
Fot: Danuta Kamińska
– Mamo, kiedy będzie najdłuższa noc? Wstanę wtedy cichutko i zrobię dla wszystkich śniadanie! – deklaruje siedmioletni J., ściskając w dłoniach pachnący świerkiem adwentowy wieniec.
-Mają kolor białej czekolady – dotyka ostrożnie świec.
Rzeczywiście, kolor jest przepiękny, mój ulubiony. Przypomina mi moją ślubną suknię. Nie śnieżnobiałą, ale w mlecznym, ciepłym odcieniu bieli.
Na ambonie dostrzegamy niecodzienną dekorację. Dwadzieścia cztery ręcznie wykonane kolorowe kieszonki, z zadaniami na każdy dzień Adwentu w środku. J. po cichutku liczy, a po chwili szepcze do mnie z uśmiechem: Jest sześć rządków, a w ostatnim jest przestawiona kolejność kolorów.
Dyskretnie go przytulam. Wychodzimy z opłatkiem w ręku na mroźny wiatr. Rano ciemno i wieczorem ciemno – przebiega mi przez myśl. Tęsknię za światłem, za promieniami słońca, ale i za wewnętrznym, duchowym rozświetleniem. Za światłem, które rozjaśnia co dzień moją drogę.
Za chwilę usiądziemy razem wokół dużego stołu w naszym domu, chwycimy się za ręce i w świetle adwentowego wieńca opowiemy o swoich postanowieniach. Potem dzieci będą wypytywać o wspomnienia z dzieciństwa i na chwilę przeniosę się w czasie. U podnóża gór było mi dużo zimniej niż teraz, na płaskim prawie terenie. Przez długi czas brakowało mi tej pofalowanej linii horyzontu, ale w końcu przywykłam do innego, niż znany z dzieciństwa, krajobrazu.
Z wielkiego pudła wyjmujemy roratnie lampiony. Jeden z nich nosi wyraźne ślady użytkowania, tak to eufemistycznie ujmę. E. dostała go od dziadków, gdy miała dziewięć miesięcy, na pierwsze w życiu imieniny. Dużo przeszedł w jej małych rączkach, ale nadal świeci.
Trzymając go w dłoniach, zamyślam się na chwilę. Czy nadal mam w sobie widoczne dla innych światło, na tyle jasne, by ich ogrzało i skłoniło do refleksji? Mam właśnie za sobą kolejne zderzenie z inną, niż moja codzienna, rzeczywistością. Czy oprócz tego, że czuję spory dyskomfort, gdy odkrywam, że osoby, z którymi rozmawiam co jakiś czas w weekend, są uwikłane z praktyki okultystyczne oraz mniej lub bardziej niewinne romanse z ideologią sprzeczną z moimi wewnętrznym światem wartości – czy oprócz tego, jest we mnie Światło? Czy jest ono widoczne?
„Nosisz je w sobie, nie zgaśnie choćbyś chciał”, tę piosenki nuciłam, gdy byłam nieco młodsza. Teraz mogę zobaczyć, jak jej słowa się stają, jak żyją we mnie.
„W Nim było życie,
a życie było światłością ludzi,
a światłość w ciemności świeci
i ciemność jej nie ogarnęła.
Pojawił się człowiek posłany przez Boga –
Jan mu było na imię.
Przyszedł on na świadectwo,
aby zaświadczyć o światłości,
by wszyscy uwierzyli przez niego.
Nie był on światłością,
lecz [posłanym], aby zaświadczyć o światłości.
Była światłość prawdziwa,
która oświeca każdego człowieka,
gdy na świat przychodzi.” (J 1, 4-9)
Odkładam delikatnie lampion i myślę o zbliżającym się znów zjeździe. Potrzebuję tego światła, jak powietrza. Czasem mam wrażenie, że mam wewnątrz wbudowany radar, który ustawiony jest na szukanie tej jasności, która daje mi życie. Przypominają mi się słowa, które śpiewałam kiedyś z zapałem: „Powstań, świeć, oto tutaj twe światło” (por. Iz 60, 1).
Wiem jednak, i to bardzo boleśnie, że nie wszystkim ten blask odpowiada. Mają już swoje świecidełka i odpowiedzi na wszystkie pytania, rady na wszystkie okazje. Joga na bolący kręgosłup. Czerwona nitka na nadgarstku na odczynienie uroków. Wizyta u wróżki na problemy ze snem. Na jesienne smutki – magia kolorów i lecznicza moc kamieni. Na depresję – rozwój duchowy (ale, ale – nie ten, który mam na myśli: nie istnieje przecież nic oprócz wszechmogącego „ja”!). Od tego wszystkiego zaczyna mnie boleć głowa. Zastanawiam się, jakim językiem mam mówić, skoro nawet medytacja jest już teraz świecka. Używamy tych samych słów, ale nie znaczą one tego samego. Tu – medytacja Słowa Bożego, medytacja obrazu; tam – medytacja własnego „ja” i jego kolejnych stopni rozwoju lub wcieleń (!).
Nie umiem się z tym pogodzić. Tak bardzo chciałabym zapalić choć iskierkę w tych ciemnościach…
„Na świecie było [Słowo],
a świat stał się przez Nie,
lecz świat Go nie poznał.
Przyszło do swojej własności,
a swoi Go nie przyjęli.
Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli,
dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi,
tym, którzy wierzą w imię Jego.” (J 1, 10-12)
Przypominam sobie coś, co niedawno przeczytałam i modlę się, by spełniło się już teraz:
„Przywołajmy (…) prorocze słowa z maja 1944 roku Bonhoeffera, więźnia zakładu w Tegel, na rok przed egzekucją. Miał on wizję przyszłej reformy Kościoła bardziej skoncentrowanego na przepowiadaniu Królestwa, przy pomocy odnowionego języka: <<Nie jest naszym celem wyznaczanie dnia – ale ten dzień nadejdzie – w którym ludzie będą na nowo wezwani do głoszenia słowa Bożego w taki sposób, że świat zostanie przez nie odmieniony i odnowiony. To będzie język nowy, być może zupełnie niereligijny, lecz zdolny do uwalniania i zbawiania tak, jak język Jezusa; ludzie będą nim przerażeni, ale i zdobyci przez jego moc; język nowej sprawiedliwości i nowej prawdy, język, który zwiastuje pokój Boga z ludźmi i bliskość Jego Królestwa… Aż dotąd sprawa chrześcijan będzie cicha i ukryta; ale będą ludzie, którzy będą się modlić, czynić to, co sprawiedliwe i oczekiwać czasu Bożego. Może ty będziesz pośród nich i pewnego dnia będzie można powiedzieć o tobie: „Ścieżka prawych – to światło poranne, wschodzi – wzrasta aż do południa (Prz 4,18)>>”
(Cytat za: „Wierzę w życie pozagrobowe”, Nicola Ciona, Wyd. WAM, Kraków 2004)
