Grona

Tagi

, , ,

Fot: Danuta Kamińska

To winogrona, czy śliwki? – pyta mnie sprzedawca przy kasie, podejrzliwie obracając w dłoniach foliówkę.
– Mają ogonki, to pewnie śliwki – śmieję się do niego spod maseczki.
W domu czeka mnie niespodzianka. Mąż z synem przywieźli od znajomych kiście świeżo rwanych, ogrodowych winogron. Mam zamiar zaprawić choć słoik na zimę, ale znikają w tempie błyskawicznym.
Biegnę myślami do pewnego poranka wiele, wiele lat temu, gdy pod koniec wesela uszczknęłam fioletowe gronko z ogromnej kiści, o jaką upomniał się u organizatorów imprezy mój świeżo upieczony teść. Sam wystarał się o najpiękniejsze, a ciągle nie było ich na stole. W końcu pofatygował się osobiście i dopilnował, by o nich nie zapomniano.
Nie zapomniano : ) To jedyne, co dokładnie pamiętam z wesela: smak tego winnego grona i uśmiech mojego męża. No, dobrze, pierwszy taniec też i podziękowanie rodzicom. Mniej więcej też gości, choć głowy nie dam, czy to lista z tego, czy innego wesela ; )
Jednak to jedno winogrono właśnie, zapadło mi mocno w pamięci: już wychodziliśmy, ale cofnęłam się jeszcze, by je zerwać, wdzięczna, że komuś chciało się zadbać o to, by pojawiło się w odpowiednim momencie, wdzięczna , że ktoś z pietyzmem je wcześniej wybierał, oglądał i czuwał, by było – moje ulubione, fioletowe. To nasz starosta weselny – niezawodny. Mamy w planach odwdzięczyć się i zorganizować jego złote wesele.
Z naszych obliczeń wynika, że przypadnie ono po pandemii. Chyba, że źle liczymy ; ) Pięćdziesiąta rocznica ślubu jego znajomych przypada właśnie teraz, w czas „maseczkowy”. Gdyby chociaż był to karnawał… A tak, goście odmawiają i to nie ze względu na konieczność wzbogacenia kreacji o COVID-owy gadżet. Jednak te złote gody, naszego starosty weselnego i jego żony, muszą się udać. Pamięć o winnym gronie nie pozwoli mi odpuścić ; )
Od tamtego bladego świtu, kończącego nasze weselne tańce, minęło już sporo lat. Nasza rodzina dzisiaj to pokaźna kiść. Najstarszy syn, urodzony rok po ślubie, jest już tak duży, że czasami nie mogę w to uwierzyć. Zaraz po nim, w odstępach dwuletnich, przychodziły na świat nasze kolejne „gronka”.
Komuś chciało się czuwać, by pojawiły na czas, zdrowe i dorodne. Komuś chciało się zadbać o naszą winną latorośl. Ktoś każdego dnia budzi słońce, by zaróżowiało niebo i dawało nam nadzieję na nowy dzień. Ktoś nadal liczy włosy na naszej głowie, także tym, którzy mają ich zdecydowanie więcej na brodzie ; )
Jak dobrze, że ten Ktoś jest : ))
***
„Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który [go] uprawia. Wytrwajcie we Mnie, a Ja [będę trwał] w was. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – jeśli nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić.” (J 15, 1.4-5)

Układanka

Tagi

, , ,

Fot: Danuta Kamińska

Obstawiają dwa tygodnie. „Z nową wychowawczynią?” , ktoś dopytuje. „Nie, dwa tygodnie chodzenia do szkoły. A potem znów zamkną świat na cztery spusty”, wyjaśnia ktoś inny.

Stoimy na dworze, czekając, aż nasze pociechy wyjdą z budynku. Starsza klasa już wraca, z przyłbicami w rękach. „To teraz tak już wszyscy?”, pyta jedna z mam. Rozkładamy ręce i wzruszamy ramionami ze znaczącą miną. Skąd mamy wiedzieć. Nie wiadomo nawet, co ze świetlicą, z basenem, z odbieraniem i przyprowadzeniem… To znaczy tak ogólnie, to wiemy wszystko, gorzej ze szczegółami. Więc niech nie pyta lepiej o przyłbice, wystarczy już pytań jak na jeden dzień.

Nie ma oficjalnego rozpoczęcia z pocztem sztandarowym i hymnem. Każda klasa w swojej sali, poumawiane, o ile to możliwe, na inne godziny niż reszta szkoły. I rodzice kilkorga dzieci, którzy modlą się o dar bilokacji – nie, trilokacji chyba ; ) A przy piątce dzieci, jakby to brzmiało?

