Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Pewien mężczyzna co dzień siadał w cieniu i prosił przechodniów o jałmużnę. Wyciągał rękę i wypowiadał wciąż tę samą formułkę. Część osób decydowała się na wsparcie go jakąś drobną sumą, część natomiast przechodziła obojętnie, niewzruszona jego prośbami.

Pewnego jednak dnia ktoś z przechodniów zachował się inaczej niż wszyscy inni do tej pory. Zatrzymał się, pochylił nad mężczyzną i zapytał, na czym ten siedzi. „Na skrzyni”, padła odpowiedź. Przechodzień zachęcił żebraka, by sprawdził, co się w niej mieści. „To zwykła skrzynia”, oponował tamten. Nieznajomy jednak nie ustępował w namowach, aż wieko zostało podniesione, ukazując oczom obserwatorów drogocenny skarb: złoto i szlachetne kamienie.

Być może tę historię już gdzieś wcześniej słyszałam, przypomniała mi się ona natomiast podczas niedawnej lektury jednej z książek, przywołana jako anegdota, czy może raczej jako przypowieść o naszym życiu.

Czasem rzeczywiście to, co cenne, jest na wyciągnięcie ręki, długo przez nas niezauważane.

Takim skarbem jest nasza codzienność, niesłusznie nazywana szarą. Być może to właśnie w niej, w codzienności, czujemy się jak żebracy. Wyciągamy rękę do przechodniów, czy może raczej do różnych „umilaczy” (elektronicznych, cukrowych, adrenalinowych i jakich tam jeszcze), by nas wybawiły z tej nieznośniej zwyczajności. „Niech wreszcie się coś zadzieje”, myślimy. Ale właśnie tam, bliżej niż przypuszczamy, w skrzyni naszego życia, znajduje się odpowiedź na nasze tęsknoty i pragnienia, tam ukryte są najcenniejsze dla nas skarby.

Nie jesteśmy wcale żebrakami – emocjonalnymi czy społecznymi. Nie musimy sztucznie stymulować uczucia satysfakcji i wewnętrznej sytości. „Umilacze” nie zapełnią naszej pustki ani nie nasycą głodu (nieco innego niż zwiastuje nam ssanie w żołądku). Siedzimy nie na bombie, jak może czasem nam się wydaje, ale na skrzyni z bogactwem naszego życia.

Gdzie jest skarb, gdzie jest to, co nadaje sens naszym porankom i wieczorom? Pod warstwą kurzu, pod tym, co staje się rutyną, pod tym, co z czasem zdaje się być wyblakłe i bez znaczenia. W naszym zwykłym, w kolejnym dniu. Nie w tym, co chwilowe i ekscytujące – w tym, co stałe i powtarzalne.

Czasem potrzebny jest nam kolejny krok: krok w głąb. Nie ucieczka od tego, co tworzy naszą codzienność, ale wejście w jej głębszą warstwę.

Właśnie tam, gdzie jesteś, spotyka Ciebie Pan.

Jak Gedeona, który przesiewał ziarno, oglądając się niespokojnie, czy nie zostanie napadnięty przez wrogów. Jak Maryję w jej cichym Nazarecie, jak Józefa – we śnie. Jak Mojżesza podczas wypasania owiec teścia. Jak Pawła (Szawła) w trakcie wyprawy do Damaszku. Jak Piotra – podczas łowienia ryb. Jak Mateusza, siedzącego za stołem. Jak Amosa, przycinającego gałązki sykomory.

Właśnie w tym, co zwykłe. Niezbyt chwalebne i wcale nie błyszczące. W Twojej i mojej słabości.

W naszej ranie. Naszej niemocy.

Tam objawia się Jego moc.

Wystarczy tylko wstać i uchylić nieco wieko skrzyni, na której wciąż siedzimy.

***

„Moim działem jest Pan – mówię,
by zachować Twoje słowa.
Z całego serca dbam o przychylność Twojego oblicza,
zmiłuj się nade mną według swej obietnicy!
Rozważam moje drogi
i zwracam stopy do Twoich napomnień.
Śpieszyłem bez ociągania,
by przestrzegać Twoich przykazań.
Oplotły mię więzy grzeszników:
nie zapomniałem o Twoim Prawie.
Wstaję o północy,
aby Cię wielbić
za słuszne Twoje wyroki.
Jestem przyjacielem
wszystkich, którzy się boją Ciebie,
co strzegą Twych postanowień.
Twoja łaska, Panie,
napełnia ziemię:
naucz mnie Twoich ustaw!” (Ps 119, 57-64)