Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Jonasz Kamiński

Biorę udział, wraz z dziećmi, w Misterium Męki Pańskiej. Córeczka ma w ręku wierzbową gałązkę, na sobie strój mający odsyłać myśli do czasów biblijnych i z wielkim zapałem woła: „Hosanna!”.
Pada grad, za chwilę świeci słońce, znów zachodzi i pada deszcz. Wieje lodowaty wiatr, opatulam się szczelniej.
Idę wraz z tłumami, śpiewam „Gorzkie żale” i co jakiś czas zerkam, czy moje dzieci są w zasięgu wzroku.
W pewnym momencie przystaję wzruszona, wisząc jak jeden z moich synów niesie na barana swoją młodszą siostrę.
Idziemy dalej, skupieni, oglądając kolejne sceny, uczestnicząc też w nich w dużej mierze.
Gdy rozbrzmiewa chóralne „Rex”, podchodzę do jednego z aktorów i pytam cicho, czy to koniec. Przytakuje.

Mnie jednak to zupełnie nie pasuje. Czekam na ostatni akt: zmartwychwstanie i pusty grób. Oczywiście do Wielkiej Nocy jeszcze trochę brakuje, ale przecież ta historia się w ten sposób nie kończy.
Mimo zimna, mam ochotę zostać i doczekać do tego poranka, w którym rozlegnie się „Alleluja”.
Zamiast tego jednak zabieram dzieci do samochodu i jadę z nimi do domu naszych przyjaciół, w którym czeka na nas gorącą herbata i pyszna szarlotka.
Jestem w pracy i patrzę w ekran na równe rzędy liter. Już niedługo wyjdę, ale mam ochotę jeszcze chwilę zostać, by zebrać myśli. Tyle pięknych życzeń dziś usłyszałam, tyle uścisków i uśmiechów wymieniliśmy.
Wchodzę w Triduum z głębokim przekonaniem, że grób jest pusty, ale nasze serca pełne – pełne Jego miłości.
Skoro On żyje – wszystko jest możliwe.