Tagi

, , ,

Fot: Danuta Kamińska

Budzi mnie głośne gruchanie gołębi (pewnie siedzą w ogrodzie, niedaleko naszej sypialni) i szczekanie psa sąsiadów (przeraźliwe szczekanie, dodam). „Dlaczego wcześniej nie zwracałam na nie takiej uwagi?”, myślę, próbując odgonić resztki snu. „Ratuuuun-ku, ratuuun-ku!”, gruchają gołębie. Właściwie, dlaczego „ratunku”? Może „Śniadaaaan-ko, śniadaaaan-ko!”,  a nie jakieś tam „ratunku”. Już wiem, co by powiedziała jedna z pań profesor UAM, z którą miałam zajęcia niecałe dwa miesiące temu. Wiem, wiem. Ale zostawmy to na boku – każdy z nurtów w psychoterapii miałby inne wytłumaczenie na dopisywanie intencji hałasującym za oknem gołębiom i ujadającym za płotem psom. Na razie, jak chodzi o dopisywanie, to mam nie intencje do dopisania, a ostatnie rozdziały książki, nad którą od kilku miesięcy pracuję. Nie o gołębiach ani nie o psach. O człowieku. Z krwi i kości. A właściwie: z duszy, ducha i ciała (por. 1 Tes 5, 23).

Gdy wracam z zakupami, w przedsionku widzę cudną tęczę. To słońce przechodząc przez grube szkło, z którego wykonany jest daszek nad wejściem, wyczynia takie cuda. Nie zamieszczę nigdzie tego zdjęcia, choć jest artystyczne, myślę sobie. Za gorąco ostatnio wokół tego barwnego łuku się zrobiło, a to jest tylko niewinna fotka, złapane w ułamku sekundy zjawisko fizyczne – rozszczepienie białego światła przez pryzmat… Trudno, wyślę je tylko znajomej, która też lubi robić niecodzienne zdjęcia.

Wiele zależy od tego, jakie znaczenie nadamy temu, co nas dotyka, co przeżywamy, co widzimy…

Gdy byłam dzieckiem, gołębie za oknem opowiadały mi przedziwne historie. (To było daleko stąd, w innej części kraju, ale gatunek gołębi ten sam, słowo daję.) Przysiadały na naszym balkonie i zewnętrznych parapetach mieszkania na trzecim piętrze i przez tyle lat snuły swoją opowieść. Zdarzyło się nawet, że jeden z nich przyleciał, by ostatni raz zagruchać, właśnie u nas. Byłam trochę tym przerażona. Pierwszy raz widziałam z tak bliska martwego ptaka. Mama wytłumaczyła mi potem, że widocznie u nas czuł się najlepiej, skoro to tu właśnie zakończył swój ptasi żywot.  Z pomocą taty zakopaliśmy go koło bloku, w którym wtedy mieszkaliśmy.

W szkole lubiłam wszelkiego rodzaju doświadczenia i eksperymenty – i fizyczne, i chemiczne, które mogłam oglądać na lekcjach. Nie przyszłoby mi wtedy do głowy, że efekt tego ulubionego z nich stanie się symbolem, będzie politycznie naznaczony…

Z rozmyślań, które snuję nad wielką walizką, do której właśnie pakuję nas przed wyjazdem na urlop, wyrywa mnie nagle telefon od koleżanki, z którą kiedyś pracowałam.  Opowiada o tym, jak trudno jej porozumieć się z osobami, które na każdym kroku powtarzają, że obecny papież to pomyłka. To są podobno wierzące, zaangażowane w Kościele osoby. Dla niej natomiast Franciszek to współczesny święty. Może więc warto poszukać nowego miejsca, może warto znaleźć nową wspólnotę? Zadbać o duchowy rozwój, zachować w sobie perły, których nie wolno rzucać w błoto…

Ocalić – od zapomnienia, od złego imienia, od okrucieństwa, od obojętności.

To, co już zaczyna usychać, a może już nawet już uschło. Jak lawenda przed naszym domem, która pod dobrą ręką męża zaczyna ożywać.  Ocalić. Ile się da. Z Bożą pomocą. Amen.

***

„Na melodię: «Gołębica z dalekich terebintów».

W Bogu uwielbiam Jego słowo,
Bogu ufam, nie będę się lękał:
cóż może mi uczynić człowiek?

Ty zapisałeś moje życie tułacze;
przechowałeś Ty łzy moje w swoim bukłaku:
<czyż nie są spisane w Twej księdze?>

Ocaliłeś moje życie od śmierci
<i moje nogi od upadku>,
abym chodził przed Bogiem
w światłości życia.”

(Ps 56,1a.5. 9)