Tagi

, ,

fot. Michał Kamiński

Wielka orkiestra garnkowa wyrywa mnie z zamyślenia. Pika mój telefon. Czytam zaskoczona komunikat: „Pielęgnacja urządzenia”. Pielęgnacja?! Chyba raczej konserwacja, naprawa, serwis, ale nie pielęgnacja! Przecież elektroniki się nie pielęgnuje… Pielęgnuje się niemowlę, ogród, relację z kimś … Coś, co żyje!

Chwilę później widzę na ekranie cieniutki paseczek, a na nim takie oto pytanie: „A co, jeśli utracisz swój telefon?”

„Mam go pielęgnować, by go nie utracić?”, myślę coraz bardziej zdziwiona. „Czy to nie jest absurdalne?” Może się czepiam, ale… utracić można zdolność do pracy, posiadłość, posadę… Ale telefon?

Przypomina mi się rozmowa sprzed lat z serwisantem pralki, który próbował wpędzić mnie w poczucie winy. Ponieważ przyjechał w ramach serwisu gwarancyjnego, nie byłam zobowiązana do żadnych opłat. On jednak był innego zdania. Uważał, że za dużo piorę. I dlatego pralka szwankuje.

– Piorę tyle, ile potrzeba – odparłam. – Przecież pralka jest po to, żeby w niej prać, prawda?

-Nie, proszę pani – stwierdził zdenerwowany. – O  sprzęt trzeba dbać…

-Mam na nią patrzeć, a prać w rękach? – wpadłam mu w słowo. – Mam piątkę małych dzieci…

– Współczuję! – tym razem to on mi przerwał.

-Nie ma czego – sprostowałam go szybko. – Spełniło się nasze marzenie. To nie powód do smutku, tylko do radości.

– Pralce współczuję – mruknął.

Odniosłam wrażenie, że mówi o żywej istocie, którą ja, niegodna, okrutnie traktuję. Pokręciłam głową. Może powinnam urodzić się w innej epoce? Albo w innej bajce?

Oczywiście docierali do nas przez te wszystkie lata także inni, bardziej życzliwi i ludzcy serwisanci. Jeden z nich, widząc że trzymam na rękach maleńkie niemowlę, a drugie, niespełna dwuletnie trzyma się mojej tuniki, położył palec na ustach i szepnął:

– Niech pani ich ulula, a ja się wszystkim zajmę…

I podreptał na górę.

Gdy położyłam w końcu szkraby, zajrzałam do niego.

– Trochę narozrabiałem, ale już wszystko posprzątane… – uśmiechnął się.

Rozejrzałam się: podłoga w całej łazience była świeżo umyta.

Na moje gorące podziękowania tylko delikatnie pokręcił głową i uniósł w górę obie ręce.

– E, nie trzeba, my też mieliśmy kiedyś małe dzieci – uśmiechnął się szeroko. – To tak szybko ucieka, proszę pani, ten czas, jak dzieci są małe…

To, czego nie chcę UTRACIĆ i co bardzo chcę PIELĘGNOWAĆ, to bliski kontakt z ludźmi. To on sprawia, że chce mi się żyć, że nie tracę apetytu na życie.

Nie zamierzam wyrzucać do kosza wszelkich urządzeń, ale nie zgadzam się na traktowanie ich jako koniecznych do zbawienia (albo mówiąc innym językiem – „must have”).

I chcę pielęgnować MIŁOŚĆ.

Również tę małżeńską…

Jak ogród.

Codziennie, wytrwale, nie zniechęcając się…

„Przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała, lecz [każdy] je żywi i PIELĘGNUJE, jak i Chrystus – Kościół, bo jesteśmy członkami Jego Ciała.

Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, a połączy się z żoną swoją, i będą dwoje jednym ciałem. Tajemnica to wielka, a ja mówię: w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła.”

(Ef 5, 29, 32)