Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

– Skleiłem sobie palce super glue – żali mi się pół żartem pół serio mój przełożony w pracy. (Szybki rzut oka na jego dłonie utwierdza mnie w przekonaniu, że nic złego się nie dzieje, klej rzeczywiście został na powierzchni palców, ale ich nie skleił).
– Dobrze, że nie tak – odpowiadam mu w podobnym tonie, składając palce w szczyptę.
– I że nie tak – dopowiada i składa dłonie jak do modlitwy.
– Oj, to byłoby źle – przyznaję. – Trzeba być i do tańca, i do różańca.
– Ja na przykład jestem bardziej do tańca – stwierdza, przekornie przechylając głowę, i śmieje się.
-Najważniejsze, by była równowaga – odpowiadam, również z uśmiechem.

Wracam na górę do swojego pokoju i nagle nachodzi mnie chęć, by zatańczyć z moim mężem. Rok temu tańczyliśmy? Chyba tak. Chociaż – właściwie niecały rok temu. Ale to i tak naprawdę zbyt dawno.

Nie lubię dużych imprez, wolę kameralne. W wakacje wesele przeszło nam koło nosa, mimo że mieliśmy zaproszenie – czasem tak bywa. Z drugiej strony – „do tańca” to nie tylko o tańcu przecież. W końcu zatańczymy, tak dosłownie, ale teraz chcę przez chwilę zatrzymać się przy myśli, że w tym starym powiedzonku ukryta jest mądrość życiowa: każda skrajność jest pewnego rodzaju zagrożeniem.

Potrzebujemy zarówno zadumy, jak i karnawału. Śmiechu i łez. Zabawy i umartwienia. Równowaga jest bardzo ważna.

Dlatego ręce sklejone super glue nie budzą we mnie dobrych skojarzeń. Każde sklejenie, czy to z drugą osobą, czy z jakąś ideą, nie jest zdrowe.

Modlitwa nie polega na sklejaniu dłoni, ale na powierzeniu się ufnie Bogu, w którym „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17, 28). Lubię składać dłonie, wierząc, że On je bierze w swoje. Niekoniecznie dosłownie.