
fot. Katarzyna Socha
– Przydałby się jakiś porządny reflektor, a jest tylko maleńkie światełko w tunelu – zażartowałam, opowiadając przyjaciołom o moich najbliższych planach.
Jednak te światełka w tunelu są bezcenne! Wolę ciche natchnienia, dyskretne podpowiedzi i wewnętrzne poruszenia, niż potężne trąby jerychońskie. Te pierwsze oczywiście trudniej dosłyszeć i rozpoznać, ale w końcu udaje się nam przecież pójść za Bożym Duchem, wystawić twarz na Jego powiew…
Po drodze jednak kaleczymy stopy o kamienie i zderzamy się z własną słabością. A gdy codzienność wydaje się przerastać nasze siły, wołamy z głębi serca:
„Wprowadź mnie na skałę zbyt wysoką dla mnie!” (Ps 61, 3).
I w końcu słyszymy odpowiedź, a „pomoc przychodzi z góry” (por. Ps 121).
Kiedy za jakiś czas nie wiadomo znów, jaką drogą pójść, bo wokół gęstnieje mgła, wypatrujemy światła, nasłuchujemy w sercu tego cichego głosu…
I tak dzień po dniu.
Niezależnie od tego, ile mamy lat, bo SŁUCHANIA można się nauczyć w każdym wieku.
Oczywiście lepiej wcześniej niż później. I lepiej późno niż wcale. : )
Przywołuję w pamięci widok, jaki pozostał mi z dzieciństwa: kamieni usypanych w małe kopczyki na skraju pól, którymi spacerowaliśmy z rodziną. Świerszcze z moich wspomnień zaczynają głośno cykać i czuję na mojej skórze palący żar upalnego dnia. Chce mi się pić, otwieram oczy i widzę tylko góry kamieni. Przezornie nie dotykam ich – jest tak gorąco, że na pewno zdążyły się nagrzać na słońcu.
Dalej jest brzozowy zagajnik, nazywany przeze mnie „liścianym domkiem”, w którym za wszystkie zabawki wystarczały mi gałązki i liście.
Gdy się przeprowadziliśmy, więcej już nie widziałam podobnego miejsca. Nie wiem, czy tamto, z moich wspomnień, nadal istnieje.
Jednak wracam moimi myślami do tamtych kamieni.
Gdy trochę podrosłam, zaczęłam zbierać je na półce. Były takie piękne! A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. W mojej kolekcji oprócz polnych były też półszlachetne – prezenty od znajomych. Gdzie to wszystko teraz jest?
W dorosłości na długo zapomniałam o kamieniach – raz tylko uśmiechnęłam się w myślach, gdy wychodząc za mąż, uświadomiłam sobie, że będą mi towarzyszyć już do końca życia, z racji nazwiska, jakie przyjmuję w dniu ślubu.
Całkiem niedawno jednak wróciły do mnie bardzo realnie i nieco zabawnie (a może lekko irytująco?), w pralce, w kieszeniach spodni naszego siedmioletniego syna. Było ich mnóstwo. Okazało się, że on też, tak jak ja w jego wieku, je zbiera. Ma je pochowane w pokoju i pod schodami: ogromne, polne „kamloty” i maleńkie, kolorowe kamyczki… Nazwisko zobowiązuje, a tradycje rodzinne tym bardziej! : )
Na duchowej drodze są wszędzie. Najczęściej nie możemy ich bezpośrednio dotknąć, a na pewno nie chcemy ich kolekcjonować. To choroba, rozczarowanie, przeciwności, nasze ograniczenia, wewnętrzne zmagania, wątpliwości, osamotnienie…
Warto jednak (od czasu do czasu chociaż) podnieść wzrok i zobaczyć, jak zapierająca dech w piersiach jest droga i nie skupiać się wyłącznie na kamieniach.
Mam przeczucie, że po drugiej stronie zamienią się one wszystkie w KLEJNOTY.
