Tagi
#codziennosc, #DanutaKaminska, #dobreslowo, #miłość, #nadzieja, #nowaewangelizacja, #relacje, #słowoboże, #zdrowiepsychiczne

Fot. Danuta Kamińska
Niby nie angażujemy się jakoś mocno w dyskusję o dronach, a jednak temat przewija się trochę w naszych rozmowach: w pracy, w domu, wśród znajomych. Może nie o same drony padają pytania, ale o to, co przed nami albo co „w razie W”.
Ktoś wspomina opowieści swojej babci, dawno już nieżyjącej, o tym, jak wyglądało przejście Czerwonoarmistów przez rodzinną miejscowość, ktoś inny snuje plany szybkiej ucieczki z kraju w przypadku zagrożenia wojną, a jeszcze inna osoba mówi o tym, że nie zamierza nigdzie uciekać. Zostaje. Jeszcze inna trywializuje temat, wzrusza ramionami.
Co nas łączy, a co dzieli, zadaję sobie pytanie, przysłuchując się tym wypowiedziom. W takich momentach wychodzą na światło dzienne głębsze motywacje, uwaga skupia się na wyższych wartościach niż stawianie sobie za życiowy cel tego, by mieć bardziej zieloną trawę niż sąsiad (i nie jest to tylko przenośnia w przypadku niektórych ;).
„W sercu mam pokój, gdy wokół wojna” – słowa tej pieśni wyrażają to, co czuję. Rzeczywiście, wojna jest „zaraz za progiem”, ale w moim sercu jest pokój. Nie tylko dlatego, że na wypadek zagrożenia pierwsze świeckie przykazanie brzmi: „Nie wpadać w panikę. (Nie siać paniki)”. Również dlatego, że pierwszym, co mi podpowiada wiara, jest zaufanie. Zaufanie Bogu. Ufność, że niezależnie od tego, co się wydarzy (lub: nie wydarzy), On będzie z nami, aż do śmierci, a nawet dalej.
Moja nadzieja (w Roku Jubileuszowym, ale nie tylko w tym jednym roku) nie zakłada wcale, że wszystko będzie dobrze. (Nie jestem wyznawczynią „Ewangelii sukcesu”, co więcej, choć nie jestem teologiem, uważam – na swój prywatny użytek – że jest ona współczesną formą herezji, deformacją Ewangelii).
Moja nadzieja zakłada, że może być (i zapewne będzie) w wielu momentach źle (dobrze, że nie musimy znać wszystkich etapów drogi, zanim w nią wyruszymy…).
Moja nadzieja w roku „Pielgrzymów nadziei” (i nie tylko w nim) zakłada, że nie muszę wszystkiego wiedzieć, wystarczy bym ufała.
Moja nadzieja mówi mi, że Bóg jest wierny i nie opuści człowieka. Nawet jeśli człowiek będzie szedł przez ogień lub wodę, jak wspomina Księga Izajasza, bo i takie etapy drogi bywają.
Wystarczy, z Bożą pomocą, nie stracić nadziei. Zaufać Mu.
Byleby zachować duszę, bo ciało mogą nam (w znaczeniu, że jest to możliwe, a nie w znaczeniu przyzwolenia na zło) zranić, zhańbić, zabić. Ale duszy nam nie odbiorą. Choćby nasza dusza była „po przejściach”, wystarczy, by zachowała nadzieję. Choćby była osamotniona, nigdy nie będzie sama.
Moja nadzieja mówi mi, że nie jest wytworem moich wysiłków: dostałam ją jako dziecko, niedługo po urodzeniu, w czasie chrztu. Nie muszę jej więc w sobie „produkować”, już ją mam. (Od wielu już lat – ale nie podam tu dokładnej ich liczby, bo nie o tym jest ten wpis ;) – a jednak jest ona stale „młoda”, wciąż świeża i życiodajna).
Moja nadzieja potrzebuje pielęgnowania i praktykowania. Nie „stwarzania”, bo Bóg już ją we mnie stworzył. W Tobie również. Nosisz ją w sobie. I to nas łączy.
Wolę skupić się więc na tym, co jest nam wspólne, a nie na tym, co dzieli ;).
