Zdrowy dystans

Tagi

, , ,

Fot. Danuta Kamińska

„Jakie piękne!” – córeczka ujmuje w malutkie dłonie kolczyki w moich uszach i przygląda się jak błyszczą. Patrzę w jej roziskrzone oczy. Ufne, dziecięce spojrzenie sprawia, że coś dobrego rodzi się w moim sercu.  Za chwilę zerkam na moje pociechy siedzące wokół stołu, gdy smażę dla nich naleśniki. Widzę ich trochę inaczej niż na co dzień, bo z lekkiego dystansu. Uśmiecham się, bo nagle pięknieją, a ja biorę oddech. Gdy jestem w ferworze walki z codziennymi przeciwnościami, tracę czasem odpowiednią perspektywę. Czuję się jak na placu boju, a wieczorem, jakbym stoczyła niejedną bitwę. Jednak nie musi tak być. Warto łapać zdrowy dystans – przypominam sobie raz po raz. Pandemia i zdalne nauczanie nie ułatwiają mi tego zadania, ale jednak – z Bożą pomocą – udaje mi się znaleźć każdego dnia coś pięknego.  Otwieram oczy, gdy jeszcze jest ciemno, ale gdy jestem już gotowa, niebo zalewa światło porannej zorzy. Zachwyca mnie. Muszę przystanąć. I podziękować. Z innej perspektywy spojrzeć na zaczynający się dzień.

W tych momentach chwytania zdrowego dystansu do otaczającej nas rzeczywistości bardzo pomaga mi wyjście na zewnątrz, kontakt z przyrodą, cisza… Niedawno udało nam się całą rodziną na wyjechać długi spacer (wzięliśmy hulajnogi i rowery). Świeże powietrze, słońce i dłuższa chwila beztroski – tego było mi trzeba. To, co wokół nie było już tak bardzo ważne. Istotniejsze było to, co wewnątrz.

***

PS Wczoraj A.i E. urządzili bal dla swoich dzieci, czyli szóstki lalek (dla dwóch „lalków” i czterech lalek). Książka mojego autorstwa służyła im jako przewodnik, jak przygotować przyjęcie (jest o czym innym, jakby co!). Patrzyłam zdumiona, widząc jak naśladują niektóre z moich zachowań i słów (na szczęście te dobre, uff ; )

***

(…)popadłem w ucisk i udrękę.
Ale wezwałem imienia Pańskiego:
«O Panie, ratuj me życie!»

Pan jest łaskawy i sprawiedliwy
i Bóg nasz jest miłosierny.
Pan strzeże ludzi pełnych prostoty:
byłem bezsilny, a On mię wybawił.
Wróć, moja duszo, do swego spokoju,
bo Pan ci dobrze uczynił.” (Ps 116, 3b-7)

Nie w porę

Tagi

, , ,

Fot. Danuta Kamińska

Oglądam pączek róży, który rozwija płatki obok dojrzałego owocu głogu, na tym samym krzewie. Kwiat wygląda przepięknie i cieszę się z tej niespodzianki. Przypominam sobie maki, które zakwitły kiedyś w listopadzie niedaleko naszego domu. Były cudne. Barwną plamą odznaczały się na tle jesiennej szarości, błota, kałuż… Teraz oglądam krzew i zastanawiam się, co może mi on powiedzieć. Może to, że zawsze jest pora na piękno, na dobro, na nadzieję, nawet jeśli okoliczności nie są zachęcające, mówiąc delikatnie.

To chyba nie jest pora na kwitnięcie dzikich róż. A może się mylę? W ogóle nie jest pora na różne rzeczy. Albo odwrotnie: jest pora, ale nie czas. Nie czas na spotykanie się, na wyjście do teatru, do kawiarni, biblioteki. Pora – tak, jak najbardziej: jesienna, dżdżysta pogoda jak co roku wpłynęłaby na zapełnienie tych i innych miejsc, ale teraz nie jest czas na to.  Wszystko jest zamknięte (prawie).

Ale jest jedna rzecz, którą możemy i powinniśmy robić – „w  porę i nie w porę” (por. 2 Tm 4,2), nawet jeśli zapowiadany lockdown znów nastąpi – nieść Dobrą Nowinę, ufać i kochać, niezależnie od okoliczności, nie czekając aż będą one sprzyjające.

