Tagi

, , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Umila mi poranne wstawanie. Jego śpiew słyszę, gdy po powrocie z pracy otwieram tarasowe okno. Siada na dachu naprzeciwko naszego domu i swoimi trelami sprawia, że cała okolica jest jakby jaśniejsza.
Jak cudownie, że jest.
Małe stworzenie Boże, nieświadome pewnie, ile radości nam przynosi.

Moi rodzice, sto pięćdziesiąt kilometrów stąd, też mają „swojego” śpiewaka. Ale oni na swoim balkonie urządzają co roku jadłodajnię dla ptaków. Jest karmnik, w którym gołębie przepychają się z wróblami, jest słonina na sznurku, którą sumiennie dziobią sikorki.
Z dzieciństwa pamiętam, że chociaż mieszkaliśmy w bloku, z przyrodą byliśmy za pan brat. Uczyliśmy się nazw roślin, drzew, kwiatów i ziół, chodząc z rodzicami na długie spacery. Obserwowaliśmy zwierzęta i ptaki. A latem – gwiazdy.

Myślę o tym, gdy mój najstarszy syn tłumaczy swojemu niewiele młodszemu bratu, że ćmy są pod ochroną i że może przecież jednej z nich pozwolić na zwiedzanie naszego domu. (Brat opuszcza powoli kapeć).

Patrzę, jak najmłodszy syn z jeszcze młodszą od niego siostrą opiekują się naszymi domowymi pupilami, jak o nie dbają i bawią się z nimi.

Cieszę się. Wiem, że troska o przyrodę i ciepłe uczucia żywione do Bożego stworzenia mają swoją zdrową miarę.

Myślę natomiast o artykule, który przesłała mi niedawno koleżanka, o osobach, które zamiast przyjaciół i rodziny przytulają… kamienie. Robią sobie z nimi zdjęcia, przebierają w jakieś ubranka… Smutna sprawa. I jeszcze jeden artykuł, na który trafiłam przypadkowo, o rodzinie… międzygatunkowej. Tak jest nazywane w zachodniej Europie połączenie (przepraszam i ludzi, i zwierzęta, bo brzmi to co najmniej dziwnie): mężczyzny, który jest w tym układzie tatą, kobiety (jest mamą) i psa, który jest… dzieckiem. Nie jest nim oczywiście, ale tak jest traktowany. Ta para mówi do niego „synku”, wozi w wózeczku i kupuje dziecięce ubranka. Źle napisałam: nie „ta para”, ale „te pary”. To taki nowy trend.

I kamienie, traktowane jak ludzie, i psy, traktowane jak ludzkie dzieci pokazują, że coś jest nie tak. Pewnie przede wszystkim z tymi osobami, ale z całymi społeczeństwami także.

Oprócz tego, że jest to szokujące, to jest to po prostu smutne, kiedy przedmiot jest dla kogoś osobą, kiedy zwierzę jest dla kogoś ludzkim niemowlęciem.
I w drugą stronę: smutne jest także, gdy człowiek traktowany jest jak zwierzę lub jak rzecz.

Wszystko się miesza – ale nie to powinno nas niepokoić, bo zawsze były osoby, które miały problem z poukładaniem sobie pewnych rzeczy. Bardziej niepokojące jest, kiedy to pomieszanie uznawane jest za normę. I ma nawet swoją nazwę (rodzina międzygatunkowa) oraz cieszy się zainteresowaniem i dużą oglądalnością (selfie z kamieniami przebranymi w miniaturki ludzkich ubrań).

Pamiętam, że jako dziecko zauważyłam, przechodząc przez ruchliwą ulicę, że jakaś kobieta mówi coś do lalki, którą wiozła w wózku dla niemowląt. Rodzice wtedy powiedzieli mi, że być może ta pani straciła swoje dziecko i nie może sobie z tym poradzić, dlatego trochę jej się pomieszało w głowie i do lalki mówi „córeczko”. Współczułam tej pani, ale wiedziałam, że ta sytuacja nie jest normalna. Że potrzebne jest jej specjalistyczne wsparcie. Oczywiście wtedy nie umiałabym tego tak fachowo nazwać, natomiast otrzymałam jasny komunikat, że w przypadku podobnej tragedii, rozwiązaniem nie jest wożenie lalki w wózku.
O psach i kamieniach w tamtych czasach nie było nawet mowy.

Wracam do „mojego” kosa. Jestem za niego wdzięczna. I za całą przyrodę – ożywioną i nieożywioną, którą się zachwycam.
Ale jeśli chodzi o miłość matczyną i relacje przyjaźni – zachowuję je dla ludzi. I niech tak zostanie :)