Tagi
#chrzescijanstwo, #codziennosc, #DanutaKaminska, #droga, #ewangelizacja, #miłość, #odpoczynek, #relacje, #rodzina, #wdzięczność, #wiara

Fot. Danuta Kamińska
To chwytliwe hasło nie zawsze jest prawdziwe, ale w niektórych obszarach naszego życia rzeczywiście okazuje się cenną wskazówką.
Dla mnie na przykład mniej bodźców to więcej spokoju, wewnętrznej równowagi, zdolności koncentracji uwagi, więcej zasłuchania (i też słyszenia, również tego wewnętrznego). To lepsza jakość kontaktu z drugim człowiekiem, to wejście w głąb, żeby nie ślizgać się po wierzchu.
Nie jestem wyznawcą minimalizmu, jestem przeciwnikiem nadmiaru.
Niedawno uświadomiłam sobie, że niezależnie od tego, jak potoczy się moje dalsze życie, potrzebuję świadomie przeżyć fakt, że śmierć jest blisko (nawet gdyby była dopiero za pięćdziesiąt lat, jest to relatywnie blisko ;). Nie wiem oczywiście, kiedy odejdę, ale dla dobrego przeżycia mojego życia potrzebuję mieć żywą świadomość końca tego ziemskiego odcinka.
Jest to doświadczenie rzeczywiście bardzo uwalniające i nie budzi ono we mnie lęku – wprost przeciwnie: wielką ufność.
Ktoś napisał mi dziś rano: „Jesteś w Bożych rękach. Najlepszych!!!”. Tak właśnie to widzę, tak właśnie tego doświadczam.
Mniej znaczy więcej. Mniej myślenia o tym, jak to będzie, mniej tworzenia scenariuszy na wypadek gdyby – mniej. I więcej wewnętrznego pokoju w związku z tym. Tak właśnie u mnie teraz jest, dzięki Bogu.
Od kilku dni powtarzam w myślach te słowa: „I w życiu, i w śmierci należymy do Pana” (Rz 14, 8). Mocnym echem odbijają się one w moim sercu.
