Tagi

, ,

Fot: pixabay.com

Oglądam z synem cudny wschód księżyca. Chmury wyglądają jak przezroczysta firanka. Światło przebijające przez nie jest, jak na tę porę, dość intensywne. Nad miastem unosi się delikatna łuna.

Śmiejemy się, opowiadając sobie, jak minął nam dzień. Wieziemy do domu zakupy i sporo wrażeń.

Kładąc się spać przypominam sobie zdanie, a właściwie dwa, przeczytane ostatnio w jednej z książek: „Jeśli staramy się tylko dlatego, że chcemy zdobyć miłość, zasłużyć na nią, to już odnieśliśmy porażkę.  Ale jeśli staramy się, bo kochamy – aniołowie niosą nas na rękach” (cytat z pamięci).

Jakie to piękne i prawdziwe, myślę.

Od razu przywołuję w pamięci sytuacje, w których bardzo starałam się, ale motywował mnie lęk oraz te, w których źródłem działania była miłość i towarzyszące jej zaufanie.  Bardzo różniły się one od siebie. Przede wszystkim inne było to, co działo się w moim wnętrzu.

Te pierwsze sytuacje były zazwyczaj niszczące dla mnie, drugie – rozwijające. Nie wszyscy musieli na zewnątrz zauważać tę różnicę. Wystarczy, że wiem, że jest Ktoś, komu bardzo zależy na tym, by moje starania wypływały z serca pełnego prostoty, a nie z lęku i próby „zapracowania” sobie na cokolwiek, zasłużenia na tak podstawowe sprawy  jak akceptacja i miłość.

Zamyślam się przez chwilę nad tym… I wtedy, nie wiedzieć czemu, wracam nagle pamięcią do momentu, gdy miałam kilka lat. Drugi raz w ciągu tego samego roku zachorowałam wtedy na zapalenie płuc. Przed oczami staje mi gabinet lekarski, jego białe wnętrze. Czuję  charakterystyczny zapach wypełniający takie pomieszczenia (przynajmniej w czasach mojego dzieciństwa) oraz to,  jak kiepsko się czuję. Słyszę znów słowa lekarza, jakie wypowiedział wtedy do mojej mamy. Przekonywał ją, bym w trakcie choroby była otoczona szczególną troską, otrzymywała dużo uwagi i zainteresowania, bym  dostawała moje ulubione potrawy i by zatroszczono się, bym dobrze się czuła.

Przypominam sobie, jak bardzo byłam wtedy zaskoczona tym, że – według  słów lekarza – to wszystko ma mi pozwolić szybciej wyzdrowieć. Do tej pory uważałam w moim dziecięcym rozumku, że to leki leczą (jak sama nazwa wskazuje). Teraz dowiedziałam się, że leki mogą nie wystarczyć.  Coś wewnątrz mnie cieszy się tym bardzo. Nagle chcę wyzdrowieć, chociaż chwilę wcześniej nic mnie nie cieszyło i zapalenie płuc, kolejne już, wydawało się, że pokona mnie bez trudu…

Dziś, prawie czterdzieści lat później,  rozmawiam z bliską mi, starszą osobą. Nie jestem jej córką, ale bardzo ją kocham. Bardzo chcę, by szybko wyzdrowiała.  Jest jednak poważna przeszkoda: ta osoba wmawia sobie, że czarny scenariusz w jej głowie to jedyny prawdziwy, a to, co mówią lekarze (że nie ma powodu do niepokoju), to – mówiąc jej słowami – bzdury…

Chęć życia to najważniejsze w zdrowieniu, mówi mi ktoś, kto pomaga jako wolontariusz w hospicjum. Jednak i od niego nie udaje mi się wydobyć jakiejś złotej reguły czy niezawodnej recepty, które pozwoliłyby mi dotrzeć do osób, które nie chcą już żyć, choć ich historia choroby nie przedstawia się wcale w ciemnych barwach…

Modlę się dziś za wszystkie te osoby, które ogarnął mrok.

Które przestały chcieć żyć.

Które nie śpią po nocach, udręczone wizją pogorszającego się stanu zdrowia, a w końcu – śmierci.

Dla których równie przerażające jest zmierzenie się z myślą o  śmierci, co zmierzenie się z własnym życiem.

Którym nie goją się rany, choć dawno powinny.

W których codzienności jest tylko nocne niebo, a na nim nie rozbłyska światło poranka. Od czasu  do czasu może zaskoczy ich mdłe światło księżyca, które tak nas z synem oczarowało niedawno, ale nie wzejdzie świt…

Które nie mają już w sobie światła nadziei.

“Pan podtrzymuje wszystkich, którzy upadają,
i podnosi wszystkich zgnębionych.”

(Ps 145, 15)

Wierzę  mocno, że w końcu wyjdzie słońce i te osoby znów zapragną żyć.

Że okalający je mur runie.

Skończy się noc i rozbłyśnie znów światło!

Niech tak się stanie!