Przypomina mi się żart, który krążył po naszej wspólnocie, gdy jeszcze nie istniały memy i inne tego typu wynalazki: Co to jest „niewpora”? Zazwyczaj jest „niewpora” ; )

Znam różne „niewpory”, nawet teraz się one co chwilę zdarzają. Na przykład taka:  trójka naszych dzieci ma lekcje online, a za oknem od kilku dni hałasują ciężkie maszyny. Trudno mówić o jakimkolwiek komforcie. Na szczęście są słuchawki, ale prace na zewnątrz zaczynają się bladym świtem i kończą popołudniem. Nie mogli tego zrobić miesiąc temu, gdy nie było jeszcze z powrotem zdalnego nauczania? Widocznie nie mogli…

Patrzę na ten pąk róży i bardzo cieszę się, że zakwitł, na przekór jesiennym chłodom. Patrzę na moje serce i bardzo chcę, by kwitło, na przekór temu, co się wokół dzieje. Czasem to, o czym słyszę, przypomina mityczną stajnię Augiasza.  Można zapytać, kto to wszystko posprząta, cały ten bałagan: kolejne skandale w Kościele, niepokoje społeczne w kraju… Jednak nie na tym chcę się skupiać, nie na szukaniu wymówek, że czas nie ten, nie ta pora. ZAWSZE jest czas, by kochać, by rozkwitać, nawet jeśli na zewnątrz ziąb, nawet jeśli na zewnątrz niepokój.

***

„Zaklinam cię wobec Boga i Chrystusa Jezusa, który będzie sądził żywych i umarłych, i na Jego pojawienie się, i na Jego królestwo:  głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, [w razie potrzeby] wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz.  Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań – ponieważ ich uszy świerzbią – będą sobie mnożyli nauczycieli.  Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom. Ty zaś czuwaj we wszystkim, znoś trudy, wykonaj dzieło ewangelisty, spełnij swe posługiwanie!” (2Tm 4, 1-5)

Niebo w kałużach

Tagi

, , ,

Fot: Danuta Kamińska

We Wszystkich Świętych piekę z córeczką szarlotkę. Dowiaduję się od zakonnika zastępującego przy ołtarzu naszych parafialnych księży, przebywających  na kwarantannie, że mamy teraz właśnie wszyscy imieniny, bo skoro świętują wszyscy święci, to też nasi patroni. Trzeba to uczcić : )

Pada deszcz, wszystko wokół osnuwa delikatna mgła. Na stole stawiam zapalony znicz, czy raczej lampion, przygotowany przez naszą czterolatkę.  W powietrzu unosi się słodki zapach pieczonych jabłek. Po chwili dołącza do niego woń cynamonu.  Zerkam przez okno.  W kałużach przed domem odbija się niebo. To tak jak w naszym życiu, myślę po cichu. Nawet w najbardziej szarych (i beznadziejnych) momentach, niebo odbija się w naszych łzach, nadzieja puka do serc, miłość przedziera się przez czarne myśli…

Pisze do mnie koleżanka z Podkarpacia. Dla niej też ten dzień jest całkiem inny niż pozostałe uroczystości Wszystkich Świętych do tej pory. Może nakładają się na to nasze obawy i smutek spowodowany sytuacją w kraju? Jednak modlitwa jest taka sama (a może nawet bardziej żarliwa?) Światło jest mocniejsze niż ciemność, a śmierć nie ma przecież ostatniego słowa!

A dziś od rana, w Dzień Zaduszny kontaktuję się z bliskimi, którzy mieszkają dalej, a za którymi tęsknię. Tak jak za tymi, którzy mieszkają całkiem blisko, ale w związku z obecną sytuacją postanowili się nie spotykać. Rozumiem ich i  popieram, ale nie zmienia to faktu, że kontaktowanie się przez telefon to nie to samo, co rozmowa twarzą w twarz. Mimo to patrzę z uśmiechem w płomień świecy.  „Światło, nosisz je w sobie”, nucę piosenkę, która kojarzy mi się tak dobrze…

