Tagi

, , , ,

Fot. Michał Kamiński

Wiatr delikatnie poruszający łany zbóż, czerwieniące się w słońcu owoce – takie obrazy towarzyszą mi ostatnio podczas rozmyślań o tym wszystkim, co jeszcze przed nami. Przymykam oczy i przypominam sobie te piękne obrazy i widoki, którymi co roku latem karmię duszę.

Wierzę, że tak właśnie wygląda bardzo często Boże działanie wewnątrz nas. Delikatne, ciche natchnienia, jak szum wiatru wśród kłosów: podpowiedzi, dobre pomysły, pozytywne myśli, poruszenia ku dobremu. I owocowanie, które dzieje się z Jego pomocą, która przypomina słońce – ogrzewające nas i rumieniące jabłka na gałęziach.

Idę ulicami naszej miejscowości, trzymając jedną ręką sześcioletniego synka i papierowe torby , drugą – czteroletnią córeczkę, w białej sukience, z koszyczkiem zawieszonym na szerokiej wstążce na szyi. Wokół wirują płatki róż. Nie tylko róż, oczywiście, ale róż jest najwięcej.

Inaczej niż co roku, ale i tak dość licznie idziemy śpiewając i modląc się. Przeszkadzają nam trochę maseczki. Jest duszno, parno, wygląda jakby za chwilę miała nadciągnąć burza. „Boję się”, mówi w pewnym momencie E. ściskając koszyczek obiema rączkami. Przytulam ją mocno. Kątem oka dostrzegam chłopczyka, ciut starszego od niej, który też sypie kwiatki. Jest ubrany na biało, nie zauważyłam go wcześniej. „Pierwszy raz coś takiego widzę” – przemyka mi przez myśl, ale raczej mnie to cieszy, niż dziwi czy martwi. Koszyczek napełnia się nie tylko „naszymi” kwiatkami. Pod koniec procesji pełen jest słodyczy – to prezent dla dzieci, które włączyły się aktywnie w uroczystość (ministranci wracają z komżami zwiniętymi w rożek obfitości, z którego wyłuskują po drodze słodkości).

Płatki róż zdobią nasze ulice: po procesji nie rozpływają się w niebycie, ale przypominają przez kolejne godziny (a w niektórych miejscach również i dni), że Boża obecność jest realna. Można jej doświadczyć, choć jej nie widać, tak jak nie można poznać koloru wiatru, ale można dostrzec jego działanie, efekty: to jak poruszają się kłosy i falują całe łany – to  jak poruszają się nasze serca i przemieniają całe rodziny i wspólnoty.

On jest. Nie „wychodzi na spacer” tylko raz w roku (w wielu miejscach jedynie wokół kościoła i z powrotem), On jest (proszę mnie dobrze zrozumieć) cały czas POZA kościołem – poza budynkiem kościoła. Nie można Go zatrzymać w murach. To utopia, bezpieczna bajka, w której zamykając drzwi świątyni możemy odetchnąć z ulgą i przejść do „swoich spraw”. On jest wszędzie. Możemy sobie wmawiać, że budujemy Mu cztery ołtarze i bezpiecznie odprowadzamy z powrotem, do „Jego spraw” i „do zobaczenia za rok”. I tak wyjdzie, i tak będzie szukał budowniczych tych ołtarzy i tych, którzy irytują się, że nawet w czasie epidemii muszą mieć miejsce takie ceremonie.

Wraca z nami po cichu do domu. Wsiada do samochodu, jedzie do pracy. Idzie krok w krok. Słyszy każdy szept i krzyk. Widzi każdą łzę, dostrzega każdy ból. Jest z nami w osamotnieniu, poczuciu odtrącenia, w zwątpieniu i strachu.

Cztery ołtarze (choć piękne i z taką starannością przygotowane) trzeba po uroczystości rozmontować. Naszego życia codziennego nie da się tak po prostu schować na strych i zwinąć  dekoracji. Nawet w dobie koronawirusa nie zwija się ono jak rulon.

Tam właśnie, w tym, co zwykłe spotyka nas On. Gdy nie jesteśmy już odświętnie ubrani, gdy płatki róż zmył ulewny deszcz z naszych ulic.

Dobrze sobie przypomnieć, że jest. Dobrze przypomnieć sobie to, gdy wirują wokół kwiaty, dzwonią dzwonki, powiewają na wietrze sztandary. Ale dobrze jest o tym pamiętać, gdy zalega głucha cisza, gdy nawet telefon milczy, gdy w głowie pustka, a w sercu ściśnięty kamień. On jest. I czeka. Na spotkanie z Tobą. Nie był umówiony, ale wiele razy próbował się spotkać. Może dziś się to uda?

***

„Oto stoję u drzwi i kołaczę:
jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy,
wejdę do niego i będę z nim wieczerzał,
a on ze Mną.” (Ap 3, 20)