Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Córeczka obraca się do mnie i konspiracyjnym szeptem pyta, czy to już koniec. Przed nami obraz Jezusa Miłosiernego, ksiądz właśnie tłumaczy dzieciom, o co chodzi w dzisiejszej uroczystości.
Myślę o tym, jak wiele słów zyskało inne znaczenie niż swoje podstawowe i jak bardzo w związku z tym gubimy się w tych słowach.
Zaczynając od słowa „miłość”, które już dla wielu nie oznacza już oddania swojego życia („Nie ma większej miłości niż ta, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”), ale raczej przelotne uczucie, którego przeminięcie oznacza kres związku.
Myślę o słowie „małżeństwo”, które dla wielu nie oznacza już trwania w miłości, wierności i uczciwości aż do śmierci oraz tego, że się nie opuści osoby, której się to ślubuje przed Bogiem, ale coś, co można w każdej chwili przerwać i już do tego nie powrócić („Jak mi się znudzi, to przecież są rozwody”- mówi młoda kobieta w białej sukni, która za godzinę ma zawrzeć związek małżeński, a mnie przechodzą dreszcze…).
Słowo „tradycja”, pisane małą literą, uzurpuje sobie natomiast prawo do traktowania go jakby należało znaczeniowo do brzmiącego identycznie, ale pisanego wielką, bo dla wielu zwyczaje i formy są równoznaczne z Tradycją Kościoła, która jest niezmienna. A przecież tradycja, pisana małą jest czymś najbardziej zmiennym: kiedyś tradycją było, że panowie nieśli baldachim w Boże Ciało, dziś pan Zenek prowadzi samochód, w którym kapłan trzyma Najświętszy Sakrament. Brak baldachimu nie jest odrzuceniem Tradycji Kościoła, ale zmianą lojalnej tradycji (wczoraj otrzymałam zdjęcie od chrzestnej mojej córeczki – u nich jest tradycja samochodowej procesji).
A słowo „tęcza” albo „błyskawica”? Łuk na obłokach, symbol przymierza z Noem. Pamiętam, jak rysowałam w zeszycie od religii tęczę. Pożyczałyśmy sobie z koleżankami kredki, chciałyśmy, by była jak najpiękniejsza. Ksiądz katecheta opowiadał nam w tak porywający sposób tę historię, że miało się wrażenie, jakby to wszystko rozgrywało się przed naszymi oczami…
I tupiący synek, dziś uczeń szkoły średniej, wraz z grupą trzylatków śpiewający piosenkę o cudach przyrody (na „błyskawica” – klaśnięcie, na „grzmot” – tupnięcie). Czy mogłam wtedy przypuszczać, że kilka lat później symbol błyskawicy zapełni w naszej miejscowości wiaty przystankowe, czy mogłam się domyślać, że czarną błyskawicę zobaczą moje dzieci wymalowaną na balkonach i w oknach domów?
A słowo „duchowość”? W pandemii kończyłam moje studia podyplomowe z psychologii społecznej. W przerwie rozmawiałam z kobietą ze Szczecina, która była jedyną z dojeżdżających z tak daleka na zajęcia – my byliśmy dla niej „miejscowymi”, choć każdy z nas też musiał pokonać sporo kilometrów, by wziąć udział w wykładach. To ona użyła tego słowa, na dźwięk którego bardzo się ożywiłam. Już miałam mówić, że mi bardzo bliska jest ignacjańska, gdy nagle okazało się, że dla niej duchowość oznacza… ezoterykę. Zaniemówiłam. Poczułam się, jakby ktoś mnie okradł. Oczywiście podjęłam rozmowę, ale miałam wrażenie, że muszę poszukać innych słów, byśmy się na pewno zrozumiały, podobnie jak wtedy, gdy w rozmowie z kimś usłyszałam, że nie istnieje coś takiego jak „prawda”, bo każdy ma przecież swoją prawdę.
Z wykształcenia jestem filologiem i fascynuje mnie język, komunikacja, to jak one wpływają na nas i jak my, użytkownicy języka, kształtujemy go, ale też jak porozumiewamy się i rozumiemy (lub nie).
Bawi mnie, gdy moje młodsze dzieci dopytują podczas litanii, dlaczego Maryja jest „przedziwna”, przecież jak na koleżankę w szkole powie się „dziwna”, to tak jakby się ją obraziło.
Wspominam z łezką w oku, jak najstarszy syn uciekł na górę do swojego pokoju, gdy starsza od niego o kilka lat córka sąsiadki powiedziała, że jest taki słodziutki, że go zaraz zje. A on naprawdę myślał, że ona go połknie.
„Słodziutki” według niego mógł być tylko sernik. Ewentualnie piernik, ale nie czterolatek.

A „serce”? Patrzę na moją córeczkę pierwszoklasistkę, słuchającą kazania o Sercu Jezusa i zastanawiam się, co w jej małej główce się kotłuje. Przed wyjściem do kościoła poprosiła, bym jej chrzestnej wysłała od niej na WhatsAppie „serce”(emotikonkę). Teraz słyszy o Sercu Pana Jezusa. Widzi Jego pomnik przed kościołem. I obrazki, stylizowane na dziewiętnastowieczne, na których Pan Jezus trzyma w dłoni swoje Serce, okolone cierniową koroną i promieniami.
W domu, w aplikacji Spotify, na okładce płyty z muzyką zespołu Hillsong, której słucha mój mąż, a jej tata, widzi serce narysowane anatomicznie: z tętnicami, żyłami, aortą.
I serce, w którym jej brat miał do niedawna „dziurkę”, o której z dumą opowiadała koleżankom, że już się zarosła i nie będzie potrzebna operacja.
I serce, o którym powiedziała mi na Dzień Matki – że mam je takie wielkie, bo mieszczę w nim ich wszystkich i tak bardzo kocham, czym wywołała moje wzruszenie…
Nie, nie wzruszenie, podobno teraz to jest „wielki wzrusz” :)