Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Skończyły się spotkania online, od tego tygodnia jako wspólnota spotykamy się już na żywo. Przedwczoraj modliliśmy się w kościele w centrum miasta, adorowaliśmy Pana Jezusa i posługiwaliśmy modlitwą wstawienniczą. Cieszę się, że jesteśmy znów razem, tak fizycznie obok siebie, a nie w sąsiadujących okienkach aplikacji zoom.
Jednak tamte spotkania też miały swój urok. Jedno z nich zapamiętam na długo. Jeden z braci ze wspólnoty podczas wspólnej modlitwy podzielił się z nami obrazem pewnego żyjątka i towarzyszącą temu myślą. Zarzekał się, że to pewnie śmieszne, ale może dla kogoś okazać się ważne. Gdy potwierdziłam, że chodzi o mnie, odetchnął głęboko. Rozumiem tę ulgę, bo treść przesłania mogła wydawać się… trochę zabawna. W każdym razie byłam mu wdzięczna, że przełamał obawę i być może nawet poczucie śmieszności.

Zaufanie
Czego dotyczył obraz? Ślimaka. A także osoby, która niecierpliwi się, bo ma wrażenie, że Bóg zbyt wolno działa w jej życiu w jakiejś ważnej dla niej kwestii , że jak ślimak toczą się jej sprawy. Bóg jednak zapewnia ją, że czuwa nad jej życiem i nie przestaje działać.
Następnego dnia, czekając na przystanku (zazwyczaj jeżdżę samochodem, wyjątkowo musiałam tego ranka podjechać do miasta autobusem), zorientowałam się, że rzeczony ślimak, od którego wszystko się poprzedniego wieczora zaczęło, znajduje się na wprost mnie, w całej okazałości wiejskiego ogródka – gipsowa figurka sporych rozmiarów stała przede mną.
Stłumiłam pod maseczką śmiech (to był czas, gdy na zewnątrz też obowiązywał nakaz zasłaniania nosa oraz ust) i powiedziałam bezgłośnie: „Tak, tak, wiem! Czasem myślę, że interesuje Cię moje życie zawodowe, skoro to się wszystko tak wlecze. Czasem tak wygląda, jakbyś o mnie zupełnie zapomniał!” A po chwili, z większym już spokojem, wsiadłam do autobusu.

Małe cuda
W czasie podróży przypomniałam sobie , że co jakiś czas doświadczam przedłużającego się oczekiwania. Jak podsumował to kiedyś mój tato: „Na wszystko, co ważne, naczekałaś się w swoim życiu”. Coś w tym jest.
Choć, żeby oddać sprawiedliwość, muszę wyznać, że zdarzały się i takie zaskakujące sytuacje, w których ktoś nagle zadzwonił i zaproponował mi pisanie książek, ktoś inny pracę na umowę, ktoś inny przekazem pocztowym wysłał mi pieniądze (kiedyś możliwe było, by zrobić to anonimowo), a ktoś inny zdecydował, że wynajmie mi mieszkanie. Jednak, obok takich zupełnie nieoczekiwanych zwrotów akcji, były też długie okresy zmagań i prób mojego zaufania do Tego, który może wszystko. Który jest wszechmogący, a nie tylko „trochę mogący”.

Flauta
Choć moi rodzice poznali się na żaglach, ja nie odziedziczyłam po nich pasji do sportów wodnych (z wyjątkiem spływów kajakowych, na które jeździłam w czasach studenckich). Jednak niektóre określenia związane z pływaniem łodzią są mi znane dzięki znajomym, którzy co roku jeżdżą na Mazury. Wiem więc, co to flauta. Właściwie to bardziej tego doświadczam w życiu duchowym (tego, czym jest flauta w przenośni), niż wiem w odniesieniu do zjawisk przyrody.
Co jakiś czas przychodzi więc taki moment, gdy nic się nie dzieje, choć bardzo bym potrzebowała, by się zadziało. Trochę to ode mnie wymagało cierpliwości, by nauczyć się w takich sytuacjach właściwie się zachować – tak, by nie narobić szkód w moim wnętrzu. Ale z czasem opanowałam (pewnie nie do końca, bo nadal się tego uczę) sztukę prowadzenia łodzi podczas „ciszy na morzu”.

