Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Nowe miejsce spotkań naszej wspólnoty. Najpierw spore kłopoty z kluczem do salki, potem konstatacja: jest nas garstka. Ale wreszcie to, co najważniejsze: Boża obietnica, ze tam gdzie dwaj lub trzej, tam On jest pośrodku. I tego się trzymamy.

Obozy sportowe naszych synów: na jednym jest dwójka, na drugim jest jeden, ale odbywają się one w tym samym czasie. Tam gdzie jest nasza dwójka, dwa kilometry w jedną i dwa w drugą stronę  idzie z nimi trener do najbliższego kościoła na niedzielną Mszę  świętą. Na tym drugim, gdzie jest tylko jeden spośród naszych synów, nie ma zgody na uczestnictwo. Po telefonie męża udaje się uzyskać jedynie to, że chętne dzieci „obejrzą” Mszę świętą na ekranie komputera. Oprócz naszego syna chętny jest jeszcze tylko jeden chłopiec. Dwa różne obozy (oba sportowe) i dwa różne podejścia…

Dwie państwowe szkoły podstawowe oddalone od siebie o kilka kilometrów, obie wiejskie. W jednej wewnątrz nad drzwiami wisi piękny, zabytkowy krzyż sporych rozmiarów, w drugiej nie ma krzyży, bo rodzice sobie nie życzyli. Podobno ci, którzy byli za, nie „przebili się”. Smutna sprawa. Pozostaje mi tylko dziękować Bogu, że nasze pociechy chodzą do szkoły z krzyżem (i z wieńcem adwentowym w holu w grudniu oraz z sensownymi katechetami), a jedyne co mogę zrobić, chcąc wesprzeć rodziców uczniów z tej drugiej szkoły, to podpisać petycję o powrót krzyży.

Jednak z roku na rok dociera do mnie, że być może jesteśmy w mniejszości. To nic tragicznego, ale od dzieciństwa słyszałam o statystykach, z których wynikało, że osób wierzących jest jednak sporo w naszym kraju. Nie chcę analizować w tym momencie, co się złożyło na ten obraz i dlaczego uległ on zmianie.

Na chwilę chcę się skupić za to na doświadczeniu bycia w mniejszości jako osoba wierząca. Mocno to odczułam na studiach podyplomowych. Ale też coraz mocniej dociera do mnie, ze sporo osób spośród tych, które wcześniej deklarowały się jako katolicy albo jako poszukujący ludzie teraz – z takich czy innych powodów – nie chce słyszeć o niczym, co z katolicyzmem może się choćby kojarzyć.

Dwa lata temu na propozycję zorganizowania ogniska w piątek zareagowała wychowawczyni jednego z naszych dzieci, tłumacząc, że to jakoś niezręcznie łączyć kiełbaski i piątek, na co jedna z mam wykrzyknęła, że jak komuś przeszkadza, to niech pyrę upiecze i nie zawraca głowy.

Dla osób spoza Wielkopolski na marginesie dodam (ale być może ten dodatek nie jest konieczny), że pyra to po prostu ziemniak, a nie wersja wege mięsnego dania).

„Mało nas, mało nas do pieczenia chleba”, chciałoby się zamruczeć pod nosem, ale może warto za to zaśpiewać, i to pełną piersią: „Odnawiasz moje życie jak u orła, jak młodego orła do lotu porywasz mnie” i nie chować głowy w piasek, nie martwić się, że jest się w mniejszości.

Przyjmuję do wiadomości, że jest nas być może niewielu. Ale gdzie dwóch lub trzech… Przecież i  niewielka ilość zaczynu ma moc zakwasić całe ciasto, i maleńkie nasionko ma moc wyrosnąć na  potężne drzewo. Nie myślę o potędze instytucjonalnej, kapiącej złotem świątyni z kamienia, administracji i urzędnikach. Myślę o wierze, która ma siłę wulkanu, mimo że jest niepozorna jak  ziarnko piasku. Ale jeśli jest żywa, nic jej nie przemoże, bo stoi za nią Pan!

***

 

 

 

„Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo.” Łk 12, 32