Ostatecznie udaje się wszystko ogarnąć. Galowe stroje znów wiszą w szafie, garniturki odprasowane na kancik czekają na kolejną okazję. Gorzej z przedszkolakami. Znajoma opowiada, że czekała z dzieckiem przed wejściem ponad pół godziny. Co będzie w deszcz lub mróz? W zerówce, do której dołączył wczoraj nasz synek, zapowiedziano rodzicom, że punkt ósma zamykane są drzwi i nikt już potem nie zostanie wpuszczony. Nam się na razie udaje „oddać” dziecko, mimo konieczności doliczenia czasu na czekanie przed budynkiem.

Wczoraj, odbierając naszą pociechę, żartowałam z rodzicami, oczekującymi jak ja na zewnątrz w półtorametrowych odstępach, że ta sytuacja przypomina do złudzenia kolejki sklepowe z poprzedniego systemu. Spojrzałam zaraz krytycznie na zamaskowanych młodziaków – przecież tylko ja je pamiętam, oni są urodzeni już po przełomie! Nieważne, może widzieli je na jakichś dokumentalnych filmach. Albo w jednym z odcinków „Alternatywy 4”, gdy robot przypominający sklepowy manekin z tamtych czasów dostał angaż na „stacza”, ale został wypchnięty z kolejki, bo nie potrafił się rozpychać łokciami. (Właściwie to był nie „on”, tylko „ona”, ale to bez różnicy; robot Ewa za mało przypominał kolejkowe zwierzę, by się w tamtym układzie utrzymać na nogach…).

Dziś technika rozwinęła się tak bardzo, ale kolejki pozostały. Z innej, niż wtedy, przyczyny, ale zostały. I żaden robot nas nie zastąpi. Żadna „apka” nam nie pomoże. Swoje trzeba odstać. Dać sobie zdezynfekować ręce, kornie poczekać na elektroniczne piknięcie na czole naszego dziecka i na werdykt: „OK.”

Logistyczna układanka (utrudniona nieco przez pandemię)zajmuje nas, jak co roku we wrześniu. Wypracowujemy nowy rytm porannych pobudek, wspólnych śniadań, dojazdów, odbierania, przywożenia, odrabiania lekcji, studiujemy nowy rozkład jazdy i opracowujemy siatkę połączeń. Świętujemy pierwsze sukcesy i wspieramy tych, którzy mają już na starcie dość.  Delegacje, wyjazdy, zobowiązania, terminy. I czas razem, tak cenny, tak wyjątkowy, budujący między nami niewidzialne mosty i pogłębiający nasze wzajemnie relacje.

W tej układance nie może zabraknąć dla niego miejsca. Jest priorytetem i najjaśniejszym puzzlem. : )

***

„Oto jak dobrze i jak miło,
gdy bracia mieszkają razem;
 jest to jak wyborny olejek na głowie,
który spływa na brodę,
<brodę Aarona, który spływa
na brzeg jego szaty>
jak rosa Hermonu, która spada
na górę Syjon:
bo tam udziela
Pan błogosławieństwa,
życia na wieki.” (Ps 133, 1-3)

 

Orzeźwienie

Tagi

, , ,

Fot: Danuta Kamińska

Po fali upałów nadeszło lekkie ochłodzenie, nie tak wielkie, byśmy marzli, ale na tyle odczuwalne, że z przyjemnością wieczorem stoję nad brzegiem jeziora i oglądam gwiazdy. Mam na sobie cienką, jasną sukienkę i lekkie sandałki. Czuję delikatne ciepło bijące od ziemi, mimo że jest już zupełnie ciemno i całkiem późno. Dzieci śpią, rozmawiam przez telefon ze starszą, bliską mi osobą. Cieszę się, że czuje się ona już lepiej… Śmiejemy się, żartujemy, opowiadamy, co u naszych bliskich. Nie odczuwam dzielącej nas odległości, raczej mam wrażenie, że siedzimy jak zwykle przy kamiennym stole, w pobliżu innego jeziora, daleko stąd.

Czuję się orzeźwiona: te kilka chwil, szczery, głośny śmiech i dobre słowo sprawiają, że kładę się spać zrelaksowana i spokojna. W nocy śnią mi się zabawne historie, sytuacje raczej niemożliwe na żywo: z zapałem śpiewam rosyjskie piosenki (!), odwiedzam dawno nieżyjące już osoby, nie czuję zmęczenia po bardzo intensywnym dniu i z łatwością udaje mi się porozumieć z osobami, z którymi na jawie mam bardzo utrudniony kontakt. W jednym ze snów ktoś, kto kiedyś mocno mnie zranił, wraca i w serdeczny sposób przeprasza za tamto… Budzę się wypoczęta i wyspana, choć na początku z trudem przychodzi mi rozdzielenie tego, co tylko mi się śniło, od tego co jest moją realną codziennością.

