Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Odprawiam rekolekcje ignacjańskie w codzienności, z towarzyszeniem duchowym, ale bez konieczności wyjazdu. To wielkie błogosławieństwo dla mnie. Jestem w połowie (dwa tygodnie już za mną i dwa przede mną). Nie mogę się nadziwić bogactwu tego czasu. Czuję się tak, jakby ktoś otworzył mi drzwi do skarbca. Albo lepiej: do spiżarni. :)

Mamy w domu takie pomieszczenie, które nazywamy spiżarnią, choć jest to tylko doklejony do bryły budynku miniaturowy pokoik, w którym mieści się kaloryfer i wysoki regał z przetworami własnej roboty. Ponieważ w naszym rejonie zabronione jest stawianie podpiwniczonych budynków, mamy coś, co nam zastępuje piwnicę. Wejście do tego pomieszczenia prowadzi z tarasu. Są tam nasze „skarby” – słońce zamknięte w szkle.

Dzieci uwielbiają tam biegać, zwłaszcza po to, by przynieść domowy kompot do obiadu. Czasem zdarza nam się przeżyć chwilę miłego zaskoczenia, gdy odkrywamy, że mamy tam jeszcze słoiczek naszych konfitur lub przetarte pomidory z naszego ogródka, a byliśmy pewni, że już tych przysmaków nie ma w naszych zapasach.

Podobnie, a może jeszcze bardziej, jestem zaskoczona, wchodząc coraz dalej i głębiej w rekolekcje ignacjańskie o radości codzienności. Odkrywam to, co już jest, choć czasem pokryte kurzem, a także to, o czego istnieniu nie miałam pojęcia.

Poranki, gdy jeszcze cały dom śpi, są dla mnie najlepszą porą na te rekolekcyjne spotkania. Pomagają mi zobaczyć z innej perspektywy to, co jest moją codziennością, przede wszystkim zobaczyć ogrom obdarowania.

Dzięki Bogu. I dzięki ludziom. Oraz dzięki pięknu przyrody.