Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Zadzwonił telefon. Nie spodziewałam się takiej propozycji. Tak, cuda się zdarzają, to prawda, ale tak bez ostrzeżenia? Gotowałam właśnie obiad i piekłam szarlotkę. To było jak grom z jasnego nieba. Musiałam głęboko odetchnąć i przez chwilę poczekać aż dojdę do siebie.

Niedawno byłam (zaproszona przez liderów) w zaprzyjaźnionej wspólnocie. Wspomniałam tam o tym, jak ważne jest życie wiarą we wspólnocie: nie puste deklaracje, nie rzucone od niechcenia „pomodlę się za ciebie”, by natychmiast zapomnieć, czego problem dotyczył.
Przywołałam wtedy ten biblijny obraz (fragment z Listu św. Jakuba):

„Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im:<Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta!>, a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała – to na co się to przyda?” (Jk 2, 15-16).

Nie przypuszczałam, że dwa tygodnie później jedna z osób z tej wspólnoty weźmie na serio moje słowa, tak bardzo, że aż będę miała wątpliwości, czy aby mi się to czasem nie śni.

Wyjaśnię pokrótce, skąd moje zaskoczenie i czego dotyczyła ta rozmowa przez telefon, gdy posypywałam właśnie jabłka cynamonem.

Jesteśmy siedmioosobową rodziną. W grudniu rozpoczynamy remont domu, w którym mieszkamy. Przygotowujemy się właśnie do tej akcji od strony logistycznej. A moja głowa pełna jest troski o moich najmłodszych, by mieli zapewnione dobre warunki na ten czas.

I wtedy dzwonią nasi przyjaciele. Są na spacerze z psem w lesie. Nie zgadzają się, byśmy czas remontu spędzili w miejscu, które według nich nie jest do tego najlepsze. I ni mniej, ni więcej proponują, byśmy po prostu… przeprowadzili się do nich.

Na chwilę odbiera mi mowę. Nie spodziewałam się tego. Nie przeszło mi to nawet do głowy. Opowiadając im o czekającym nas remoncie, myślałam, że udzielą mi jak zwykle po prostu emocjonalnego wsparcia – tak bardzo zresztą cennego dla mnie.

Ale ten telefon, można powiedzieć, że „zwalił mnie z nóg”. (Przy okazji przypomniałam sobie słowa wykładowcy na zajęciach z psychologii społecznej, że dobre wiadomości też mogą spowodować szok dla psychiki i okazać się stresujące ;)

Tego bym po prostu nie wymyśliła, o tym bym nawet nie zamarzyła. Dom, w którym mamy spędzić te kilka dni (niecały tydzień), to był, można powiedzieć, szok ;)

Jestem wdzięczna. Bardzo. I w tym wszystkim widzę Boże działanie.

Nie dalej jak tydzień temu dziękowałam Bogu za życie zgodne z powołaniem, za to, że jestem w odpowiednim miejscu, że realizacja mojego powołania jest tym, co daje mi poczucie spełnienia, że nie muszę nigdzie gnać, niczego nikomu udowadniać, szarpać się z nikim.

Jestem szczęśliwa, będąc żoną, mamą, będąc w mojej pracy, we wspólnocie, żyjąc moją codziennością. Oczywiście, mierzę się z różnymi wyzwaniami, ale nie mam poczucia, jakbym musiała teraz walczyć z wiatrakami albo porywać się z motyką na słońce.

Mam za to przekonanie, że powinnam, patrząc z wiarą, skupić się bardziej na tym, co Bóg dla mnie robi, niż na tym, co ja robię dla Niego.

I proszę – tydzień później, nawet niecały- spotyka mnie taka niespodzianka. Taka łaska. Dar darmo dany. Nie umiem nie zobaczyć w tym prezentu od Boga i wielkiej wiary moich przyjaciół.