Tagi

, ,

Fot: Danuta Kamińska

Wpatruję się w róże. Nawet zwiędłe, nadal są piękne. I w pąku, i w rozkwicie, i w więdnącym płatku – wszędzie jest piękno, które mnie zachwyca. Przenoszę wzrok na moje dłonie i myślę o tym, że ciało od czasu do czasu wysyła mi informacje o tym, że od dawna nie jest już ciasno zwiniętym pączkiem róży, jakim było krótko po moich narodzinach.  Ale nadal jestem za nie tak bardzo wdzięczna Bogu!

„Pan podtrzymuje całe moje życie” (Ps 54,6), powtarzam cicho, idąc ulicami mojej miejscowości.

Przypominam sobie na nowo, do kogo należy moje życie. Komu je oddałam i kto obiecał się o nie troszczyć. Kto przekonał mnie, że jestem dla Niego jak źrenica oka (por. Pwt 32, 10). Kto zna mój każdy krok. Kto zna również to, co jest za zakrętem, a czego ja nie umiem sobie nawet wyobrazić (a tak bardzo bym chciała!).

Tak, moje życie nie jest przecież tak do końca moje. To dobrze.

Nie jestem sama z decyzjami o drodze, jaką mam iść. Jakie to kojące!

Na chwilę zamykam oczy i wyobrażam sobie, że przede mną idzie Ktoś potężniejszy, kto toruje mi drogę. Jak wtedy na pustyni, jak wtedy – przez morze. Najchętniej bym uklękła, ale chyba nie wstawałabym wtedy już wcale, bo przecież ON JEST wszędzie, choć przysłonięty…  W oczach niemowlęcia, w sylwetce biegnącego nastolatka, w twarzy starszej, schorowanej osoby– wszędzie widzę to samo światło!

Stoję więc, by nie było ze mną jak w anegdocie o artyście, który obraz Pana Jezusa malował na klęczkach. W nocy przyśnił mu się Pan i powiedział: „Ty mnie nie maluj na klęcząco, ty mnie maluj dobrze!”

Cieszę się więc z tego, co jest niedoskonałe, ale w głębszej warstwie DOBRE.

Nie prostuję synka, który tłumaczy mi, że jaskółki ściągają deszcz, a czasem burzę; nie biegnę od razu z gąbką, gdy córeczka zostawi ślad rączki na szybie czy lustrze. Przez tę chwilę przecież może tak być, prawda?

Błogosławiona niedoskonałość!