Myślę o tych, którzy odeszli w tym roku, zwłaszcza o zmarłych z rodziny, ale też z rodzin osób z naszej wspólnoty. Myślę o pogrzebach, na których byłam w ostatnich miesiącach, również podczas obostrzeń… Ufam, że oni już tam są. Spokojni, bezpieczni, szczęśliwi. Modlę się o to dla nich, ale też proszę ich o wstawianie się za mną i moimi bliskimi. Czasem mam wrażenie, że całe niebo kibicuje nam wszystkim, którzy tu jeszcze jesteśmy. Dopinguje nam, wznosi okrzyki jak na biegach rodzinnych, w których brali udział co miesiąc  (przed pandemią) nasi synowie i mój mąż. Tak to sobie wyobrażam, wspominając biegi moich dzielnych chłopaków i dzielnego mężczyzny.

Szczególnie jeden moment uważam za bardzo wzruszający.  Jeden z synów wybiegł wtedy z trybun i przed samą metą chwycił mojego męża za rękę, wołając: „Dasz radę, tato!”. Czasem tak właśnie sobie wyobrażam świętych. Nie tych z posągów i malowideł – tych z krwi i kości – że, choć tego nie widzimy, wybiegają do nas, chwytają za rękę i gdy jesteśmy już wyczerpani (fizycznie lub psychicznie) wołają: „Dasz radę, to już blisko, jestem z tobą!”

***

„Ty jesteś moją pomocą,
(…) Boże, moje Zbawienie!

O jedno proszę Pana,
tego poszukuję:
bym w domu Pańskim przebywał
po wszystkie dni mego życia,
abym zażywał łaskawości Pana,
stale się radował Jego świątynią.
Albowiem On przechowa mnie w swym namiocie
w dniu nieszczęścia,
ukryje mnie w głębi swego przybytku,
wydźwignie mnie na skałę.

Wierzę, iż będę oglądał dobra Pańskie
w ziemi żyjących.
Ufaj Panu, bądź mężny,
niech się twe serce umocni, ufaj Panu!” (Ps 27, 9b.4-5. 13-14)

 

Kurier

Tagi

, , ,

Fot. Danuta Kamińska

Trzeba być dobrej myśli – mówi pogodnie starszy pan, od którego odbieram właśnie przesyłkę zaadresowaną do mojego męża. Odpowiadam mu uśmiechem i przez ułamek sekundy zatrzymuję wzrok na jego pełnej bruzd i zmarszczek twarzy. Cieszę się z tych słów. Wokół zamieszanie, silne emocje i krzyki, eskalacja społecznego sporu (czy naprawdę nie można rozmawiać ze spokojem, czy od razu trzeba uciekać się do języka nienawiści, do ranienia siebie nawzajem, przekraczania granic przyzwoitości, wytaczania najcięższych dział? Modlę się o rozsądek dla obu stron, o wysłuchanie siebie nawzajem, o to, by nie upolityczniać kwestii cierpienia… O dobre rozwiązanie tego sporu, o wyjście z tej matni!)

Wokół zamęt i coraz to nowe doniesienia medialne: o rekordowej liczbie zarażanych, o nowych posunięciach polityków, protestujących, hierarchów. I coraz to nowe informacje od znajomych: ten ma wynik dodatni testu, ten źle się czuje, ten psychicznie niedomaga. I pośród tego wszystkiego starszy pracownik firmy kurierskiej, pełen ufności i wewnętrznego spokoju. Dzięki Ci, Boże!

***

Widzę, jak ważne jest podtrzymywanie na duchu osób, które źle znoszą izolację i obecny, bardzo niepewny czas. Najtrudniejsza jest samotność i poczucie bezsilności. Ci spośród znajomych, którzy przebywają na kwarantannie, zgodnie mówią, że nie jedzenie i lekarstwa stanowią w tym czasie największy kłopot. Mimo, że zakupy zrobione, sprawy pozałatwiane, to pozostaje pustka w sercu, której nic nie wypełni. Tego nie rozwiążą żadne zakupy, nawet te online.

