Tagi

, ,

fot. Tymoteusz

Gdy byłam nastolatką „skórka pomarańczy” nie była marketingową nazwą cellulitu, jak dziś. Dlatego dla mnie ma ona do teraz zupełnie inne znaczenie.

Mając naście lat, trafiłam na artykuł w miesięczniku „Być Sobą” (bardzo krótko się ukazywał, ale dużo z niego skorzystałam), o tym, że czasami możemy się czuć jak pomarańcza, z której zdjęto skórkę i w związku z tym wszystko odbieramy intensywniej, niż gdybyśmy mieli na sobie warstwę ochronną w postaci tej właśnie skórki.

Choć już dawno temu przestałam być nastolatką, wciąż – od czasu do czasu – przypominają mi się te słowa, wyczytane na początku mojej przygody z rozpoznawaniem i nazywaniem emocji. Rzeczywiście, nadal zdarza mi się czuć jak pomarańcza bez warstwy chroniącej jej delikatne wnętrze.

Na szczęście są to tylko chwile, ale wyobrażam sobie, jak wielkim wyzwaniem może być życie non stop bez tej „skórki”, bez tego naturalnego zabezpieczenia.

Z drugiej strony obserwuję inne zjawisko – obrastanie w „grubą skórę”. Nie od dziś mówi się, że ktoś jest gruboskórny. Mam jednak na myśli co innego.

Myślę raczej o osobach, które nie radzą sobie ze swoją wrażliwością i przykrywają ją metalową blachą. W ostatniej klasie liceum ktoś z moich znajomych podsunął mi wiersz anonimowego autora o chowaniu się w zbroi. Zapamiętałam jego zakończenie:

„Dźwięczą na niej głuche uderzenia/ A ludzie słuchając, stwierdzają/ W środku jest pusto / Na pewno nikogo nie ma / I tylko czasami uchylam przyłbicę/ Bo mi duszno w środku/ A wtedy widzą na mej twarzy krew/ Histeryk/ mówią/ Pomalował się”

Znam kilka takich osób. Skrywają swoje emocje pod maską obojętności. Ale – jak podpowiadają słowa poetyckiego tekstu – kiedyś w końcu uchylają przyłbicę, by się nie zadusić w środku.

Jedną z nich jest pewna kobieta, która wiedząc, że może się wzruszyć, odwraca głowę, wychodzi, patrzy w inne miejsce. Nie może sobie pozwolić na chwilę „słabości”. (Jak często dajemy wiarę temu, że okazywanie emocji to okazywanie słabości!)

Nie mówi „proszę” ani „przepraszam”. Buduje swój wizerunek: osoby twardej i silnej.

Ale widzę, jak bardzo pod tym pancerzem jest krucha, rozbita i osłabiona ciągłą koniecznością odgrywania nie swojej roli.

Dane mi było być przy niej, gdy uchylała przyłbicę. Te krótkie momenty, gdy mogłam zobaczyć, jaka jest naprawdę, za każdym razem były dla mnie wstrząsające, bo była ona wtedy jak leżący na drodze, pobity człowiek, który jest „na wpół umarły” (por. Łk 10, 30-37, Przypowieści o miłosiernym Samarytaninie).

Tak wiele jest jej podobnych osób. Często są świetnie ubrane i na zewnątrz bardzo pewne siebie. Ale przychodzi moment, gdy maska spada, gdy „metalowa twarz” uwiera. A pod spodem jest jedna wielka rana…

O sile człowieka (wewnętrznej sile, nie sile mięśni) możemy przekonać się, widząc jak przyznaje się on do błędu, jak prosi o przebaczenie, okazuje wzruszenie i wdzięczność, jak akceptuje siebie jako osobę niedoskonałą.

O jego wewnętrznej spójności nie świadczy noszenie grubej zbroi ani zaciskanie zębów. (Ortodonci mają i bez tego masę pracy, a zbroje wyszły z mody wieki temu! : )