Na zewnątrz szumią drzewa.

Przypominam sobie wszystko, co dobrego wydarzyło się poprzedniego dnia i dziękuję za całe to dobro. Tak wygląda mój poranek – zaczynam go od wdzięczności. Dzięki temu łatwiej mi docenić nowe, nawet niemal niedostrzegalne, błogosławieństwo.

Chociaż bywają dni, gdy moje wnętrze przypomina bardziej spękaną ziemię niż żyzne, zielone pole czy kwitnący ogród, to jednak nie zatrzymuję się w drodze. Wiem, że orzeźwienie w końcu przychodzi. Nawet jeśli czekam akurat na deszcz (deszcz łaski), nie siedzę z założonymi rękami i  nie cofam się zrezygnowana. Wierzę, że w końcu upał zamieni się w przyjazny powiew delikatnego, ciepłego wiatru. I tak właśnie się dzieje : )

Wdycham głęboko to orzeźwiające powietrze. Niech wieje!

***

„Błogosław, duszo moja, Pana,
i nie zapominaj o wszystkich Jego dobrodziejstwach!
On odpuszcza wszystkie twoje winy,
On leczy wszystkie twe niemoce,
On życie twoje wybawia od zguby,
On wieńczy cię łaską i zmiłowaniem,
On twoje dni nasyca dobrami:
odnawia się młodość twoja jak orła.” (Ps 103, 2-5)

 

Kaczki

Tagi

, , ,

Fot: Michał Kamiński

Odpoczywamy na kempingu, jest niewielkie obłożenie, pogoda piękna, a kaczki jedzą z nami śniadanie. Oczywiście nie tak dosłownie, ale dzielimy się z nimi okruchami pieczywa,  a ich kwakanie umila nam wspólne posiłki. Wczoraj dzieci odkryły w zaroślach, na obrzeżach zwiedzanego przez nas starego miasteczka, gromadkę kotów, nazwanych przez nasze pociechy „złotymi”. Starszaki od razu postanowiły sfotografować urocze futrzaki, co poskutkowało ekspresowym zniknięciem „złotych” w zielonościach.

Przypomina mi się od razu historia, opowiedziana przed laty przez mojego ojca, który będąc służbowo we Francji, próbował przywołać takiego „złotego” kota naszym polskim „kici-kici”, na dźwięk którego biedne kocisko czmychnęło, gdzie pieprz rośnie. Okazało się, że w tej części świata koty woła się „mini-mini”. Najpierw nie chciałam wierzyć, bo tato, gdy byłam mała, lubił nam opowiadać niestworzone historie (w które oczywiście święcie wierzyłam), kończące się zazwyczaj zdaniem „I zostały po mnie tylko te stare kapcie” . Ta historyjka jednak okazała się  całkiem prawdopodobna. Przy okazji, ciekawe, jak się woła koty w innych częściach świata?

Kaczek nie trzeba wołać, same przychodzą, dziś naliczyliśmy ich dziewiętnaście. Spokojna toń wody koi nerwy i pozwala złapać dystans do codziennych trosk i zmagań. Córeczka obok mnie przyrządza zupę z trawy w wiaderku z piaskownicy, ja wdycham woń łąki i rozgrzanej  ziemi.

Chciałabym zatrzymać tę chwilę. Udało mi się zapomnieć o tym, co przede mną i  nie roztrząsać tego, co za mną. Jestem tu i teraz. Cieszę się z daru, jakim jest kolejny dzień. Doceniam obecność moich kochanych bliskich. Dziękuję Bogu za życie. Smakuję je małymi porcjami. Delektuję się spokojem i tym, że jestem bezpieczna w Bożych dłoniach.