Gdy niedawno leżałam chora, największą przysługą, jaką oddali mi bliscy, były ich codzienne telefony, ich niezobowiązująca rozmowa ze mną, wymiana zdań, relacja z codziennych zmagań, opowieści o zabawnych sytuacjach i mało istotnych dla losów świata wydarzeniach, a jednak dla mnie tak ważnych, bo dających nadzieję, podnoszących na duchu. Źle się czułam psychicznie. I te rozmowy oraz szczery śmiech pomagały mi zdystansować się od moich trosk, pytań bez odpowiedzi i wewnętrznego bólu. Jestem już zdrowa, samopoczucie się poprawiło, wrócił dobry nastrój i wewnętrzny spokój. Tak, musiałam o niego zawalczyć, ale nie byłam w tym sama. Jak mówi się potocznie: to był klucz do sukcesu – choć staram się nie używać słowa „sukces” – właśnie to, że nie byłam w tym sama, że byli przy mnie bliscy.

Może to jest także klucz do zrozumienia sytuacji, jaka rozgrywa się na naszych oczach? Zobaczyć w drugim człowieka, jego lęki, cierpienia, obawy. Nie tylko to, że na poziomie argumentów się nie dogadamy, bo to oczywiste. Ale jest przecież coś więcej niż przerzucanie się argumentami i wyzwiskami… Ważniejsze jest to, by nie dopuścić do eskalacji, nie dolewać oliwy do ognia. Nie podsycać wściekłości. Wysłuchać. Może jeszcze nie jest za późno?

Być takim kurierem, jak ten, który przyjechał dziś w południe pod nasz dom, pełnym spokoju i pogody ducha, na przekór niespokojnym czasom, w jakich przyszło nam żyć.

To, co mi przekazał ten człowiek podczas naszej krótkiej rozmowy, było ważniejsze niż wielka paczka, jaką dostarczył. Przywiózł dobre słowo. A ono ma moc. Amen!

PS Kilka dni temu spotkała nas miła niespodzianka. Byliśmy na spacerze wokół jeziora. Na leśnej dróżce nagle natknęliśmy się na znajomych. Teraz większość spotkań znów odbywa się online, a tu takie zaskoczenie, taka odmiana! Jestem wdzięczna Bogu za te kilka słów zamienionych w drodze na zachód słońca nad jeziorem.  (A zachód był przepiękny… co widać na zamieszczonym obok zdjęciu : )

 

***

„Pan światłem i zbawieniem moim:
kogóż mam się lękać?
Pan obroną mojego życia:
przed kim mam się trwożyć?

Chociażby stanął naprzeciw mnie obóz,
moje serce bać się nie będzie;
choćby wybuchła przeciw mnie wojna,
nawet wtedy będę pełen ufności.

O Tobie mówi moje serce: «Szukaj Jego oblicza!»
Szukam, o Panie, Twojego oblicza.” (Ps 27, 1.3.8)

 

Dobre myśli

Tagi

, , ,

Fot. Danuta Kamińska

Słońce – najpierw intensywnie różowe, teraz po prostu złote – wyziera zza chmur. W jego promieniach kolory jesieni nabierają intensywności. Jadę obwodnicą i wpatruję się w migocące za oknem samochodu drzewa. Mają tak piękne korony! Niezauważenie zaczynam się uśmiechać do siebie, mimo że przed chwilą jeszcze byłam myślami przy niezbyt optymistycznych tematach. Mój wzrok pada teraz na zarośla – za zakrętem krzewy mają tak jaskrawe barwy, że najchętniej zatrzymałabym się i podeszła do nich. Zamiast tego chłonę całą sobą ten widok.  Otwieram serce  na wszystko, co ze sobą przynosi ten poranek:  budzącą się nadzieję, dar i niewiadomą.

Zaczyna się kolejny dzień. Jasnym promieniem są w nim rozmowy i telefony od bliskich.  Nawet te krótkie  sprawiają, że wychodzi słońce na moim niebie. Że barwy mojej codzienności nie przypominają już szarości ale raczej te, jakimi szczycą się październikowe liście.

Tak mocno doświadczam w ostatnich dniach mojej kruchości! A jednak stawiam krok po kroku, ufając, że jest przy mnie Ktoś, kto mnie rozumie, nawet, gdy ja do końca siebie nie rozumiem. Że jest przy mnie Ktoś, kto rozjaśnia moje ciemności i podnosi mi głowę.

W czerwonej strefie są kolory – nie tylko czarne wizje i czarne scenariusze oraz czarna rozpacz. W czerwonej strefie są wszystkie barwy życia. Także kolor nadziei i wielobarwna codzienność. Jest miejsce na uśmiech i dobre myśli. Trzymam się ich.

