
Fot. Danuta Kamińska
Medyczne laboratorium diagnostyczne. I jego kierownik – młoda kobieta o ujmującym uśmiechu. Jej dzień od kilku miesięcy wygląda tak samo. Rano Msza święta (daje siłę, jak mówi, by zachować spokój i nie ulegać lękowi, stykając się z pacjentami z podejrzeniem COVID-19). Zaraz po niej – szpital i praca w szczelnym kombinezonie ochronnym z kapturem, w maseczce, czepku, podwójnych rękawiczkach i ochraniaczach na buty. W nieustannym kontakcie z potencjalnie zarażonymi osobami. Pobieranie próbek, wymazów, przesyłanie do analizy. A po wyjściu z laboratorium – obowiązkowy spacer z kilkuletnią córką i nieco starszym synem.
Czas pandemii w pracy to dla niej wyzwanie. Nie tylko sama diagnostyka wirusa, ale przeróżne komentarze, docinki. Czasem trudno o rozsądek i spokój. „To nauka cierpliwości i zrozumienia ludzi wokół: pracowników i pacjentów”, wyjaśnia. Teraz odkrywa ich różne twarze: od zalęknienia po odwagę personelu, który walczy o życie pacjentów. „Bywa, że jest mi ciężko, ale czuję się spokojna i bezpieczna – dodaje na koniec. – Świadomość, że Jezus jest ze mną i przestrzeganie zasad epidemiologicznych dają mi pokój.”
„Spóźniona” Pierwsza Komunia Święta. Na zdjęciu z uroczystości chłopiec uśmiecha się promiennie. Wraz z kilkorgiem dzieci w albach stoi w prezbiterium, przy samym ołtarzu. „To było doświadczenie miłości Boga – wyznaje jego mama. – Gdy w czasie największych obostrzeń dowiedziałam się, że mój syn będzie jednak mógł przystąpić po raz pierwszy do komunii, byłam taka szczęśliwa!”
Gabinet stomatologiczny. Dwie panie ubrane od stóp do głów w odzież ochronną z flizeliny medycznej. Widać tylko oczy. Chłopiec na fotelu dentystycznym niespokojnie się wierci, w końcu krzyczy: „Nie! Nie chcę!”, choć nic jeszcze nie zdążyło się zadziać. Jedna z pań, asystentka stomatologiczna, pochyla się nad nim i uspokaja łagodnym głosem. Jednak pacjent w krótkich spodenkach i koszulce z bajkową postacią nie chce otworzyć buzi. „Przecież byłeś tu już wcześniej…” , dziwi się druga pani, dentystka. „Nie byłem!”, płacze maluch. No, tak: nie wygląda tu tak jak wcześniej… Pani w rejestracji ze zrozumieniem kiwa głową. „Może następnym razem się uda”, pociesza mamę chłopca.
Nasze osiedle. Ogromny baner z napisem: „Całej Służbie Zdrowia za ofiarność i odwagę w walce z koronawirusem DZIĘKUJEMY!”. Gdy przejeżdżam koło niego samochodem, zastanawiam się, ile to jeszcze potrwa – nie ofiarna walka z zarazą, ale stan, w jakim się znaleźliśmy, stan zawieszenia. Nikt nam nie powie, kiedy to wszystko się skończy, a nawet, jeśliby powiedział, niekoniecznie tak od razu byśmy w to uwierzyli. Już kilka razy miało być znów „normalnie”, podobnie jak kilka już razy niektórzy wieścili „koniec świata”.
Przedłużający się stres, nawet o średnim nasileniu, jest bardzo niebezpieczny dla fizycznego i psychicznego zdrowia człowieka – tak nas uczono na studiach i tak niestety jest naszym życiu. Trochę dlatego, że „nie siłą kropla drąży skałę, lecz częstym spadaniem” (Owidiusz).
Jednak w dużej mierze od nas zależy, co zrobimy z tym przeciągającym się dyskomfortem. Mało się o tym mówi, ale to od tego właśnie, jaką rangę przypisujemy temu, co nas spotyka, zależy to, jaki będzie miało to na nas wpływ. Od naszej reakcji uzależnione jest to, czy szkody wywołane przez stresor będą większe, czy zminimalizowane. Jak sobie radzimy? Jedni organizują najbliższą sobie przestrzeń i to, na co mają jeszcze wpływ, by nie popaść w przygnębienie i marazm. Drudzy zachowują spokojną ufność połączoną ze zdrowym rozsądkiem. Jeszcze inni chwytają się wiary jak tarczy i patrzą dalej niż słupki poparcia lub wypłaszczana krzywa zachorowań.
Jedni starają się nie pamiętać, że wraz z pandemią coś się zmieniło, inni nie potrafią przestać myśleć o zagrożeniu, a COVID-19 śni im się po nocach. Jeszcze inni wybierają podejście bardziej wypośrodkowane: nie jest normalnie, ale trzeba żyć.
Niezależnie od tego, jakie mamy przemyślenia na temat obecnej sytuacji, warto, byśmy się w niej nie zagubili: ani jako cynicy, ani jako lekkoduchy, ani jako twardogłowi, ani jako outsiderzy. Warto byśmy się odnaleźli w niej jako… ludzie. Modlę się o to dla siebie i dla Ciebie. Amen : )
***
„Słuchaj, o Boże, mojego wołania,
zważ na moją modlitwę!
Wołam do Ciebie
z krańców ziemi,
gdy słabnie moje serce:
na skałę zbyt dla mnie wysoką
wprowadź mnie,
bo Ty jesteś dla mnie obroną.” (Ps 61, 2-4a)
