Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Wczoraj kładłam młodsze dzieci do snu. Do pokoju, w którym panował już sprzyjający zasypianiu półmrok, synek wniósł zapalony lampion. Refleksy światła prześlizgnęły się po ścianach pokoju córeczki.
Na początku zrobiła nadąsaną minę: lampion był prezentem od chrzestnej synka. Ona takiego nie miała, więc udawała przez chwilę obrażoną. Jednak szybko przypomniała sobie, że ma drewniany domek ze światełkiem wewnątrz. Włączyła je i postawiła domek przy swoim łóżku. Jej brat, który wyjątkowo tego dnia zasypiał w jej pokoju, na chwilę zgasił światło w swoim lampionie, byśmy mogli podziwiać jasne smugi, jakie rzucał na ściany lampion jego młodszej siostry. Drewniany domek i duży, profesjonalny lampion stały potem obok siebie zgodnie, gdy dzieci cicho oddychały przez sen.
Czułam się trochę jak w jakimś baśniowym świecie (zapewne za sprawą jasnych refleksów na ścianach), ale – choć przez chwilę moje myśli pobiegły do grudniowych rorat – nie myślałam o zimie. W naszych stronach jest stosunkowo ciepło i jedyne, co spada z nieba to deszcz, nie mamy się co spodziewać śniegu, a do świąt jeszcze daleko.
Tym, co mnie urzekło, był ten drobny gest zgaszenia na chwilę swojego lampionu, by nikłe światło dobywające się z drewnianego domku jego siostry mogło stać się bardziej widoczne. E. go o to nie poprosiła; ja także na to nie wpadłam.
Pomyślałam jednak, jak dużo może mnie nauczyć ten krótki moment przed zaśnięciem moich dzieci.
Każdy z nas nosi w sobie światło. Czasem warto przygasić to, co może je przyćmiewać, by móc – choć na moment – pozwolić drugiej osobie zauważyć, jakie piękno nosi w sobie, jak wiele w niej jest delikatności i Bożego obdarowania.
I nie zawsze to, co bardziej rzuca się w oczy, jest najpiękniejsze. Nie zawsze też to, co profesjonalne i bardzo wyszukane, jest najbardziej pociągające dla naszej duszy.