Tagi

, , , , , , ,

Fot. Michał Kamiński

Mamo, ja już nie chcę chodzić do przedszkola, bo pani każe mi jeść warzywa! – wyznaje rozżalona E., gdy odbieram ją zaraz po podwieczorku. Dziewczynki machają nam na pożegnanie. Wyjątkowo ciepły, jak na październik, dzień sprawia, że przez chwilę czuję się, jakby za moment miały się zacząć wakacje. Pewnie dlatego odpowiadam córeczce, że już niedługo będzie w pierwszej klasie i nie będzie jadła warzyw w przedszkolu. Patrzy na mnie zdziwiona – rzeczywiście, z jej perspektywy to nie jest żadna chwila i żadne niedługo – to są zapewne całe wieki . Ale ponieważ bardzo lubi swoje przedszkole, łezki szybko obsychają, a warzywa (które skądinąd je w domu), przestają być problem. Już bawi się z braćmi, by za krótki czas pojechać z nimi na ulubione zajęcia.

Mamy wtedy wyjątkowy czas z mężem. Dom nagle staje się taki cichy – żartujemy, że to przedsmak tego, jak będzie, gdy dzieci wyfruną z gniazda. Najstarszy syn, uczeń szkoły średniej, wraca do domu, ale szczebiot maluchów pojawi się tu dopiero za chwilę. Teraz mamy czas dla siebie. Tak jak kiedyś, gdy mieszkaliśmy w tym domu tylko we dwoje. Ten czas to prezent dla nas. To nie są jakieś długie godziny. To akurat tyle, by usiąść przy kominku. Albo by usmażyć naleśniki, śmiejąc się i żartując. To tyle, by opowiedzieć sobie nawzajem o tym, co zdążyło wydarzyć się od rana u każdego z nas w pracy. Albo by po prostu pobyć ze sobą.

Czas to miłość, jak powiedział kardynał Wyszyński. Zgadzam się z tym całkowicie.

***
Niech zaś dla was, umiłowani, nie będzie tajne to jedno, że jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień. (2P3, 10)