i że teraz z kropielnic nie można skorzystać w kościele, nasz pierworodny nastolatek wtrąca, jakby mimochodem, że przecież jest u nas woda święcona: w dystrybutorze. To prawda. Byłam świadkiem, jak podeszła do tego podajnika 15 sierpnia jakaś pani z bukietem kwiatów i ziół, i opryskując go ze wszystkim stron, powiedziała półgłosem: „U nas się normalnie święci, ale ja nie stąd”. Bukiecik ociekał już wodą, ale nadal obracała go w dłoni, drugą uruchamiając podajnik (nie z płynem dezynfekującym, ale wyglądający identycznie jak on, z tą małą różnicą, że nad tym wisiała karteczka informująca, że w środku znajduje się woda święcona). „Niech już się ta pandemia skończy”, myślę sobie. „Za chwilę zobaczymy elektroniczny mszał i ledowe świece na ołtarzu. Nieee, tego bym nie chciała…”

Niespełna dziesięcioletni syn ostrożnie zamacza koniuszki palców, wychodząc do szkoły. Uśmiecham się leciutko i zamykam oczy. Modlę się o ochronę dla niego. Tyle stresu w zeszłym tygodniu przeżyłam w związku z różnymi okołoszkolnymi sytuacjami z nim w roli głównej… Otwieram oczy i wpatruję się w resztki złotego napisu IHS.

Nie wiem, co przyniesie kolejny dzień, ale nie pozwolę się zamknąć w więzieniu stresu. Będę wołać jak tamta kobieta, choć nie mam nikogo za kratami. Będę wołać do nieba, nie zważając na nic. Będę „migać” jeśli trzeba będzie, szukając wspólnego języka z tymi, do których zwykłe słowa już nie docierają. Nie poddam się.

Słońce muska porcelanowy brzeg, starty przez czyjeś opuszki. W tej kruchości, pęknięciach i niedoskonałości jest coś, co mnie pociąga. Nie wiem, kto zanurzał dłonie ponad sto lat temu w tej kropielnicy, ale wiem, że nie jestem sama, że moja wiara w jakiś niezbadany sposób łączy się z ich wiarą. I że ich modlitwa splata się z moją. Na pewno.

***

„Pan uwalnia jeńców,
Pan przywraca wzrok niewidomym,
Pan podnosi pochylonych,
Pan miłuje sprawiedliwych.
Pan strzeże przychodniów,
chroni sierotę i wdowę.
Pan króluje na wieki,
Bóg twój, Syjonie – przez pokolenia.
Alleluja.” (Ps 146, 7b-9a.10)