Rekolekcje ignacjańskie
W trakcie ćwiczeń duchowych, które odprawiałam zaraz po skończeniu studiów, towarzyszyła mi duchowo pewna starsza siostra zakonna. Jestem jej do teraz bardzo wdzięczna za to doświadczenie wysłuchania, rozmowy, uśmiechu, łez, dobrego słowa i rady.
To był czas, gdy zastanawiałam się nad moją życiową drogą. Miałam pracę, przyjaciół, wspólnotę, ale cały czas zastanawiałam się, co Pan planuje dla mojego życia. To podczas tych spotkań właśnie usłyszałam zdanie, które rzuciło światło na te powtarzające się w sposób naturalny okresy ciszy i milczenia Boga w moim życiu. Pamiętam, że siostra zwróciła w moim kierunku swoją pomarszczoną, dobrotliwą twarz i uśmiechnęła się. „Uciesz się tym – poradziła. – Jeśli nie masz konkretnych wskazówek z nieba, to znaczy, ze Pan daje ci wolną rękę. Na pewno w odpowiednim czasie przekaże ci wszystko, objawi swoją wolę. Ale póki co, potraktuj ten czas jako wolną przestrzeń, którą możesz wypełnić w dowolny sposób! Wykorzystaj ten czas, rozgość się w nim!”

Pokój w sercu
W końcu więc przestałam się stresować, że nie wiem szczegółowo, jaka jest wola Boga względem mnie. To doświadczenie dało mi dużą wewnętrzną wolność. Pozwoliłam sobie na próby, również te nieudane. Wcześniej wydawało mi się, że muszę wszystko dokładnie wiedzieć, by przystąpić do pracy i frustrowało mnie to, że nie wiem dokładnie, czym mam się zająć.
Gdy patrzę na piątkę naszych dzieci i na mojego kochanego Brodacza, cieszę się, że moje powołanie może realizować się w małżeństwie, w rodzinie, że tworzymy razem dom, w którym mimo wyzwań i trudności jest MIŁOŚĆ.

Spóźnia się i jest na czas
Nadal oczywiście są kwestie, w których moje ludzkie działania nie wystarczają i potrzebne jest pilnie Boże wsparcie, Boże rozwiązanie, Boże światło. Niecierpliwię się wtedy. Niby spokojnie czekam, ale raz po raz pytam jak osiołek ze „Shreka”: „Ale daleko jeszcze?”. Może nie przewracam oczami, to nie to, ale zakrada się do mojego serca wątpliwość, czy sytuacja w jakiej w danym momencie się znajduję, kiedyś się wreszcie zmieni.
Podczas ostatniego spotkania naszej grupy dzielenia ktoś przywołał zdanie śp. ks. Pawlukiewicza o tym, że Bóg spóźnia się z pomocą, ale zawsze jest na czas. Tak, coś w tym jest, pomyślałam. Często tego doświadczam. Tego, że nie jest za pięć dwunasta, ale już pięć po. I że i tak zdąża na czas, ratuje, chwyta nad przepaścią, mówiąc w przenośni.
Rozgaszczam się wiec w mojej codzienności. Otwieram oczy i dziękuję, że śpiewają ptaki, że jest nowy dzień. Nie zamartwiam się o to, na co nie mam bezpośredniego wpływu, a co próbuje mnie ściągnąć w dół. Nie tworzę czarnych scenariuszy, choć mam w tym dużą łatwość. Wyznaczam sobie cel: dobrze przeżyć ten właśnie, jeden dzień. Nie zgorzknieć, nie żyć lękiem. Oddychać uwielbieniem. Przez ten jeden dzień. A jak Bóg da – także jutro.