***

„Kimże jest człowiek i jakież jest jego znaczenie?
Cóż jest jego dobrem i cóż złem jego?
Liczba dni człowieka –
jeśli wiek jego jest długi – dosięga stu lat.
Jak kropla wody zaczerpnięta z morza lub ziarnko piasku,
tak jest [tych] trochę lat wobec dnia wieczności.
Dlatego Pan cierpliwy jest dla ludzi
i wylał na nich swoje miłosierdzie.
Zobaczył On i wie, że koniec ich godny litości
i dlatego pomnożył swoje przebaczenie.
Miłosierdzie człowieka – nad jego bliźnim,
a miłosierdzie Pana – nad całą ludzkością.” (Syr 18, 13a)

 

Ostatnie Słowo

Tagi

, , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Czas słuchania. Siadania u stóp Mistrza. Właśnie wtedy, gdy media donoszą o ponad pięciu tysiącach zarażonych, gdy zmienia się kolor strefy, w której się znajdujemy, prowadząc kurs formacyjny dla uczestników z różnych stron kraju (w reżimie sanitarnym). Trwanie pomimo przeciwności. Czas rozmów w maseczkach, uścisków dłoni w medycznych rękawiczkach, posiłków w dystansie społecznym. Łez, śmiechu, modlitw, spacerów w pięknym otoczeniu, żartów, zadumy, wspólnego działania i pogody ducha. Czas trudniejszych sytuacji, szybkich decyzji, wsparcia, życzliwości, dobrych słów, poczucia, że jesteśmy jedno, że wskoczymy za siebie w ogień. Ostatnią koszulę oddamy, a nawet: ostatnie waciki do demakijażu oczu ; )
Dobrze jest wiedzieć i widzieć, że Pan działa także wtedy, gdy jesteśmy ograniczeni pandemią i obowiązującymi obostrzeniami. Nie przestaje dotykać serc, przemieniać, przekonywać, że to do Niego należy ostatnie słowo, jak w pieśni gospel, którą nucę od rana, a z pomocą elektronicznego tłumacza przekładam w ułomnej formie na mój ojczysty język:
„Boże, masz ostatnie słowo,
Ostatnie słowo w moim życiu.
Boże, Twoje słowo jest ustalone,
Ustalone na zawsze.

Jesteś nieskończony,
Jesteś ostateczny.
Ufamy Ci, ufamy Tobie!
Jesteś nieskończony,
Jesteś ostateczny.
Ufamy Ci, ufamy Tobie!

Boże, masz ostatnie słowo,
Ostatnie słowo w moim życiu.
Boże, Twoje słowo, to ustalone
To ustalone na zawsze.

Jesteś nieskończony,
Jesteś ostateczny.
Ufamy Ci, ufamy Tobie!
Jesteś nieskończony,
Jesteś ostateczny.
Ufamy Ci, ufamy Tobie!

Ty jesteś Bogiem,
nigdy nie zawodzisz.
Ufamy Ci,
Ufamy Ci!
Jesteś nieskończony
Jesteś ostateczny
Ufamy Tobie! Ufamy Tobie, Panie!

(„The Ultimate”, Phil Thomson, Shana Wilson)
***
„Każde słowo Boga w ogniu wypróbowane,
tarczą jest dla tych, co się Doń uciekają.” (Prz 30,5)

