
Fot: Michał Kamiński
„Mądrość to odnajdywanie obecności Boga w świecie i we własnym życiu”, usłyszałam niedawno.
Wracają do mnie te słowa w „chwilach oddechu”, jak je nazywam.
Te chwile są dla mnie priorytetem. Choćby się waliło i paliło, jak to się potocznie mówi, nie rezygnuję z nich. Potrzebuję ciszy i wsłuchiwania się w wewnętrzny głos, w Boże prowadzenie.
Potrzebuję ich jak powietrza, jak oddechu…
Są lekarstwem na lęk, frustrację i przytłaczające poczucie niewiadomej. Są odtrutką na to, czego tak bardzo nie lubię. A tak bardzo nie lubię…
nie wiedzieć, nie umieć, nie znać odpowiedzi albo rozwiązania.
Ani sytuacji, w których nie wiadomo, czy plan się powiedzie, czy jest szansa na zwycięstwo, czy jest sens walczyć w jakiejś sprawie.
I piętrzących się pytań oraz wątpliwości.
Dużo tego ostatnio.
Ale wiem,
że i taki czas jest mi potrzebny, w którym kolejny raz odkrywam, że jestem krucha i omylna.
Że bardzo potrzebuję Bożej pomocy.
Że kończą się moje pomysły i możliwości na rozwiązanie takiej czy innej życiowej zagadki.
I że jest Ktoś, kto mnie niesie, jak anioł człowieka na tle tęczy na witrażu w kościele w Moguncji.
Że jest Ktoś, kto się nie zniechęca, nawet jeśli mnie już brakuje sił.
Kto mnie nie zostawi.
Kto pokaże drogę, znajdzie wyjście z najbardziej skomplikowanej sytuacji.
Biorę więc głęboki oddech i… UFAM:
„Ku Tobie, Panie, wznoszę moją duszę,
mój Boże,
Tobie ufam: niech nie doznam zawodu!
Pan przyjaźnie obcuje z tymi, którzy się Go boją,
i powierza im swoje przymierze.
Oddal uciski mojego serca,
wyrwij mnie z moich udręczeń!
Strzeż mojej duszy i wybaw mnie,
bym się nie zawiódł, gdy się uciekam do Ciebie.” (Ps 25, 1b-2.14. 17.20)
