Tagi
#biblia, #codziennosc, #DanutaKaminska, #dobreslowo, #ewangelizacja, #franciszek, #LaudateDeum, #miłość, #przyroda, #relacje, #rodzina, #słowoboże, #wdzięczność, #wiara, #zdrowiepsychiczne

Fot. Danuta Kamińska
Przeczytałam dwa dni temu „Laudate Deum” – najnowszą adhortację papieża Franciszka i myślę nad tym, czego ona dotyczy, a mianowicie o odpowiedzialności klimatycznej.
Bardzo poruszający był dla mnie kilka lat temu inny dokument papieża Franciszka – encyklika „Fratelli Tutti”, którą przeczytałam „jednym tchem”. Podobnie było z wcześniejszą nieco encykliką „Laudato si”. Obydwie poruszają tematykę odpowiedzialności za świat – za miejsce, w którym żyjemy i za ludzi, z którymi żyjemy na tym świecie.
Ale z adhortacją było nieco inaczej – nie wszystko mi w niej dźwięczało czystym, przyjemnym dla ucha tonem. Nie musiało – nie taki jest jej cel przecież.
Przyjmuję jej treść i nie mam wątpliwości: to jest nasz wspólny dom. Nie możemy być aż tak oderwani od rzeczywistości, by nie dostrzegać, co się z nim dzieje (ani tak skupieni tylko na tym, co „namacalne”, by zapomnieć, że „nasza ojczyzna jest w niebie”, jak przekonuje św. Paweł w Liście do Filipian).
Zatrzymując się na treści „Laudate Deum”, myślę o pewnej zmianie, która się we mnie dokonała już jakiś czas temu, ale zanim opowiem o tym, podzielę się jeszcze krótką historią, w pewien sposób wiążącą się z poruszanym tematem.
Pół roku temu do naszego domu zawitały dwie świnki morskie. Przyjęliśmy je ze schroniska. Miały pół roku, tak ocenił weterynarz. Ktoś porzucił je w lesie, ale na szczęście ktoś inny natknąwszy się na nie, zabrał do fundacji zajmującej się ratowaniem tych małych zwierząt.
Zanim do nas trafiły, w naszym domu odbyło się wiele burzliwych narad. Wyłożyliśmy na stół wszystkie „za” i „przeciw”. W końcu przekonaliśmy największego oponenta i zaczęliśmy przygotowania. Pokój jednego z synów został przystosowany do potrzeb małych futrzaków.
Jeszcze zanim do nas dotarły, mieliśmy spotkanie z innymi świnkami morskimi (i oczywiście z ich właścicielami), by dowiedzieć, jak to jest opiekować się takimi małymi zwierzątkami. W końcu nadszedł dzień, gdy „nasze” świnki pierwszy raz pojawiły się w domu na Jaśminowej. Musieliśmy uzbroić się w cierpliwość – przez pierwszych kilka dni bały się wyjść ze swojego domku, nie było mowy nawet o pogłaskaniu ich. Dzisiaj, gdy mija pół roku od ich zadomowienia się u nas, śmiało mogę powiedzieć, że czują się z nami bardzo dobrze, podobnie jak my z nimi.
Kilka dni temu, gdy pochorowałam się i byłam w domu na L4 , mój syn, widząc, że moje samopoczucie nie jest zbyt dobre, powiedział: „Mamusiu, a teraz świnkoterapia!” i podał mi Benia, a potem Franka. Kolejno brałam czworonogi na kolana i głaskałam je. Ufnie patrzyły mi w oczy i wydawały śmieszne dźwięki, które zinterpretowałam jako wyraz zadowolenia.
Jako dziecko nie miałam zwierzątka. Trudno też powiedzieć, bym miała jakąś świadomą wieź z przyrodą. Gdy zaraz po studiach, będąc na rekolekcjach ignacjańskich, usłyszałam na jednej z konferencji – wprowadzających w medytację biblijnego tekstu – o tym, że jesteśmy – bardziej, niż nam się wydaje – częścią stworzenia, a nie tylko jego „konsumentami”, wydawało mi się to trochę dziwne i nieprzystające do „poważnych rekolekcji”. Jednak ten sposób myślenia stał mi się w końcu bardzo bliski – krok po kroku zmieniała się moja mentalność i gdy patrzę wstecz, nie mogę się nadziwić, że prawd, o których słyszałam w tamtym wprowadzeniu do medytacji, tak długo nie traktowałam jako coś oczywistego i „mojego”.
Odpowiedzialność za środowisko nie była wtedy czymś powszechnym. Myślę, że dopiero moja przeprowadzka na wieś pomogła mi docenić piękno przyrody i nauczyć się szacunku dla niej.
Ale zmiana dokonała się już wtedy, podczas tamtych rekolekcji ignacjańskich, gdy zakiełkowała we mnie myśl, że może nie mam racji, że może warto otworzyć się mentalnie na inną perspektywę, że może warto w pokorze uznać, że świat, w którym żyję, nie może być już dłużej w sposób egoistyczny i bezrefleksyjny eksploatowany.