Niespodzianki od Boga

Fot. Danuta Kamińska

Oto dzień, który Pan uczynił, Alleluja!
Bóg czyni wszystko nowe (por. Ap 21,5). Życie z Bogiem przypomina raczej rwący strumień niż stojącą, zatęchłą wodę. Jego litość odnawia się co rano, jest świeża i nowa(por. Lm 3,22).
Co jednak, gdy grzęznę w starych schematach, powtarzam tylko to, co najlepiej wiem i umiem? Gdy jestem zbyt pewny, pewna siebie? Wtedy tracę z oczu Boże niespodzianki, nie dostrzegam nagłych zwrotów akcji, nie żyję świeżością Boga. Przypominam raczej stęchłą, zepsutą wodę, niż górski strumień. Nie chcę zmian. Drepczę w miejscu: w mojej posłudze, w moich relacjach, moim rozwoju. Nic nowego nie może się wydarzyć, gdy kurczowo trzymam się tego, co mam już nagromadzone.
Ale Bóg… nadal czyni rzeczy nowe i woła:
„Nie wspominajcie wydarzeń minionych,
nie roztrząsajcie w myśli dawnych rzeczy.
Oto Ja dokonuję rzeczy nowej:
pojawia się właśnie. Czyż jej nie poznajecie?” (Iz 43, 18-19a)
Czy jej nie poznajecie? Właśnie to, czego nie wiem, jest bramą dla Bożej nowości. Właśnie to, czego nie umiem, co przerasta moje możliwości, jest bramą dla Bożej mocy, dla Bożych niespodzianek. Właśnie w tym jest szansa na odświeżenie, odnowienie mojego życia, na orzeźwiającą, krystaliczną wodę.
W jakich obszarach potrzebuję zostać zaskoczonym przez Boga? W czym najbardziej potrzebuję Jego niespodziewanego, niestandardowego działania?
Mam prawo liczyć, że Bóg da mi nowe możliwości, ukaże nowe drogi, da nowe pragnienia. To jest zachwycające, że życie nie musi być schematyczne, stereotypowe. Bóg zaprasza mnie, by zostawić to, co dawne i ufając Mu wejść w nowe i nieznane.
Bóg czyni rzeczy nowe. Powiedz Mu dzisiaj: Panie, nie wszystko wiem i nie wszystko umiem – wejdź proszę przez tę bramę! Zaskocz mnie! Amen.

Wrażliwi

Tagi

, , ,

Fot. Danuta Kamińska

„Dla wszystkich pięknych, wrażliwych ludzi…”, czytam w dedykacji książki, którą właśnie wypożyczyłam z biblioteki. Zastanawiam się chwilę nad tym. Wrażliwość jest często uważana za wadę, defekt, niedoskonałość. A tu taka dedykacja „fabrycznie” wydrukowana, a nie wykaligrafowana gdzieś na jednym, czy dwóch egzemplarzach.

Co z tą wrażliwością? Przecież to nie jest to samo co przewrażliwienie, co drażliwość, co branie wszystkiego do siebie, co podejrzliwość i zbytnia wrażliwość na własnym punkcie. To co innego. Osoby wysoko wrażliwe. Wrażliwość insulinowa. Nadwrażliwość i podwrażliwość sensoryczna. Blisko, ale też nie to.

Myślę, ze chodzi o bardziej uniwersalne rozumienie  tego pojęcia. W tym ujęciu każdy może być wrażliwy. Na cudzą biedę, na potrzeby drugiego człowieka. Na piękno. Uważny i wrażliwy. Może wsłuchać się w swoje wnętrze i usłyszeć tam cichy głos.

„Osłabienie wrażliwości na Boga i człowieka, wraz z wszystkimi tego zgubnymi konsekwencjami dla życia, dokonuje się w głębi sumienia. Chodzi tu przede wszystkim o sumienie każdego człowieka, który w swojej jedyności i niepowtarzalności staje sam przed Bogiem. Jednakże żadne okoliczności ani próby zagłuszenia nie zdołają stłumić głosu Boga, który rozbrzmiewa w sumieniu każdego człowieka: właśnie w tym ukrytym sanktuarium sumienia człowiek może się zawsze nawrócić i znów wejść na drogę miłości, otwarcia się na innych i służby życiu ludzkiemu.”

(Jan Paweł II, Evangelium vitae, 24)

Marzę o takiej powszechnej wrażliwości. O tym, by brutalność, przemoc i wulgarność były wyjątkami, a nie regułą społecznego życia. By wyczulenie na sprawy ducha nie było czymś dziwnym, a zupełnie normalnym. By świadomość tego, co dzieje się wewnątrz, była tak oczywista jak oddychanie. By było trochę jak w tym wierszu, który śpiewałam ze znajomymi jako nastolatka:

„Nadzieja bywa, jeżeli ktoś wierzy,
Że ziemia nie jest snem, lecz żywym ciałem,
I że wzrok, dotyk ani słuch nie kłamie.
A wszystkie rzeczy, które tutaj znałem,
Są niby ogród, kiedy stoisz w bramie.