Jestem jak owca, którą On woła po imieniu. Ani „kici-kici”, ani „mini-mini”, tylko moim imieniem. Znam Jego głos, jest nie do pomylenia z żadnym innym…

***

„Pan jest moim pasterzem,
niczego mi nie braknie.
Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach,
Wiedzie mnie nad wody,
Gdzie mogę odpocząć.
Orzeźwia moją duszę .” (Ps 23, 1-3a)

Ocalić

Tagi

, , ,

Fot: Danuta Kamińska

Budzi mnie głośne gruchanie gołębi (pewnie siedzą w ogrodzie, niedaleko naszej sypialni) i szczekanie psa sąsiadów (przeraźliwe szczekanie, dodam). „Dlaczego wcześniej nie zwracałam na nie takiej uwagi?”, myślę, próbując odgonić resztki snu. „Ratuuuun-ku, ratuuun-ku!”, gruchają gołębie. Właściwie, dlaczego „ratunku”? Może „Śniadaaaan-ko, śniadaaaan-ko!”,  a nie jakieś tam „ratunku”. Już wiem, co by powiedziała jedna z pań profesor UAM, z którą miałam zajęcia niecałe dwa miesiące temu. Wiem, wiem. Ale zostawmy to na boku – każdy z nurtów w psychoterapii miałby inne wytłumaczenie na dopisywanie intencji hałasującym za oknem gołębiom i ujadającym za płotem psom. Na razie, jak chodzi o dopisywanie, to mam nie intencje do dopisania, a ostatnie rozdziały książki, nad którą od kilku miesięcy pracuję. Nie o gołębiach ani nie o psach. O człowieku. Z krwi i kości. A właściwie: z duszy, ducha i ciała (por. 1 Tes 5, 23).

Gdy wracam z zakupami, w przedsionku widzę cudną tęczę. To słońce przechodząc przez grube szkło, z którego wykonany jest daszek nad wejściem, wyczynia takie cuda. Nie zamieszczę nigdzie tego zdjęcia, choć jest artystyczne, myślę sobie. Za gorąco ostatnio wokół tego barwnego łuku się zrobiło, a to jest tylko niewinna fotka, złapane w ułamku sekundy zjawisko fizyczne – rozszczepienie białego światła przez pryzmat… Trudno, wyślę je tylko znajomej, która też lubi robić niecodzienne zdjęcia.

Wiele zależy od tego, jakie znaczenie nadamy temu, co nas dotyka, co przeżywamy, co widzimy…

Gdy byłam dzieckiem, gołębie za oknem opowiadały mi przedziwne historie. (To było daleko stąd, w innej części kraju, ale gatunek gołębi ten sam, słowo daję.) Przysiadały na naszym balkonie i zewnętrznych parapetach mieszkania na trzecim piętrze i przez tyle lat snuły swoją opowieść. Zdarzyło się nawet, że jeden z nich przyleciał, by ostatni raz zagruchać, właśnie u nas. Byłam trochę tym przerażona. Pierwszy raz widziałam z tak bliska martwego ptaka. Mama wytłumaczyła mi potem, że widocznie u nas czuł się najlepiej, skoro to tu właśnie zakończył swój ptasi żywot.  Z pomocą taty zakopaliśmy go koło bloku, w którym wtedy mieszkaliśmy.

W szkole lubiłam wszelkiego rodzaju doświadczenia i eksperymenty – i fizyczne, i chemiczne, które mogłam oglądać na lekcjach. Nie przyszłoby mi wtedy do głowy, że efekt tego ulubionego z nich stanie się symbolem, będzie politycznie naznaczony…

Z rozmyślań, które snuję nad wielką walizką, do której właśnie pakuję nas przed wyjazdem na urlop, wyrywa mnie nagle telefon od koleżanki, z którą kiedyś pracowałam.  Opowiada o tym, jak trudno jej porozumieć się z osobami, które na każdym kroku powtarzają, że obecny papież to pomyłka. To są podobno wierzące, zaangażowane w Kościele osoby. Dla niej natomiast Franciszek to współczesny święty. Może więc warto poszukać nowego miejsca, może warto znaleźć nową wspólnotę? Zadbać o duchowy rozwój, zachować w sobie perły, których nie wolno rzucać w błoto…

Ocalić – od zapomnienia, od złego imienia, od okrucieństwa, od obojętności.

To, co już zaczyna usychać, a może już nawet już uschło. Jak lawenda przed naszym domem, która pod dobrą ręką męża zaczyna ożywać.  Ocalić. Ile się da. Z Bożą pomocą. Amen.

***

„Na melodię: «Gołębica z dalekich terebintów».

W Bogu uwielbiam Jego słowo,
Bogu ufam, nie będę się lękał:
cóż może mi uczynić człowiek?

Ty zapisałeś moje życie tułacze;
przechowałeś Ty łzy moje w swoim bukłaku:
<czyż nie są spisane w Twej księdze?>

Ocaliłeś moje życie od śmierci
<i moje nogi od upadku>,
abym chodził przed Bogiem
w światłości życia.”

