Tagi
#biblia, #chrzescijanstwo, #codziennosc, #DanutaKaminska, #ewangelizacja, #Maryja, #miłość, #nowaewangelizacja, #relacje, #słowoboże, #zdrowiepsychiczne

Fot. Danuta Kamińska
Maryja często kojarzona jest z cichością i milczeniem. Z pokorą i przyjmowaniem Bożej woli bez zastrzeżeń.
Wszystko się zgadza, tylko brakuje jednego elementu: Maryja, jaką poznajemy na kartach Ewangelii, jest też odważna i zadaje trudne pytania.
Przy zwiastowaniu pyta, jak to się stanie, skoro nie zna męża. W scenie odnalezienia w świątyni pyta, dlaczego Syn coś takiego zrobił, skoro szukali Go „z bólem serca”. W Kanie nazywa po imieniu trudną sytuację: „Nie mają już wina”. Widzimy ją także podczas publicznej działalności Jezusa, gdy przychodzi wraz z krewnymi, którzy chcą powstrzymać Go, „mówiono bowiem, że odszedł od zmysłów”.
W Maryi możemy odnaleźć wzór nie tylko słuchania, ale i mówienia. Mówienia także tego, co niewygodne czy trudne, bo wiara przecież nie polega na tym, by zamiatać wszystko pod dywan lub przenosić się z parafii do parafii, gdy pojawi się problem.
Mamy prawo pytać, „jak to się stanie” oraz „czemuś nam to uczynił”. Mamy prawo zauważać trudne sytuacje i zwracać się z tym bezpośrednio do Jezusa („nie mają już wina”). W końcu, mamy prawo nie rozumieć, jak Ona wtedy, gdy ze wszystkich stron docierały do Niej informacje, że coś niepokojącego dzieje się z Jej dorosłym już Dzieckiem i gdy poszła to wraz z rodziną sprawdzić.
Maryja jest patronką odważnego odzywania się. Choć przez wieki w niektórych zakątkach świata Jej postać wykorzystywana była do uczenia kobiet, aby przede wszystkim milczały i nie zadawały pytań, to jednak nie taki kierunek prezentuje oficjalne nauczanie Kościoła. Nie taka też jest Maryja. Nie uczy nas nabierania wody w usta i bycia cierpiętnicą czy cierpiętnikiem.
Jej życie należało do trudnych i zaraz po zwiastowaniu „odszedł od Niej anioł”, jak czytamy w Piśmie Świętym. Nie przestała jednak żyć refleksyjnie, zadając pytania, czasem na głos, czasem w głębi serca, jak wtedy, gdy „rozważała, co by miało znaczyć to pozdrowienie”. I przechowywać wszystkie te sprawy w swoim sercu.
Ona nie miała podsuwanych gotowych odpowiedzi ani formułek. Jej życie nie przypominało realizacji projektu ze scenariuszem w ręku. Musiała dojść do tego sama, odkryć to, co i my odkrywamy, czasem w pocie czoła: na czym w szczegółach i w codzienności polega życie oddane Bogu.
Jest dla mnie przede wszystkim nieustającą inspiracją, nie tylko w październiku.
