Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Fot. Jonasz Kamiński

Wróciłam z synami z krótkiego wypadu do miasta.
Mąż mówi, że musi mrużyć oczy, taki blask od nas bije. Wiem, że żartuje, ale z drugiej strony, w duchowym sensie, ma wiele racji: wracamy właśnie ze spowiedzi.

Bardzo lubię te wyprawy z moimi dziećmi. Są inne od tych nad jezioro czy do lasu, które też bardzo lubię, ale te różnią się od nich jedną zasadniczą rzeczą: twarze dzieci, gdy wracamy od spowiedzi, są jakby rozjaśnione. Często chłopcy mówią mi, że czują ulgę, że jest im lżej na sercu.

Wiem, że oprócz rozgrzeszenia, które jest oczywiście zasadniczą kwestią, otrzymują tam także zawsze dobre słowo i życzliwość, uwagę, uśmiech.
A w drodze powrotnej zawsze im coś „wskakuje”- to taki rodzinny zwyczaj. Może nie jest to od razu biblijna uczta dla młodszego syna (zwanego marnotrawnym), ale jakaś jej symboliczna część.
I jeszcze jeden zwyczaj mamy: palenie, zaraz po powrocie, karteczek z grzechami w naszymi domowym kominku. Też symbol, ale bardzo wymowny.

Dzieci przypominają mi, że Bóg wybacza NAPRAWDĘ, a nie na niby, NA ZAWSZE, a nie do pierwszej okazji, w której mógłby mi wypomnieć wcześniejszy błąd czy upadek.

I że wszystko można zacząć od początku, bo jest Ktoś, kto kocha.

***

„A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął, a odnalazł się.” (Łk 15,32)