(Ps 56,1a.5. 9)

Otulina

Tagi

, , ,

Fot: Danuta Kamińska

Wchodzimy na szlak. Całą drogę na Borową pokonujemy jedynie w swoim towarzystwie, dopiero na szczycie spotykamy trzy inne rodziny. Schodzimy żółtym i znów jesteśmy sami. Niezwyczajne przeżycie. Chyba nasi znajomi, życzący nam pustek na drodze, wysłali tu aniołów z miotełkami! Jak to się nazywa? Curling? Chyba tak… Właśnie tak się czujemy, jakby ktoś przygotował nam drogę, w tym mniej uczęszczanym paśmie górskim.

Zwiedzamy, wędrujemy, cieszymy się sobą i piękną pogodą, w pewnym miejscu zatrzymujemy się na szlaku i śpiewamy maryjną pieśń przy kapliczce, powierzając Bożemu Miłosierdziu i opiece naszych bliskich.

Poprzedniego dnia również przeżywamy chwilę miłego zaskoczenia, gdy okazuje się, że otrzymujemy o wiele lepsze warunki zakwaterowania niż te, na które liczyliśmy(i to bez zmiany ceny – nowa byłaby dwukrotnie wyższa). Dzięki Bogu!

Przyglądając się tablicy informacyjnej, zatrzymuję się dłużej przy jednym z zapisanych tam wyrazów.  Coś mi on przypomina. Już wiem! To nim właśnie posłużyła się jedna z osób proszących o modlitwę wstawienniczą w pięknym, zabytkowym kościele, w którym znów, po przerwie spowodowanej przez pandemię, posługujemy ze wspólnotą. Tam właśnie padło to słowo: „otulina”.

Tego potrzebuję, myślę sobie, przypominając sobie uśmiechniętą twarz kobiety, nad którą się wtedy modliliśmy. Otuliny. Tak jak ten park ma otulinę, chroniącą go, tak ja (choć ani krajobrazowym, ani narodowym parkiem nie jestem), potrzebuję takiej strefy ochronnej.

Każdy z nas jej potrzebuje. Takiej relacji, w której czuje się bezpiecznie. Takiego miejsca, gdzie może odpocząć. Takiej chwili, gdy napięcie w mięśniach puszcza i zaciśnięte szczęki się rozluźniają. Takiej atmosfery wokół, w której można być pewnym, że jest się kochanym i akceptowanym. Takiej życzliwości ludzkiej, w której żadne maski nie są potrzebne (oprócz, rzecz jasna, tych obowiązkowych, ochronnych ; )

Parki (narodowe i krajobrazowe) mogą istnieć dzięki otulinie. To obszar, który ma je chronić przed szkodliwym działaniem. Człowiek, żeby istnieć i prawidłowo się rozwijać, potrzebuje otuliny – w głębszym, duchowym znaczeniu: poczucia bezpieczeństwa i miłości. Każdy.

Może warto przyjrzeć się dziś swojej „otulinie” i sprawdzić ,w  jakim jest stanie? Zachęcam!

***

Przezorności, rozwagi, strzeż, mój synu,
niech one ci z oczu nie schodzą,
 a życiem twej duszy się staną,
wdzięczną ozdobą dla szyi.
I drogą swą pójdziesz bezpiecznie,
bo noga się twoja nie potknie;
gdy spoczniesz, nie zaznasz trwogi,
zaśniesz, a sen twój będzie przyjemny.
Nagły strach cię nie przerazi
ni klęska, gdy dotknie przewrotnych;
bo z tobą jest Pan,
przed sidłem twą nogę ochroni.”  (Prz 3, 21-26)

 

Owocna praca

Tagi

, , ,

Fot: Danuta Kamińska

Idę wzdłuż wiejskiej drogi i nagle moją uwagę przykuwa zdziczała jabłoń. Jedna z jej gałęzi wprost ugina się pod ciężarem owoców. Pozostałe nie mają nic na sobie, oprócz liści. Dziwne, myślę sobie.  Przenoszę wzrok na falujące pod wpływem porywistego wiatru brązowe pióropusze traw. To przez ich kwitnięcie mam co roku kłopoty z oczami, ale nie przestaję ich darzyć wielką sympatią – są tak piękne!
Jabłonka nie daje mi spokoju. Co tu było zanim powstało to osiedle? Kto tu mieszkał? Czyj był ten ogród, którego majestatu mogę się tylko domyślać? Kto jadł te owoce, kto opalał się tu w letnie dni, takie jak dzisiaj?
Ten, kto sadził te (dzikie dziś) jabłonie, z pewnością już nie żyje. Ale pozostały po nim owoce. Bardzo chcę, by po mnie też zostały owoce, mogące nakarmić niejedną osobę. Niekoniecznie muszą to być jabłka.  Chcę, by moje życie było owocne. By było dla innych wzmocnieniem, pokrzepieniem. Najprawdopodobniej większości z tych „jabłek” nie zobaczę. Ufam jednak, że Boski Ogrodnik czuwa nad moim życiem. „Żyć w ciele – to dla mnie owocna praca” (Flp 1, 22).

