Tagi

, , , , , , ,

Fot. Michał Kamiński

To był szalony pomysł. Widziałyśmy się tylko raz. Właściwie powinnam napisać: pierwszy raz. Pierwszy raz w życiu też rozmawiałyśmy. I od razu poczułam, że chcę pociągnąć tę rozmowę dłużej.  Dlatego nie wahałam się zbytnio, choć wiedziałam, że z decyzją wiąże się pewne ryzyko. Przecież się wcale nie znamy. Poza tym, to tak daleko. Nie wiadomo też, co na miejscu nas zastanie. I jak nasze żywiołowe dzieci się zachowają. Czy zamiast odpocząć – nie wrócimy wykończeni.  Ale wewnątrz byłam spokojna. Wiedziałam, że ta podróż jest z natchnienia, jakby powiedziała moja koleżanka.

Złapać oddech

Im bliżej celu, tym bardziej zmienia się krajobraz za oknem. Z zaskoczeniem zauważamy drewniane domy i bocianie gniazda. Naszą uwagę przykuwają tradycyjne studnie oraz coś, co wygląda jak ziemianka – miejscowi jednak nazywają ją piwnicą.

Jest ciepło (dziewiętnaście stopni – spodziewaliśmy się chłodów) i słonecznie. Gdy zatrzymujemy się na postój nad Bugiem i stajemy z mężem pod kwitnącym drzewem jabłoni, najstarszy syn robi nam zdjęcie.

Patrzę na nie teraz i zastanawiam się, jak to możliwe, że są jeszcze takie miejsca, gdzie czas płynie wolniej, gdzie nieznajomych wita się z uśmiechem, a nie z podejrzliwością, gdzie uginają się stoły, gdy przyjeżdżają goście. Gdzie można złapać oddech.

Bliscy dalecy

Mamy wspólną babcię, ale innych dziadków.  Jesteśmy rodziną, choć nasi ojcowie to przyrodnie rodzeństwo.  Odwiedzamy leśniczówkę, w której mieszkała babcia wraz naszymi ojcami i resztą dużej rodziny. Babcia też miała piątkę dzieci. Czterech synów i córkę. Tak jak ja.

W pobliskiej szkole jeszcze ją pamiętają. W tamtych powojennych czasach była tam jedynym nauczycielem, który nigdy nie uderzył dziecka. Miała wielkie serce.

Zapalamy znicz na jej grobie i razem z krewnymi modlimy się na głos.

Nie wiem jak nazwać to, co czuję:  ludzie, z którymi łączą mnie więzy krwi, a których mam okazję dopiero teraz, po tylu latach poznać i to tak daleko od mojego domu – stają mi się bardzo bliscy. Mój mąż śmieje się, że będąc, tam zmieniam akcent  i mówię zupełnie jak oni. Też to zauważam.

Kontakt z przyrodą

Budzi nas klekot bocianów. Mają gniazdo obok domu, w którym nocujemy. Dłuższą chwilę zajmuje mi rozszyfrowanie tego charakterystycznego odgłosu. Kogut też nie daje za wygraną i obwieszcza o bladym świcie, że czas się ruszyć. Pozostajemy nieczuli na jego pienia docierające do nas przez otwarte okno. Obejmujemy się delikatnie i słuchamy razem z mężem odgłosów świata nieskażonego industrialnym hałasem.

Na co dzień również mieszkamy na wsi, ale „oszukanej”.  Nie ma tam zwierząt hodowlanych, jest to po prostu wielka sypialnia miasta, niedaleko którego położona jest nasza miejscowość. Dlatego, będąc teraz u moich krewnych, korzystamy z okazji, by pokazać naszym dzieciom, jak wyglądają dwutygodniowe cielęta, jak miękkie pióra ma kurczak, jak smakuje chleb wypiekany według tradycyjnej receptury i jak pachną swojskie wędliny.

Mnie udaje się nawet napić zsiadłego mleka (mleka, dodam, prosto od krowy, nie z kartonika) – to mój ulubiony smak dzieciństwa.

Pogłaskać

Wiem, że jest pandemia, ale tam zupełnie o tym zapominam. Jasne, mamy ze sobą  maseczki. Myjemy ręce, trzymamy się zaleceń. Ale w cień odchodzi ten dziwny ucisk w sercu, który mi towarzyszył już od ponad roku. Nie czuję napięcia ani lęku w naszych gospodarzach. Ich uściski i pocałunki na powitanie, dobre słowa, życzliwość i gościnność sprawiają, że ten tak istotny obszar we mnie – społeczno-emocjonalny – zostaje nakarmiony. Mam wrażenie, jakby uschnięte korzenie zaczęły znów przyjmować życiodajne soki. Wymiar społeczny mojego życia, który tak ucierpiał z powodu obostrzeń, zostaje choć trochę „dopieszczony”.

Uczę się ich twarzy i imion. Mam sporo do zapamiętania, ale udaje mi się, dzięki Bogu. Oczywiście, nie można odzyskać tych czterdziestu lat bez nich, ale można pozwolić dziecku w sobie pogłaskać maleńkie dzieciątko, które ufnie patrzy na mnie, gdy „odzyskana” kuzynka wkłada je w moje objęcia.

Kontakt

Przed wyjazdem dzieci grają jeszcze z wujkiem w piłkę, a podczas spaceru po lesie na jego komendę przykładają ucho do torów, by posłuchać, czy jedzie pociąg.  Kuzynka, mąż i ja też dajemy się wciągnąć w tę zabawę. Ubrania można przecież wyprać, a tej chwili wspólnej radości nikt nam już nie odbierze.

Wysyłamy sobie po powrocie zdjęcia, wymieniamy się tym, co u nich, co u nas. I jesteśmy umówieni na kolejne spotkania. Przywozimy piękne wspomnienia i prezenty: wielki sękacz, zrobiony na zamówienie u sąsiada, domowej roboty przetwory, jajka z prosto z grzędy, a przede wszystkim KONTAKT z rodziną.

To jest najcenniejsze. A właściwie: bezcenne.

***

Oto jak dobrze i jak miło,
gdy bracia mieszkają razem;
jest to jak wyborny olejek na głowie,
który spływa na brodę,
<brodę Aarona, który spływa
na brzeg jego szaty>
jak rosa Hermonu, która spada
na górę Syjon:
bo tam udziela
Pan błogosławieństwa,
życia na wieki. (Ps 133, 1-3)