Wejść tam nie można. Ale jest na pewno.
Gdybyśmy lepiej i mądrzej patrzyli,
Jeszcze kwiat nowy i gwiazdę niejedną
W ogrodzie świata byśmy zobaczyli.” (Czesław Miłosz, „Nadzieja”)

 

W ogrodzie świata kwitną kolejne kwiaty. Piękne i wrażliwe. Im „dedykuję” moją wieczorną modlitwę. Tym pięknym i wrażliwym.  Ale tym też, co z wierzchu nie wyglądają pięknie. Którzy nas może ranią, choć rosną obok nas. Tym też, co zgubili dar wrażliwości.  Wierzę, że  zawsze możliwe jest, by go znów odnaleźć.

„A nadzieja zawieść nie może…” (Rz 5,5)

Krople

Tagi

, , ,

Fot: Danuta Kamińska

Upalne, letnie popołudnie. W drodze powrotnej z gór zahaczamy o urocze miasteczko. Trafiamy akurat na targ staroci i moment, gdy sprzedający zwijają już swoje stragany. Obok nas, na resztce podmurówki, stoi jakaś kobieta i głośno krzyczy, nie zważając na nic. Dopiero po chwili orientuję się, że rozmawia z osadzonym za kolczastym drutem partnerem. Areszt? Wiezienie? Nie wiem. Nie zdążam się rozejrzeć za tabliczką, bo liczę już naszą wesołą gromadkę. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć. Są i nawet trzymają się nas blisko, mimo wielkiego podekscytowania. Uff… : )

Jestem już daleko od tego drutu i krzyków. A jednak mimo to przypominają mi się szybko, jedna po drugiej, sceny z rodzinnego miasta, gdzie mijałam jako dziecko grupki „migających” kobiet. Najpierw myślałam, że nie potrafią mówić i dlatego posługują się językiem migowym. Potem rodzice wyjaśnili mi, w czym rzecz, wskazując na zakratowane okna, pod którymi wytrwale stawały one w pogodę i niepogodę.

Mijamy kolejne uliczki i rozłożone (lub właśnie pakowane z powrotem do samochodu) starodawne skarby. Maluchy ciągną mnie do armii zabytkowych, ołowianych żołnierzyków. Nieco dalej mąż wypatruje coś, o czym już wcześniej rozmawialiśmy. Maseczki grzeją nas w twarze, ale jak trzeba to trzeba, trzymamy się wytycznych, reszta zresztą też, choć pan z sygnetem na palcu maseczkę zsuwa na brodę.

Tak, o tym myśleliśmy. Może nie tak stara i delikatna, ale kropielnica. Zainspirowała nas ta z rodzinnego domu męża, metalowa. I to, że w kościele już od pół roku nie używa się żadnej. Może więc w domu spróbujemy. Pan z sygnetem wyraźnie się ożywia. Mąż próbuje stargować cenę, w końcu się udaje. Pan obraca porcelanową kropielnicę i pokazuje ręcznie wypisany napis w języku niemieckim. Przechodzi mnie dreszcz. „To ze zlikwidowanego kościoła”, myślę sobie, ale szybko odganiam tę myśl. „Może to jakaś pamiątka rodzinna, dlatego tak zależy temu starszemu człowiekowi na cenie…”, próbuję sobie tłumaczyć. Na odchodne mąż zapewnia: „Może być pan spokojny, u nas będzie używana zgodnie z przeznaczeniem”. Pan porusza niespokojnie dłonią z sygnetem: „To prezent od syna, wiedział, że kolekcjonuję, mam ich w domu na ścianie ponad czterdzieści”. Jestem zmieszana i rozczarowana, ale trzymam ją już w dłoni.

A teraz dotykam delikatnie, gdy wisi u nas w przedsionku.

