
Fot: Danuta Kamińska
We Wszystkich Świętych piekę z córeczką szarlotkę. Dowiaduję się od zakonnika zastępującego przy ołtarzu naszych parafialnych księży, przebywających na kwarantannie, że mamy teraz właśnie wszyscy imieniny, bo skoro świętują wszyscy święci, to też nasi patroni. Trzeba to uczcić : )
Pada deszcz, wszystko wokół osnuwa delikatna mgła. Na stole stawiam zapalony znicz, czy raczej lampion, przygotowany przez naszą czterolatkę. W powietrzu unosi się słodki zapach pieczonych jabłek. Po chwili dołącza do niego woń cynamonu. Zerkam przez okno. W kałużach przed domem odbija się niebo. To tak jak w naszym życiu, myślę po cichu. Nawet w najbardziej szarych (i beznadziejnych) momentach, niebo odbija się w naszych łzach, nadzieja puka do serc, miłość przedziera się przez czarne myśli…
Pisze do mnie koleżanka z Podkarpacia. Dla niej też ten dzień jest całkiem inny niż pozostałe uroczystości Wszystkich Świętych do tej pory. Może nakładają się na to nasze obawy i smutek spowodowany sytuacją w kraju? Jednak modlitwa jest taka sama (a może nawet bardziej żarliwa?) Światło jest mocniejsze niż ciemność, a śmierć nie ma przecież ostatniego słowa!
A dziś od rana, w Dzień Zaduszny kontaktuję się z bliskimi, którzy mieszkają dalej, a za którymi tęsknię. Tak jak za tymi, którzy mieszkają całkiem blisko, ale w związku z obecną sytuacją postanowili się nie spotykać. Rozumiem ich i popieram, ale nie zmienia to faktu, że kontaktowanie się przez telefon to nie to samo, co rozmowa twarzą w twarz. Mimo to patrzę z uśmiechem w płomień świecy. „Światło, nosisz je w sobie”, nucę piosenkę, która kojarzy mi się tak dobrze…
Myślę o tych, którzy odeszli w tym roku, zwłaszcza o zmarłych z rodziny, ale też z rodzin osób z naszej wspólnoty. Myślę o pogrzebach, na których byłam w ostatnich miesiącach, również podczas obostrzeń… Ufam, że oni już tam są. Spokojni, bezpieczni, szczęśliwi. Modlę się o to dla nich, ale też proszę ich o wstawianie się za mną i moimi bliskimi. Czasem mam wrażenie, że całe niebo kibicuje nam wszystkim, którzy tu jeszcze jesteśmy. Dopinguje nam, wznosi okrzyki jak na biegach rodzinnych, w których brali udział co miesiąc (przed pandemią) nasi synowie i mój mąż. Tak to sobie wyobrażam, wspominając biegi moich dzielnych chłopaków i dzielnego mężczyzny.
Szczególnie jeden moment uważam za bardzo wzruszający. Jeden z synów wybiegł wtedy z trybun i przed samą metą chwycił mojego męża za rękę, wołając: „Dasz radę, tato!”. Czasem tak właśnie sobie wyobrażam świętych. Nie tych z posągów i malowideł – tych z krwi i kości – że, choć tego nie widzimy, wybiegają do nas, chwytają za rękę i gdy jesteśmy już wyczerpani (fizycznie lub psychicznie) wołają: „Dasz radę, to już blisko, jestem z tobą!”
***
„Ty jesteś moją pomocą,
(…) Boże, moje Zbawienie!
O jedno proszę Pana,
tego poszukuję:
bym w domu Pańskim przebywał
po wszystkie dni mego życia,
abym zażywał łaskawości Pana,
stale się radował Jego świątynią.
Albowiem On przechowa mnie w swym namiocie
w dniu nieszczęścia,
ukryje mnie w głębi swego przybytku,
wydźwignie mnie na skałę.
Wierzę, iż będę oglądał dobra Pańskie
w ziemi żyjących.
Ufaj Panu, bądź mężny,
niech się twe serce umocni, ufaj Panu!” (Ps 27, 9b.4-5. 13-14)