 

 Jak powietrze…

Tagi

, , ,

Fot: Danuta Kamińska

Trudno je chwycić w płuca w tych grzejących twarz maseczkach, biorę więc głęboki oddech: powietrze! Mam ochotę zmagazynować go choć trochę w moich płucach, zanim założę z powrotem bawełnianą ochronę na nos i usta. Trudno swobodnie śpiewać mając ją na twarzy. Ale nie wiem nawet, czy będzie ku temu okazja, bo to przecież świecki pogrzeb, a różnie na nich bywa. Doczytałam, że tam, gdzie jadę, jest zwyczaj, by świecka ceremonia odbywała  w bramie cmentarza. Nie tylko ze względów epidemiologicznych, bo na długo przed pandemią ten zwyczaj już tam obowiązywał. Co kraj to obyczaj, myślę sobie, choć to nie inny kraj przecież. Przygotowuję się psychicznie na to spotkanie przy skremowanych zwłokach zmarłego, przy jego urnie. Jutro wyruszam w podróż.

Być może będę tam jedyną osobą, która widzi rzeczywistość w odmienny, niż się to teraz powszechnie przyjmuje, sposób. Ramka wokół rejestracji na moim samochodzie ma na sobie napis: BÓG JEST DOBRY. Numery rejestracji też mam inne niż te, które będą wokół.  Nie stresuje mnie to, ale muszę pamiętać, by ODDYCHAĆ.  By nie zapomnieć, że WSZĘDZIE mogę oddychać… atmosferą Boga. W Nim poruszamy się i jesteśmy (por. Dz 17, 28). Jak powietrza Go potrzebujemy. A na pewno ja. Dużych haustów powietrza!

Widzę świat jako zanurzony w Bożej obecności, jak dziecko w łonie matki, otulony nią. Myślę, że dzięki Jego obecności w ogóle ten świat istnieje. Pan podtrzymuje całe moje życie(por. Ps 54,6). Tak to widzę. Nie jako próbujący się przebić przez wrogą atmosferę jakiś nieznaczący wiele element, ale jako rzeczywistość, w jakiej istniejmy, w jakiej jesteśmy zanurzeni. Jako… oczywistość. Jak powietrze, jak tlen, o którym na co dzień pewnie nie za wiele myślimy (chyba, że żyjemy w miejscu, gdzie go dramatycznie brakuje, gdzie smog dusi i wpływa na zdrowie i normalne funkcjonowanie). Ja dramatycznie potrzebuję powietrza, mimo że jego jakość jest w naszej wsi całkiem niezła. Po prostu nie mogę bez niego żyć. „Powietrzem moim jest…” śpiewaliśmy na naszym ślubie kilkanaście lat temu. Tak, nie mogę bez Niego żyć. Jest jak powietrze.

Jutro rano ruszam w daleką drogę. Liczę na to, że w czasie samotnej podróży samochodem uda mi się pośpiewać trochę i napełnić płuca cennym tlenem. Wiem jednak, że również tam, kilkaset kilometrów stąd, Jego obecność jest taka sama –nawet na świeckim pogrzebie. Przecież  to w Nim poruszamy się i jesteśmy(por. Dz 17, 28), to Nim oddychamy…

Jeszcze potrwa

Tagi

, , ,

 

Fot. Danuta Kamińska

Medyczne laboratorium diagnostyczne. I jego kierownik – młoda kobieta o ujmującym uśmiechu. Jej dzień od kilku miesięcy wygląda tak samo. Rano Msza święta (daje siłę, jak mówi, by zachować spokój i nie ulegać lękowi, stykając się z pacjentami z podejrzeniem COVID-19). Zaraz po niej – szpital i praca w szczelnym kombinezonie ochronnym z kapturem, w maseczce, czepku, podwójnych rękawiczkach i ochraniaczach na buty. W nieustannym kontakcie z potencjalnie zarażonymi osobami. Pobieranie próbek, wymazów, przesyłanie do analizy. A po wyjściu z laboratorium – obowiązkowy spacer z kilkuletnią córką i nieco starszym synem.