Gdy mąż po powrocie z wakacji ją tam umieszcza, czteroletnia córeczka pyta mnie, podskakując: „Będziemy mieli kościół? Tata robi u nas kościół?”. Gdy próbuję jej wyjaśnić, że taki sam przedmiot jest u dziadków w domu i że teraz z kropielnic nie można skorzystać w kościele, nasz pierworodny nastolatek wtrąca, jakby mimochodem, że przecież jest u nas woda święcona: w dystrybutorze. To prawda. Byłam świadkiem, jak podeszła do tego podajnika 15 sierpnia jakaś pani z bukietem kwiatów i ziół, i opryskując go ze wszystkim stron, powiedziała półgłosem: „U nas się normalnie święci, ale ja nie stąd”. Bukiecik ociekał już wodą, ale nadal obracała go w dłoni, drugą uruchamiając podajnik (nie z płynem dezynfekującym, ale wyglądający identycznie jak on, z tą małą różnicą, że nad tym wisiała karteczka informująca, że w środku znajduje się woda święcona). „Niech już się ta pandemia skończy”, myślę sobie. „Za chwilę zobaczymy elektroniczny mszał i ledowe świece na ołtarzu. Nieee, tego bym nie chciała…”

Niespełna dziesięcioletni syn ostrożnie zamacza koniuszki palców, wychodząc do szkoły. Uśmiecham się leciutko i zamykam oczy. Modlę się o ochronę dla niego. Tyle stresu w zeszłym tygodniu przeżyłam w związku z różnymi okołoszkolnymi sytuacjami z nim w roli głównej… Otwieram oczy i wpatruję się w resztki złotego napisu IHS.

Nie wiem, co przyniesie kolejny dzień, ale nie pozwolę się zamknąć w więzieniu stresu. Będę wołać jak tamta kobieta, choć nie mam nikogo za kratami. Będę wołać do nieba, nie zważając na nic. Będę „migać” jeśli trzeba będzie, szukając wspólnego języka z tymi, do których zwykłe słowa już nie docierają. Nie poddam się.

Słońce muska porcelanowy brzeg, starty przez czyjeś opuszki. W tej kruchości, pęknięciach i niedoskonałości jest coś, co mnie pociąga. Nie wiem, kto zanurzał dłonie ponad sto lat temu w tej kropielnicy, ale wiem, że nie jestem sama, że moja wiara w jakiś niezbadany sposób łączy się z ich wiarą. I że ich modlitwa splata się z moją. Na pewno.

***

„Pan uwalnia jeńców,
Pan przywraca wzrok niewidomym,
Pan podnosi pochylonych,
Pan miłuje sprawiedliwych.
Pan strzeże przychodniów,
chroni sierotę i wdowę.
Pan króluje na wieki,
Bóg twój, Syjonie – przez pokolenia.
Alleluja.” (Ps 146, 7b-9a.10)

 

Wrzosowo

Tagi

, , ,

Fot. Danuta Kamińska

„Nie jestem już więcej niewolnikiem lęku”, śpiewa z przejęciem czarnoskóry wokalista gospel. Nucę ten utwór od rana, tańczę do tej melodii, powtarzam w myślach te słowa. Nie na wszystko mam wpływ, nie wszystko mogę przewidzieć, nie wszystkiemu zdołam zapobiec. Ale mogę żyć jak dziedzic łaski, a nie jak niewolnik. Mogę podnieść głowę i spojrzeć w niebo. Mogę głęboko odetchnąć, nawet w bardzo stresującej sytuacji. Mogę zauważyć, że świeci słońce, że kwitną wrzosy. Mogę uśmiechnąć się do dziecka, zamienić słowo z przypadkowo spotkanym człowiekiem, rozpogodzić czoło, zamiast je marszczyć. Mogę wstać i sercem pobiec za horyzont. Tam gdzie jest coś dalej –więcej, głębiej, lepiej – choć tego jeszcze nie widać. Ale na pewno jest.

Mogę zatrzymać się i trwać w ciszy. Patrzeć na spokojną toń wody, wsłuchać się w szelest liści i szum drzew. Mogę oczy nasycić zielenią. Mogę przytulić. Mogę pozwolić, by ktoś wsłuchał się w mój puls. Mogę powiedzieć „nie” i w odpowiedni sposób postawić granice chroniące mnie i bliskich. Mogę powiedzieć „tak” i przyjąć to, co dobre, wartościowe, rozwijające. Mogę otworzyć się na nowe.

Nie jestem już więcej niewolnikiem lęku. Amen!

***

„A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej.” (Ga 4,7)

„Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa, skoro wspólnie z Nim cierpimy po to, by też wspólnie mieć udział w chwale.” (Rz 8, 16-17)

Przejdź do paska narzędzi