Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Niedługo zaczynają się u nas ferie. Dla mnie nie oznacza to jakiejś wielkiej zmiany – w pracy nie mamy przerwy ani urlopu. Za to dzieci na pewno odetchną. Jadę z nimi na weekend do znajomej – już nie mogą się doczekać, zwłaszcza że wybieramy się tam pociągiem.
Dla mnie natomiast luty – mimo ferii – zapowiada się bardzo intensywnie. Nie dlatego, że wzięłam sobie na głowę tyle spraw. One pojawiły się „po drodze”. Ale i takie miesiące się zdarzają przecież.

Jak na ironię, kalendarz w moim pokoju w pracy prezentuje w lutym błogi widok łąki i dwóch motyli. Patrząc na to zdjęcie na ścianie, przenoszę się na chwilę do czasów, w których jako mała dziewczynka chodziłam z rodzicami na długie spacery. To była nasza forma spędzania wolnego czasu. Czytanie książek i długie wyprawy. Do lasu, na łąkę i w góry, u podnóża których wtedy mieszkaliśmy. Rodzice uczyli mnie nazw i właściwości roślin, które po drodze napotykaliśmy, obserwowania zwierząt – rozróżniania ich śladów w lesie, słuchania ptasich śpiewów, zauważania owadów na łące i przyglądania się motylom. Zachwytu nad przyrodą.
Wieczorami natomiast brali nas na balkon i uczyli – mnie i moje rodzeństwo – odnajdywania gwiazd i planet na niebie. Spektakl nad naszymi głowami wciągał nas na tyle, że uczyliśmy się nazw tych ciał niebieskich, mimo że nikt nie wymagał od nas tego w szkole. O zawrót głowy przyprawiała wtedy myśl, że jesteśmy maleńkim punkcikiem we wszechświecie i że – mimo tego, co widać gołym okiem – ziemia krąży jednak wokół słońca, a ono jednak wcale nie wschodzi i nie zachodzi.

W moim dziecięcym świecie było miejsce na mrówki, które wchodziły uparcie na grządkę, którą uprawiałam w ogródku naszych sąsiadów i na krowę, która zawędrowała kiedyś, nie wiedzieć czemu, na nasze osiedle z pobliskich łąk, i na konia, który pod nasz blok przywiózł wiejskim wozem płytki ceramiczne, które potem mój tato dzielnie kładł w naszej łazience i kuchni. Było miejsce na psy, błąkające się po okolicy, i na rybki w szkolnym akwarium, które w ferie przychodziliśmy co dzień karmić, mimo że nie było przecież wtedy lekcji.
Ferie były po prostu bieganiem od rana do wieczora po podwórku, zjeżdżaniem na sankach, jeżdżeniem na łyżwach i wpadaniem do państwa M. na herbatę i chleb z serem, gdy się już trochę zmarzło. Teraz ferie wyglądają zupełnie inaczej – i dla mnie, i dla moich dzieci. Nie lepiej, nie gorzej – po prostu zupełnie inaczej.

To, co przed nami, jest niezapisaną kartą. Lubię myśleć o tym, że „najpiękniejsze jest jeszcze przed nami”, jak mawiamy często na kursach prowadzonych przez naszą wspólnotę. To Bóg trzyma w rękach nasze życie. Okoliczności się zmieniają, na wiele rzeczy nie mamy wpływu, ale wierzę, że nie jesteśmy bezwolnym przedmiotem, miotanym wiatrem to tu, to tam.

Bardzo lubię słowa pieśni, napisanej przez Grahama Kendricka: „Chcę zmienić bieg historii świata, chcę nowe karty w niej zapisać./ Pragnę być piórem w Twojej dłoni, pragnę być wierny aż do końca.” Wiem, że nie chodzi o wywracanie porządku świata do góry nogami, ale o małe zmiany w swoim otoczeniu. O zmiany w swoim życiu. O bycie „piórem w Bożej dłoni”. Właśnie teraz. W lutym. W te ferie.