Czas pandemii w pracy to dla niej wyzwanie. Nie tylko sama diagnostyka wirusa, ale przeróżne komentarze, docinki. Czasem trudno o rozsądek i spokój. „To nauka cierpliwości i zrozumienia ludzi wokół: pracowników i pacjentów”, wyjaśnia. Teraz odkrywa ich różne twarze: od zalęknienia po odwagę personelu, który walczy o życie pacjentów. „Bywa, że jest mi ciężko, ale czuję się spokojna i bezpieczna – dodaje na koniec. – Świadomość, że Jezus jest ze mną i przestrzeganie zasad epidemiologicznych dają mi pokój.”

„Spóźniona” Pierwsza Komunia Święta. Na zdjęciu z uroczystości chłopiec uśmiecha się promiennie. Wraz z kilkorgiem dzieci w albach stoi w prezbiterium, przy samym ołtarzu. „To było doświadczenie miłości Boga – wyznaje jego mama. – Gdy w czasie największych obostrzeń dowiedziałam się, że mój syn będzie jednak mógł przystąpić po raz pierwszy do komunii, byłam taka szczęśliwa!”

Gabinet stomatologiczny. Dwie panie ubrane od stóp do głów w odzież ochronną z flizeliny medycznej. Widać tylko oczy. Chłopiec na fotelu dentystycznym niespokojnie się wierci, w końcu krzyczy: „Nie! Nie chcę!”, choć nic jeszcze nie zdążyło się zadziać. Jedna z pań, asystentka stomatologiczna, pochyla się nad nim i uspokaja łagodnym głosem. Jednak pacjent w krótkich spodenkach i koszulce z bajkową postacią nie chce otworzyć buzi. „Przecież byłeś tu już wcześniej…” , dziwi się druga pani, dentystka. „Nie byłem!”, płacze maluch. No, tak: nie wygląda tu tak jak wcześniej… Pani w rejestracji ze zrozumieniem kiwa głową. „Może następnym razem się uda”, pociesza mamę chłopca.

Nasze osiedle. Ogromny baner z napisem: „Całej Służbie Zdrowia za ofiarność i odwagę w walce z koronawirusem DZIĘKUJEMY!”. Gdy przejeżdżam koło niego samochodem, zastanawiam się, ile to jeszcze potrwa – nie ofiarna walka z zarazą, ale stan, w jakim się znaleźliśmy, stan zawieszenia. Nikt nam nie powie, kiedy to wszystko się skończy, a nawet, jeśliby powiedział, niekoniecznie tak od razu byśmy w to uwierzyli. Już kilka razy miało być znów „normalnie”, podobnie jak kilka już razy niektórzy wieścili „koniec świata”.

Przedłużający się stres, nawet o średnim nasileniu, jest bardzo niebezpieczny dla fizycznego i psychicznego zdrowia człowieka – tak nas uczono na studiach i tak niestety jest naszym życiu. Trochę dlatego, że „nie siłą kropla drąży skałę, lecz częstym spadaniem” (Owidiusz).
Jednak w dużej mierze od nas zależy, co zrobimy z tym przeciągającym się dyskomfortem. Mało się o tym mówi, ale to od tego właśnie, jaką rangę przypisujemy temu, co nas spotyka, zależy to, jaki będzie miało to na nas wpływ. Od naszej reakcji uzależnione jest to, czy szkody wywołane przez stresor będą większe, czy zminimalizowane. Jak sobie radzimy? Jedni organizują najbliższą sobie przestrzeń i to, na co mają jeszcze wpływ, by nie popaść w przygnębienie i marazm. Drudzy zachowują spokojną ufność połączoną ze zdrowym rozsądkiem. Jeszcze inni chwytają się wiary jak tarczy i patrzą dalej niż słupki poparcia lub wypłaszczana krzywa zachorowań.
Jedni starają się nie pamiętać, że wraz z pandemią coś się zmieniło, inni nie potrafią przestać myśleć o zagrożeniu, a COVID-19 śni im się po nocach. Jeszcze inni wybierają podejście bardziej wypośrodkowane: nie jest normalnie, ale trzeba żyć.
Niezależnie od tego, jakie mamy przemyślenia na temat obecnej sytuacji, warto, byśmy się w niej nie zagubili: ani jako cynicy, ani jako lekkoduchy, ani jako twardogłowi, ani jako outsiderzy. Warto byśmy się odnaleźli w niej jako… ludzie. Modlę się o to dla siebie i dla Ciebie. Amen : )

***

„Słuchaj, o Boże, mojego wołania,
zważ na moją modlitwę!
Wołam do Ciebie
z krańców ziemi,
gdy słabnie moje serce:
na skałę zbyt dla mnie wysoką
wprowadź mnie,
bo Ty jesteś dla mnie obroną.” (Ps 61, 2-4a)

Pół na pół

Tagi

, , ,

Fot: Danuta Kamińska

– I jak z twoją głową, lepiej już?

-Tak pół na pół – odpowiada nastoletni syn.

– Pół na pół, czyli zmywarki nie zrobię, ale kopać piłę mogę ? – próbuję doprecyzować.

– Taaak… – odpowiada nieco zawstydzony.

Uśmiecham się w duchu i myslę, że teraz wszystko jest takie „pół na pół”. I wcale nie nawiązuję do wyników sondaży wyborczych ani do przepisu na drinka. Pól na pół, czyli trochę tak, a trochę nie.

Część naszego życia wygląda jak za czasów sprzed lockdownu – znów odbywają się wesela, organizowane są letnie półkolonie dla dzieci, a dla miłośników przyrody lasy stoją otworem. Ale jakaś część naszej rzeczywistości rozgrywa się nadal bez kontaktu bezpośredniego (telefoniczne „wizyty” w poradniach  i – jak informuje mnie koleżanka psycholog – również spotkania z terapeutą często nadal „przez ekran” lub „komórkę”) oraz w przestrzeni wirtualnej (spotkania ze starszymi członkami rodziny z grupy ryzyka i zakupy – przez Internet). Trochę tak, a trochę tak, jak ostatnich kilku zjazdów na uczelni, na której kończę właśnie studia podyplomowe: raz spotykamy się w budynku uniwersytetu, raz online. Albo jak trwające właśnie wakacje, też takie „pół na pół”. Niby można wyjechać(o ile koronawirus nie nadgryzł nam portfela), ale przecież nie wiadomo, czy nadal bezpiecznie jest tam, gdzie planujemy się udać. Może dzikie tłumy są już na miejscu, a do tego to tłumy ludzi bez maseczek? Albo może pomidorówka w tym roku kosztuje tam pół pensji?

W trakcie lockdownu docierały do nas sprzeczne informacje ze świata mediów (jest wirus – nie ma wirusa, to wszystko teorie spiskowe – to prawdziwe informacje, dzieci wracają do szkoły – jednak zostają w domu). Myślałam: widocznie czymś trzeba zająć odbiorcę, skoro – zamknięty w domu na cztery spusty – statystycznie je tylko i ogląda telewizję (najprawdopodobniej jedną z dwóch konkurencyjnych stacji TV). Ale oprócz tego nierealnego, statystycznego czy potencjalnego odbiorcy, jest jeszcze odbiorca żywy, z krwi i kości. Ten interesuje mnie najbardziej, wcale nie pół na pół. Interesuje mnie CZŁOWIEK.

„Uczę się ciebie człowieku.
Powoli się uczę, powoli.
Od tego uczenia trudnego
Raduje się serce i boli.

O świcie nadzieją zakwita,
Pod wieczór niczemu nie wierzy,
Czy wątpi, czy ufa – jednako –
Do ciebie, człowieku, należy.

Uczę się ciebie i uczę
I wciąż cię jeszcze nie umiem –
Ale twe ranne wesele,
Twą troskę wieczorną rozumiem.

(Jerzy Liebert, * * * Uczę się ciebie człowieku…)

 

Nawet jeśli warunki są niesprzyjające, a rozwiązania hybrydowe, nie polecam ryzykownej opcji życia na próbę, tak „na pół”. Mamy inną możliwość: życie „na całość”, życie w pełni (por. J 10, 10). Jako człowiek, a nie pół-robot, pół-człowiek…

***

 „Kimże jest człowiek i jakież jest jego znaczenie?
Cóż jest jego dobrem i cóż złem jego?
 Liczba dni człowieka –
jeśli wiek jego jest długi – dosięga stu lat.
Jak kropla wody zaczerpnięta z morza lub ziarnko piasku,
tak jest [tych] trochę lat wobec dnia wieczności.
Dlatego Pan cierpliwy jest dla ludzi
i wylał na nich swoje miłosierdzie.
Zobaczył On i wie, że koniec ich godny litości
i dlatego pomnożył swoje przebaczenie.
Miłosierdzie człowieka – nad jego bliźnim,
a miłosierdzie Pana – nad całą ludzkością:
On karci, wychowuje, poucza
i zawraca jak pasterz swoją trzodę.
Lituje się nad tymi, którzy przyjmują Jego pouczenie
i którzy się spieszą do Jego przykazań.” (Syr 18, 8-14)

 

Przejdź do paska narzędzi